voilà, wróciłem

IMG_3837
Idą po nas opary.

Dziś nie wiersz, ale prawie wiersz. Jedna z notatek spisanych przez Rolanda Barthesa w „Dzienniku żałobnym”. Na skrawkach papieru R notuje krótkie, urwane refleksje, jakie nachodzą go (i odchodzą) po śmierci matki. Strzępki uczuć, człowiek w strzępkach.  Czytaj dalej voilà, wróciłem

Powidok Wojciecha Nowickiego

W “Dnie oka” dziennikarz Wojciech Nowicki bierze do ręki plik czarno-białych fotografii. Wpatruje się w nie godzinami, tak długo aż dostrzeże w nich cienie emocji obecnych i nieobecnych na nich postaci. Jest genialnie czuły na niewidoczne.

Dno oka tworzą naczynka krwionośne, których wygląd, jeśli umie się go interpretować, informuje o skrytych schorzeniach. Jak pisze Marek Bieńczyk w poruszającym (i zaprawdę wspaniale dopasowanym do atmosfery całości) tekście „Medytacje migawkowe” będącym przedmową do nowickich esejów, dno oka to „próba rzeczywistości, wobec której milkną wszelkie wcześniejsze domysły”. Do nich, do tego skrytego przed niedoświadczonym patrzeniem, zapisów odwołuje się w tytule publikacji Wojciech Nowicki. Jego kompetencje w spojrzeniach – długich seansach wpatrywania się w obrazy – są tak wysokie, że świadkami ich działania jest się na każdej stronie książki. Parafrazując jedno z wyrażeń Nowickiego, ma on słuch do fotografii. I jest to słuch absolutny, wyćwiczony na każde najmniejsze drgnienie, niedomówienie, na każdy oddech i wstrzymanie go.

Już same wybrane przez niego zdjęcia wskazują na najważniejsze kwestie dla Wojciecha Nowickiego: samotność, niepokój, obawy. Są tu zatem fotografie z sierocińca, z lekcji gry na skrzypcach, fragmenty zagraconych domów z ich wiekowymi mieszkańcami, zapis codzienności bogatej polskiej rodziny z początków XX wieku, kobieta czesząca długie, godne rusałki włosy. Z wszystkich tchnie nieokreślony smutek, który autor mierzy zauważonym u siebie „nienazwanym niepokojem”.

Byłby to – mimo wszystko – zwyczajny album ze starymi, dopracowanymi i uszlachetniająco pękniętymi zdjęciami, gdyby nie dopowiadane przez Nowickiego historie. Wysoko podkręcona cisza, maszyneria oczu nastawiona na najwyższą czułość, wsłuchiwanie się w rytm bicia własnego serca, skojarzeń, doznań prowadzi do wysnuwania historii o w większości nieznanych, anonimowych bohaterach. Zaprzęgając do wzmożonej pracy swoje intymne, właściwe tylko jemu, ale jednak zupełnie nam nie obce, doświadczenia odczytuje ze zdjęć każdy najlżejszy wydźwięk. Z ciekawością dopatruje się zapisanych w nich dramatów, rozstrzygnięć, gier.

Czytanie esejów Wojciecha Nowickiego to zupełnie wyjątkowe doznanie.

O ile bowiem S. Sontag jest w swoich esejach chirurgicznie naukowa, konkretna, zmierza do jasno obranego celu, o tyle Wojciech Nowicki nie ma celu, ma tylko plik na ogół czarno-białych fotografii, kilka o nich wzmianek, strzęp informacji i do nich dopasowuje opowieści, uczucia, własne interpretacje. Ta książka to głównie emocje, dopiero na drugim planie pojawiają się wiedza, obeznanie w postępowaniu z aparatem fotograficznym, znajomość technik, stylów i wyborów uznanych fotografów światowych.

A o całościowym doświadczeniu esejów Nowickiego decydują nie wybrane przez niego do publikacji i refleksji zdjęcia, lecz ich melancholijne, przeczuwające tragedię interpretacje. Tragedię ludzkich losów rozpisaną tu, przed naszymi oczami, na tych nieraz naderwanych i prześwietlonych fotografiach. Nasze własne, nieuchronne i nieodwracalne stopniowe znikanie, które nigdy się nie zatrzyma. Nawet gdy osiągnie, wydawać by się mogło, swoje apogeum, moment krańcowy: kiedy nas już nie będzie i kiedy ludzi, którzy nas znali i pamiętali, nie będzie, kiedy zostanie po nas ten najtrwalszy, ale nie wieczny zapis: fotografie. Nawet wtedy zanikanie nie zatrzyma się.

Po Nowickim dodatkowo zostanie ta piękna, wyjątkowa praca zbudowana z niewyświechtanych, rzadko używanych już słów, które dzięki naszej niezrozumiałej oszczędności użycia, skąpstwa ubogich w słowa, zamieniają się w dźwięczące głębiej i z czystszym znaczeniem. Jest tu tyle piękna, tyle oryginalności, że przypomina mi się ta maszyna, o której wspomina w swojej książce „If on the winter’s night a traveller” Italo Calvino. Maszyna ta zaprogramowana była w ten sposób, że z każdego tekstu tworzyła wypis najczęściej pojawiających się w nim słów. Mam przeczucie, że gdyby z „Dna oka” stworzyć tego typu wyciąg, powstałaby nieskończenie długa lista, na której wyrazy pojawiałyby się tylko raz, szlachetnie pojedyncze i jak wszystko niepokojąco samotne.

Wojciech Nowicki, Dno oka. Eseje o fotografii
Wyd. Czarne, Wołowiec 2010

Ekspert ds. intymnych ludzkich doświadczeń

Outsider. Samotny, bo niekomunikatywny do tego stopnia, że musiałby, jak sam twierdzi, uczęszczać na warsztaty, aby nabyć „ludzkie umiejętności”. Portret pisarza w czasach młodości. J.M.Coetzee „Lato”.

Oto człowiek, który stojąc wobec najbardziej intymnego związku z drugim człowiekiem, nie potrafi nawiązać kontaktu albo nawiązuje go tylko na chwilę, przelotnie. A jak zarabia na życie? Pisze raporty, eksperckie raporty o intymnych ludzkich doświadczeniach. W końcu tym są przecież powieści, w odróżnieniu od poezji czy malarstwa, prawda? To zapisy intymnych doświadczeń. / s. 90

W oczach byłej kochanki Julii, kuzynki Margot i wykładowcy Sophie jest zamkniętym w sobie samotnikiem, niepotrafiącym okazywać uczuć bliskim osobom. Z perspektywy Adriany, matki jednej z uczennic, to nieudacznik i partacz wszystkiego, czego się nie tknie. Spotkany na interview na uczelni Martin opisuje go jako pozbawionego złudzeń, zamkniętego w sobie młodego nauczyciela z niepodważalnymi zasadami moralnymi.

Z zebranych w pięciu wywiadach informacji powstaje czarno-biały portret samotnego człowieka, który stracił wiarę w swoją przyszłość (jeśli w ogóle kiedykolwiek taką wiarę posiadał, niepewne) i nie ma zaufania do innych. Skoncentrowany na pisaniu nie wychodzi zawiązującym się relacjom naprzeciw. W rozmowach z kuzynką, jak i w czasie spotkań z kochankami jest jednakowo odcięty od rzeczywistości. Nie umie jasno formułować swoich myśli i pragnień, a może po prostu nie chce robić tego inaczej niż na papierze. Jego izolacja rani. Również jego samego.

Autokreacja Coetzee’ego w „Lecie” jest zimna i krytyczna, bez śladów ciepła wobec dawnego (?) siebie. Jeszcze chłodniejszy obraz izolacji powstaje z zapisków pisarza. To z nich ostatecznie zbija się ten stalowy kokon, w którym powstają obserwacje, do którego wszystko – nieraz boleśnie – wnika, ale który nic nie wypuszcza na zewnątrz. Nad trudnościami w przenikaniu emocji ubolewa Coetzee szczególnie w odniesieniu do swojego ojca, z którym mieszka i którym się opiekuje. Dystans, jaki powstał między nimi w codziennym współbytowaniu, nawarstwia się coraz bardziej we wzajemnym milczeniu i pomimo wysiłków syna nigdy nie zmienia biegu.

– Nie wiedziałbym, jak napisać bestseller. Wiem za mało o ludziach i życiu z ich marzeń. Zresztą taki los nie jest mi przeznaczony.

– Jaki los?

– Bogatego, poczytnego pisarza.

– Więc jaki jest ci przeznaczony?

– Właśnie taki: życie ze starzejącym się ojcem na białych przedmieściach w domu z cieknącym dachem. / s. 158

Smutna opowieść. Prawda czy iluzja? Na ile jest to kreowanie siebie przez Coetzee’ego, a na ile autentyczne wspomnienia? Zastosowana w książce konstrukcja ma wprowadzić obiektywizm i ukazać pisarza takim, jakim był przed wydaniem pierwszej książki („Ciemny kraj”). Nieważne jednak, czy jest to prawda, czy literacka fikcja o pozorach faktów. Jest prawdziwa w tym sensie, że po raz kolejny Coetzee odkrywa intymne ludzkie tajemnice i życie wewnętrzne. A im bardziej się w nie wgryza, tym większym staje się ekspertem od pisania o samotności. I tym większą prawdą jest to, że rozmowy, wszelkie formy uzewnętrzniania się, okazywanie uczuć, tworzenie związków z innymi ludźmi nie sprawiają, że kogoś coraz bliżej poznajemy czy sami stajemy się mniej samotni.

Coetzee na Poczytalni wcześniej: „Hańba” i „Zapiski ze złego roku„.

j.m. coetzee, Lato (oryg. Summertime)
Przeł. Dariusz Żukowski
Wyd. Znak, Kraków 2010