Houston, szósta po południu, Adam Zagajewski

adam
Adam Zagajewski | Fot. onet.pl

Poznań, szósta po południu. Inna szerokość geograficzna, inna data, ta sama godzina. Tutaj też już pali się lampa, a blade słońce chowa się powoli za horyzont. Wiersz na niedzielę, który pojawia się w czwartek, może być interpretowany w tył i w przód, w przeszłość i w przyszłość.

Adam Zagajewski na dziś.

Czytaj dalej Houston, szósta po południu, Adam Zagajewski

Reklamy

Schrony, Michał Sobol

sobol
Michał Sobol | Źródło: xiegarnia.pl

Na początek tygodnia kilka wierszy Michała Sobola z tomiku „Schrony”, wyróżnionego w tegorocznej edycji Nagrody Literackiej Gdynia. O tytułowych schronach należy wiedzieć – i jest to w utworze o tym samym tytule postawione wprost – że „każdy schron ma co najmniej dwa wyjścia: potężne i łatwe / do wypatrzenia przez polową lornetkę oraz wąskie usta / ukryte w brzozowym zagajniku na tyłach wroga. Przed jednym / wypijamy gorącą kawę z nieskazitelnie białej porcelany, / drugim wychodzimy zbierać pokrzywy i dziką marchew / w bezksiężycową noc”.

O azylach w nas i nam bliskich. O ich poszukiwaniu i ukrywaniu komfortowych leżanek przed innymi. Wreszcie trochę o lesie, zwierzętach, przyrodzie. Z klasą.

Czytaj dalej Schrony, Michał Sobol

Jeśli Wenecja, to tylko zimą

Josif Brodski uczynił to, co wydawało się niemożliwe: polubiłam zimę, ba!, zatęskniłam za nią. Uściślając jednak, zastrzegam, że chodzi tylko o zimową Wenecję.

Poetyka esejów Brodskiego zebranych w książce „Znak wodny” jest tak silna i przemawiająca do wyobraźni, że nie wykluczam możliwości padnięcia z moich ust (spod klawiatury), powtórzonej za poetą, deklaracji:

„(…) nie przyjechałbym tu nigdy w lecie, choćby mi przystawiano lufę do pleców”. (s. 23)

Brodski inauguruje cykl spotkań z Wenecją w romantycznych okolicznościach. Czekamy wraz z nim na nocnym dworcu, aż pojawi się tajemnicza wenecjanka, Widok, i zawiezie go do hotelu. Wtedy poznajemy pierwsze refleksje poety o Wenecji. Miasto przecinane kanałami, odbijające tysiąckrotnie architekturę, sylwetki ludzi i łodzi w lustrze wód, tonące w zimowych szarościach i mgłach, wywiera tak silne wrażenie na przyszłym nobliście i człowieku uznawanym obecnie za jednego z największych eseistów XX wieku, że powraca do niej regularnie, rok w rok, aby spędzić w niej kilka zimowych tygodni.

„(…) zima to pora abstrakcyjna: traktuje zdawkowo barwy, nawet we Włoszech, wielki nacisk kładąc na imperatywy zimna i krótkotrwałości światła dziennego”. /s. 22-23

„Znak wodny” zawiera elementy subtelnego romansu o cierpkim (i bardzo szybkim) zakończeniu, nastrój i mrok powieści kryminalnej, a jednocześnie błyska – co ja piszę – błyszczy jednostajnie światłem inteligencji i elokwencji, przypominającym to z esejów „O fotografii” Susan Sontag, którą zresztą Josif Brodski znał i z którą się przyjaźnił, i z którą w Wenecji był się spotkał pewnego razu.

Dlaczego tekst jest tak piękny i zachwycający, że trafia bezkonkurencyjnie do grupy najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku? Powodów jest kilka, w tym parę nieokreślonych, ledwo uchwytnych jak ślad lotu gołębi nad placem św. Marka czy smuga zamykającej się po przepłynięciu gondoli wody.

„W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedziele, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny porcelanowy serwis do herbaty”. /s. 26

Od pierwszych stron zakochałam się (oby mąż nie był zazdrosny) w stylu Josifa. Nie tylko przez moje wyznanie z poprzedniego zdania czuję, jakbym przeszła z nim na „ty”. Jednocześnie konkretny i subtelny, unoszący się lekko ponad chodnikami i mocno stąpający po ziemi, jego sposób pisania porównuję z cienką kreską, rysowaną przez tuszowe piórko. Wiem, że wzmiankowane narzędzie służy głównie do rysowania, a na dodatek Brodski co roku toczył ciężką maszynę do pisania w swojej walizce, jednak ostrość przekazu każe mi machnąć na te dwa argumenty ręką. Brodski szkicuje nam Wenecję piórkiem, lekko, ostro, z konturami, bez wahania, bez drżącej dłoni.

Potrafi również zadrwić, zakpić i zaśmiać się, wskazując palcem na ukochane miasto. A czasem jego mieszkańców, gdyż zdarza mu się opisać spotkania z weneckimi prominentami i stacjonującymi tu ówczesnymi sławami kultury. Ciętym językiem przypomina wtedy Eliasa Canettiego w „Party pod wojennym niebem”.

Powracające motywy oka, lustra i wód, kwestie istnienia Boga i samoświadomości człowieka, wszystko to rozciągnięte na kanwie jednego dnia i jednej nocy spędzonych w Wenecji, zdumiewają trafnością. Chęć zakreślenia wszystkich podobających się fragmentów jest tu nie na miejscu: po paru próbach w końcu nie zakreśla się niczego – aby nie objąć w cudzysłów całego eseju. Tę książkę (i znajdujące się na końcu „Sonety weneckie”) przeczytam jeszcze nie raz. Na pewno nie tylko wtedy, gdy będę wybierać się do Wenecji.

Josif Brodski, Znak wodny (oryg. Watermark; Laguna, Wieniecjanskije strofy (I), Wieniecjenskie strofy (II))
Przełożyli Stanisław Barańczak i Katarzyna Krzyżewska
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

koniopoeta

Był sobie poeta w dalekiej Francji, co to miał konia w głowie. Koń galopował po jego półkulach z tętentem. Rżał, że aż wszystkie szare komórki poety drżały. W mózgu unosił się wzbity przez końskie kopyta kurz. Poeta całymi dniami zadręczał się, jakby tu konia uwiecznić uroczyście tak, by zadowolony koń odszedł inną głowę tratować. Poeta o własne nogi się potykał. Na kanty szaf wpadał. Biurko obijał biodrem. Myślał: królestwo za konia, konie kraść, suchy chleb dla konia i zjeść konia z kopytami. Koń wszędzie wejdzie… Wreszcie Guillaume Apollinaire domniemywał, że wydumał. Z konia zrobił poezję, lecz czy jednocześnie poezji nie zrobił w konia?

Guillame Apollinaire
Guillame Apollinaire

Pół biedy, gdyby zrobił ją w konia i gdyby mu się upiekło. Wszystko jednak wskazuje na to, że jedyne, co dawnemu poecie się upiekło to jego własne ciało na piekielnym rożnie, jeśli nie był zbyt grzeczny za życia, a i z tym nie wiadomo, czy mu się udało… Tak bardzo chcąc się wyróżnić, tak bardzo w historii się pragnąc zapisać, tak bardzo chcąc zapaść w czytelników pamięć zbiorową, wraz ze śmiercią zapadł się pod ziemię, jakby wpadł w zasadzkę. Z poezji stworzyć konia, nabazgrać człowieka, kapelusz wierszem namalować – dosłownie – koń by się uśmiał z konceptu. Ale nie poezja. Ona widać nie toleruje, gdy śmiać się z niej, gdy jej naturze się sprzeniewierzać, gdy palcem ją wytykać. Ma być rym, wersy mają być i basta! – inaczej tupnie nogą i tyle widziałeś poezję, Guillaume.
Biedny ten Apollinaire. Miał być pegaz, jest cień rumaka. Marzyło się o sławie, zostało się ciekawostką. I tyle. I koń-iec.

Bóg, Hormon, Ojczyzna

Tomasz Różycki
Tomasz Różycki

 

(…) ogródek, który już wiosna brała

w posiadanie i obsadzała kolejne rabatki, zarastała ścieżki,

prostowała krzewy, wystrzelała kwiaty, nakręcała mrówki,

pszczoły rzucała w powietrzne wibracje i zmieniała,

zmieniała wreszcie obraz świata.

.

[o siedzeniu w autobusie dalekobieżnym]

Wnuk ułożył się w zet z kropką.

.

faktura krajobrazu

.

(…) padały na podłogę słoneczne promienie

na podobieństwo snopków złotej słomy lub strun eolskiej harfy,

którą trącały od niechcenia ulotne roztocza.

Tomasz Różycki "Dwanaście stacji"
Tomasz Różycki "Dwanaście stacji"

Książka to  zabawna, współczesna wersja „Pana Tadeusza”. Wspólne motywy? Tytułowa i nie tylko dwunastka, scena z mrówkami, zegar z wahadłem (lecz bez kurantu), zjazd rodzinny, przyroda, Wnuk na posyłki, jedzenie i przepisy na pierogi…  A to wszystko językiem giętkim i z mrugnięciem oka, finezyjnie zabawne i aluzyjne – flirciarz z tego Tomasza Różyckiego.

Na koniec – jeszcze wzmianka o fantastycznej kałuży Kurwamaci, której nazwa wzięła się od okrzyków, jakie padają, gdy ktoś w nią po ciemku wpada (a dzieje się to często).

Za pożyczenie książki dziękuję Asi O.