Schrony, Michał Sobol

sobol
Michał Sobol | Źródło: xiegarnia.pl

Na początek tygodnia kilka wierszy Michała Sobola z tomiku „Schrony”, wyróżnionego w tegorocznej edycji Nagrody Literackiej Gdynia. O tytułowych schronach należy wiedzieć – i jest to w utworze o tym samym tytule postawione wprost – że „każdy schron ma co najmniej dwa wyjścia: potężne i łatwe / do wypatrzenia przez polową lornetkę oraz wąskie usta / ukryte w brzozowym zagajniku na tyłach wroga. Przed jednym / wypijamy gorącą kawę z nieskazitelnie białej porcelany, / drugim wychodzimy zbierać pokrzywy i dziką marchew / w bezksiężycową noc”.

O azylach w nas i nam bliskich. O ich poszukiwaniu i ukrywaniu komfortowych leżanek przed innymi. Wreszcie trochę o lesie, zwierzętach, przyrodzie. Z klasą.

Czytaj dalej Schrony, Michał Sobol

Reklamy

Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

iwasz_corki male
Jarosław Iwaszkiewicz z córkami: Marią (po prawej) i Teresą (po lewej).               Stawisko, lata 30.

Za tydzień o tej porze będę siedzieć na lotnisku i czekać na lot na Sycylię. W ramach mentalnych przygotowań i ćwiczeń na wyobraźnię szukam w książkach fragmentów sycylijskich. Jeśli miałabym wskazać tylko jednego pisarza, który kojarzy mi się z tą częścią Włoch, to powiedziałabym: Iwaszkiewicz.

Czytaj dalej Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

Adorable! Délicieux! Formidable! Chmurdalia, Joanna Bator

Tak zwykła wołać pewna Senegalka, którą Dominika Chmura poznała w wytwórni dżemów w pobliżu Frankfurtu nad Menem – jednym z pierwszych przystanków w tej ‘Odysei na opak’, jak powieść „Chmurdalia” określa jej autorka, Joanna Bator. Tak moglibyśmy zakrzyknąć my, czytający, mówiąc o tej książce, ale tylko wówczas, jeśli znamy francuski na tyle biegle, by się takim pokrzykiwaniem nie zbłaźnić (nie ja).

Czarujący, rozkoszny i wspaniały jest sam sposób snucia (tak, snucia) przez pisarkę opowieści – czym już widzę jak niektórych zniechęcam. Kapryśni, przestańcie kręcić nosami i czytajcie dalej, wodząc wzrokiem po tych zmieniających się z sekundy na sekundę, z linijki na linijkę literach, tak jak wodzi się, niemal bez odrywania i mrugania, trudne, lecz okazjonalnie wykonalne, po tych Batorowskich stronach. Pisane jest to bowiem w sposób wspaniały, rozkoszny i czarujący. Ma pewną melodyczność takie pisanie i lekkość ręki przesuwającej po klawiszach z lewej do prawej.

Mam nadzieję, że ci z Was, którzy już czytali, załapali ten rytm czytopisania, do którego tak uparcie piję przez cały akapit.

Ale nie dla tych, co już czytali byli się pisze recenzje, a przynajmniej nie tylko. Pisze się z myślą o przyszłych czytających, zwodząc ich pięknymi słówkami i półuśmiechami. Czytaj dalej Adorable! Délicieux! Formidable! Chmurdalia, Joanna Bator

Defetystyczna niedziela

„Czym stał się świat? Zbiorowiskiem istot, które coraz to bardziej zatracają to, co można by nazwać życiem wewnętrznym i kulturą ducha. Życie stało się życiem naskórka, który coraz to szybciej i zachłanniej chce dojść do czegoś, czego nie potrafi sobie nawet uświadomić, zagłuszając się tymczasem szybkością, rozrywką, opychaniem się wszystkimi zdobyczami cywilizacji bez miary, ponad wytrzymałość nerwów i mózgu (11.6.1942)”.

Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”, s. 296

Powróciłam do lektury „Szkiców…”, choć to nie jest deszczowy weekend. Ale ta niedziela ma w sobie coś tak głęboko schyłkowego, co zastępuje cały deszcz, cięcia strug i ściany wody (tu: wspomnienie piątkowej ulewy). Niewykluczone, że nastrój ten wywodzi się ze zbyt wczesnego przebudzenia – w niedzielę, o 6 rano, wbrew woli, a jednak bez przymusu – i z mgły unoszącej się nad łąką, gdy piłam pierwszą herbatę, szarą damę, patrząc przez okno.

Zakończę pogodniej. Nie czas szerzyć szarość. Czytaj dalej Defetystyczna niedziela

Recenzja

Jestem recenzją. Pojawiam się na łamach, z przekonaniem mówię na stronie, bywam opiniotwórcza i przydatna. Do twarzy mi w różnych formach. Wiedzą o tym moi liczni partnerzy, ci, którzy mnie tworzą, czyli recenzenci. Ponoć czasem ktoś mnie czyta i do czegoś – np. do wysuwania koniuszka języka i wniosków – go to prowadzi. Nie wiem, czy w to wierzę. To znaczy w wysunięte wnioski (sterczące jak włoski na ramionach, gdy chłodno), bo w koniuszek języka to i owszem, wierzę.

Jako recenzja mogę łamać karierę. Mogę być krytyczna, złośliwa, szydercza, subiektywna, pozytywna – choć pozytywne nastawianie to u mnie rzadkość. Gdy jestem zbyt na „tak”, czytający, zwłaszcza polscy, kręcą nosami z niedowiarstwem – że niby przyjęłam łapówkę, że jestem stronnicza. Ci, o których sądzę, mówią o mnie często „zła” i boleją nad złym piarem, jak nad stłuczonym kolanem czy lustrem.

Ale mnie wszystko jedno, bo jestem niezawisła, od nikogo zależna. W politykę żadną się nie mieszam, bo jestem przede wszystkim kulturalna. Interesuję się literaturą, teatrem, filmem. Pojawiam się od czasu do czasu w kontekście wystaw malarskich itp. Mówię swoje, dorzucam trzy grosze, wypowiadam opinie, feruję sądy, ździebko upupiam i z wdziękiem gnębię. Oceniam, pluję i muchy łapię. Zbijam bąki. Nie robię kokosów. Czytaj dalej Recenzja

Ważny przedmiot; książka

Komputery, telefony, czytniki do e-booków, długopisy, notesy, spodnie, parę koszul. Dookoła nas przedmioty. Bardziej lub mniej martwe. Mniej, bo na przykład w aparacie fotograficznym wydaje się istnieć jakaś mikroforma życia. Bardziej, bo długopis to w końcu tylko długopis, nawet jeśli świetnie się nim pisze i bez niego nie wyjdzie się z domu, bo jakoś tak niewesoło. Ile z tych przedmiotów jest naprawdę ważnych? I które przetrwają niosąc okruch historii o nas w przyszłość?

Tych pytań nie zrodził bynajmniej wykład z archeologii, lecz książka. Też przedmiot. Dość istotny, zważywszy na to, że poświęca mu się odrębny mebel do eleganckiego i, przynajmniej w zamyśle, uporządkowanego przechowywania go w liczbie większej niż jeden. Książka pośrednio o przedmiotach, a w warstwie pierwszej i najważniejszej opowieść o rodzinie. „Książka Mikołaja Łozińskiego.

Mikołaj Łoziński skorzystał z zabiegu kojarzonego głównie z Marcelem Proustem i jego magdalenką: z rzeczy wysnuł historię. Tylko że wziął do ręki nie jedno ciastko, a całą szufladę pełną okularów, telefonów, paczek, fifek, znaków, kluczy, obrączek, zeszytów i  – bo to obszerna jest szuflada, rodem z nowoczesnych kuchni – ekspres. Z obrazów, które one przywoływały, zbudował opowieść o rodzinie.

Kto jednak pomyślał o „Buddenbrookach” Manna, „Stu latach samotności” Marqueza czy, dajmy na to, „Lali” Dehnela, zawędrował w nieodpowiednie rejony, regiony epickich, przekrojowych sag. „Książka” to sprawa kameralna; jednocześnie intymna i zdystansowana. Historia jest chirurgicznie czystym zabiegiem, precyzyjnym, bez rozmachu i konkretnym. Łoziński trzyma w ryzach każde zdanie: czy to stwierdzenie przykrego faktu, czy dowcipny komentarz. Nie folguje skojarzeniom ani dygresjom. Choć jego stosunek wobec rodziny jest czuły i empatyczny, a nade wszystko lojalny, klimat, jaki dominuje w książce przypomina raczej pracę wnikliwego reportera niż relację wnuka, syna i brata. Jak doświadczony dziennikarz, Łoziński dociera do rozmówców, zdobywa ich zaufanie i zaprzyjaźnia się z nimi, by pozwolili sobie na zapomnienie i rozgadanie.

Możliwe, że na taki odbiór wpływa z góry nam wiadomy sposób pisania historii. Z rozmowy z pisarzem otwierającej książkę „Książkę” wynika, że Łoziński tworzył ją przez pięć lat, kiedy gromadził poszczególne jej partie, rozmawiając ze swoją rodziną, dopytując i bynajmniej nie ukrywając, że zbiera w ten sposób materiał do powieści. Przez pięć lat pozwala się historiom spokojnie rozwijać – i tę miarowość, zezwolenie sobie na spojrzenie z dystansu i spokój również widać w tych krótkich rozdziałach. Nawet w ich najbardziej osobistych częściach, które również, jak można się domyślać, musiały być bolesnymi etapami życia dla autora.

Efekt wywiadu i reporterskiej pracy podkreślają jeszcze pauzy między rozdziałami, które są dialogami z bliskimi. Najbliższa rodzina prosi w nich o to, by o pewnych sprawach nie pisał i o to, by nie pisał o tym, aby o nich nie pisał. Są krótkimi formami, które zamykają poprzedni etap – krąg jednego przedmiotu – i wprowadzają do następnego. M.in. dzięki tym zabiegom „Książka” ma bardzo dopracowaną konstrukcję, co w połączeniu z chirurgią zdań daje dość szczególny wynik, który bardziej mi się podoba, niż nie podoba.

Krótko? „Książka” to nie saga, lecz relacja o losach polsko-żydowskiej rodziny, rozpisana na lata i przedmioty.

– Książka nie jest dosłowną historią mojej rodziny – mówi Mikołaj Łoziński. – Ale jest nią inspirowana. Myślę, że każdy już na starcie przychodzi na świat z bagażem doświadczeń rodziców i dziadków. A potem z czasem dochodzą jeszcze jego własne przeżycia. I robi się coraz ciężej. Dlatego postanowiłem zajrzeć do tych bagaży – zobaczyć, co jest w środku i czy jest coś, czego mogę się pozbyć, żeby było mi lżej iść dalej.

Czy pisarzowi idzie się teraz lżej dalej? Nie wiem, nie miałam okazji spytać. Choć „Książkę” uważam za udaną, po jednym z najbardziej cenionych polskich pisarzy młodego pokolenia spodziewałam się więcej. Wracam do czekania na polską epickość, która mnie totalnie rozedrze i zadziwi.

Mikołaj Łoziński, Książka
Wydawnictwo Literackie, 2011

„Przezroczysty kres świata” Myśliwskiego

Wojna wygania z pałacu pana, przyciąga ciekawość chłopa, dla którego dotąd był on całkiem poza zasięgiem. Tyle tytułem fabuły. „Pałac” Wiesława Myśliwskiego.

Fabułę można zamknąć w tych dwóch linijkach, gdyż, jak to u wiele mistrzów literatury bywa, nie ona odgrywa najistotniejszą rolę. Dzięki niej najpierw poznajemy dwór oczami osoby z zewnątrz, intruza, który wtargnął do środka, lecz nie potrafi pozbyć się lęku przed jego nieobecnymi mieszkańcami. W strachu przed nimi przemyka się pustymi korytarzami, boi się na dłużej zawiesić wzrok na obrazach przedstawiających ród panów wraz ze wszystkimi przodkami.

Z jednego z zetknięć na linii oczy-obraz wynika skojarzenie, a ono z kolei zaklina wędrującego w sen i oto nagle znajdujemy się w miejscu, do którego zmierzamy już od samego początku – w umyśle pana. Dryfuje on przez dzień poprzez spotkania, poprzez obiady i w akompaniamencie śpiewu kanarków. Mimo że zmieniają się odwiedzające pana postaci dramatu, trwa wciąż ten sam dekadencki nastrój.

Wypranie z emocji, brak przeżyć szczęśliwych czy nieszczęśliwych, rozkład, pragnienie śmierci, chęć ucieczki, hulanka do upadłego, póki jeszcze można, odległe związki bez spełnień – „Pałac” to proza pesymistyczna, upadłościowa, analizująca nie tyle rozkład stanów społecznych z początku XX wieku, co rozbierająca na drobne elementy nastroje współczesnego człowieka. W końcu to jemu nie obce są te zagubienia, brak wiary w cokolwiek, eskapizm, niezadowolenie z braku w sytuacji ciągłego nadmiaru, które prowadzi do konkluzji, że:

„Może więc tylko udajemy życie? Wielkie nasze życie. Nasze życie syte, wesołe, spokojne”. /s.111

Dobrobyt stanowi tu o źle-bycie, o frustracji, o zawodzie sobą i światem. Sprawia, że człowiekiem znudził się już nawet Bóg:

„Bóg człowiekowi nie może się znudzić. (…) Tylko ksiądz nie przewidział, że ksiądz Bogu może się znudzić. Cha! Cha! Cha! (…) Bo kto Boga nudzi, nadużywa wyrozumiałości jego, dobroci jego, cierpliwości. Okazuje się więc niegodny jego zaufania. Nawet łaski jego niegodny. W grzechu zatem żyje. I to może w grzechu najcięższym, bo niezawinionym z własnej woli”. /s. 91-92

Jest coś pięknego w tej narastającej, zaogniającej się prozie, co sprawia, że wspaniale odczytuje się ją na głos, nawet bez specjalnego aktorskiego zadęcia. Jest w niej coś tak rozpasanego, że przypomina rozwirowanie bohaterów w „Weselu” Wyspiańskiego. Jest coś momentami tak wzniosłego, że aż krzyczącego o mesjanizmie. I jest coś z Gombrowicza, zmiksowanego z Reymontem z racji tematyki.

Wszystko to sprawia, że lektura męczy. Chociaż doceniam piękno języka i rozkręcający się, intensywny  rytm pisania Wiesława Myśliwskiego, nie czuję się nim zahipnotyzowana i nie kusi mnie, aby sięgnąć po „Widnokrąg” czy „Traktat o łuskaniu fasoli”.

„Pałac” po raz pierwszy ukazał się w 1970 roku. Obecnie można zważyć w ręce i zaopatrzyć się we  wznowioną przez Znak publikację z bardzo trafnie dobraną okładką.

Wiesław Myśliwski, Pałac
Wyd. Znak, Kraków 2010

 

Ale „Gnój”

Zanim usiadłam do pisania o tej książce, chciałam najpierw sprawdzić, co o niej uważała Eliza Szybowicz z „Krytyki Politycznej”, by napisać coś zupełnie na odwrót, ale w porę się opamiętałam, bo przecież wiem, że „Gnój” i tak polecę. Strach się bać, do jakiego niepotrzebnego zgnojenia doprowadziłaby mnie moja przekora, gdyby przez przypadek nasze opinie okazały się zbieżne.

Gnój, W. Kuczok

Od pierwszej strony „Gnój” porwał mnie jasnym, nienadmuchanym stylem niesienia opowieści  Wojciecha Kuczoka. Nie co dzień trafia się pisarz, który w proste zdania potrafi jeszcze włożyć tyle znaczeń. I jeszcze w nich zastawić słowne pułapki. Z małych mieszczańskich przywar wyrastają tu wielkie problemy. I choć książka jest ponura ze wszech miar – nie ma w niej ani jednego promienia słońca, choć są rzadkie przebłyski tzw. dobra – książka nie jest brudna, czego się obawiałam. Nie jest, gdyż do opisania przemocy, braku miłości i zrozumienia, słów używa mimo wszystko czystych, nie oblepionych śmieciami, wszelkim językowym syfem.

I w tym czai się jedna z kluczowych w odbiorze książki ironia. W tym ukrywa się to szyderstwo na mieszczaństwo, na przyzwyczajenia („gry w odchody” o rodzicach wiecznie na skraju rozejścia się), na społeczne uwiązania, którym bohaterowie nie mają odwagi się przeciwstawić, a od których odetchną z ulgą topiąc się dopiero w ostatecznym gnoju, kiedy już nie tylko

Etykieta stała się etykietką i spłynęła z niej jak z pustej butelki porzuconej w deszczu. /s.87

Smutna to książka. Silna, bo wydaje się tak osobista. Ta intensywność odbioru przygasa pod koniec, jak t e n  dom się rozwala, ale wciąż, tak jak napisano w „Tygodniku Powszechnym”, boli. Nie tylko razami, które odbiera się prawie jak własne, ale i takimi zwierzeniami:

Czy mogło spotkać mnie coś straszniejszego niż zwierzenia samobójcze własnej matki? Mówiła, że samobójstwa też jej się śnią, że często we śnie się wiesza na rurze odkurzacza albo kroi żyły nożem kuchennym, albo wkłada głowę do pralki i włącza wirowanie wrzątku, skarżyła się, że nawet samobójstwo popełnia w tych snach jak garkotłuk. / s. 198-199

Pomiędzy obrazami ludzkiej na siebie obojętności, pomiędzy jednym uderzeniem a drugim wymierzanym bohaterowi przez ojca, pomiędzy scenami przemocy aktywnej i pozornie biernej, wsłuchuję się w takie Kuczokowskie myśli:

Domyśliłem się, że chodzi o obecność. Że tak się człowiek przyzwyczaja od przedszkolnych lat, przez szkolne, licealne i studenckie, że codziennie ktoś sprawdza jego obecność. Wywołuje z listy i domaga się potwierdzenia: <Jestem>. Przez te wszystkie lata ktoś jest zawsze zainteresowany tym, byśmy byli. Najpierw być musimy, potem powinniśmy – niezmiennie figurujemy jednak na listach obecności. Aż wreszcie z ostatnim dniem studiów ten przywilej się kończy: odtąd nikt już naszej obecności sprawdzać nigdy nie będzie, odtąd jesteśmy światu obojętni, możemy sobie być lub nie być. Pracodawcy nie interesuje nasza obecność, tylko efektywność – idealnym dla niego układem byłoby przecież zatrudnianie efektywnych duchów. Jak najwięcej wydajności przy jak najmniejszej obecności – oto, czego się od nas żąda. / s.182-183

I jeszcze pośród tego wszędobylskiego smutku, goryczy – przekazywanej przez pisarza tak osobiście, tak płynnie i bez mitrężenia symboli – razem z nim zacicham w konstatacji:

Wierzyłem im w Boga. / s. 152

Jak trafnie.

Wojciech Kuczok, Gnój
Wyd. W.A.B., Warszawa 2007

Łobuzerska sielskość M. Białoszewskiego

Mróz narasta. Świat sztywnieje. / s. 240

Nuda mrozu. Ciągle te same widoki. Dużo biało siwego i te same chodzenia. Pod nogami zamarznięte gile, kostropate. / s.314

Chamowo, Miron Białoszewski

To trafne zdania, zwłaszcza jeśli czyta się „Chamowo” Mirona Białoszewskiego przy mrozach aspirujących do -20 st. C. Obserwacje notowane przez pisarza i poetę w dzienniku prowadzonym przez rok (1975-76) po przeprowadzce do nowego mieszkania dają zimą dwie korzyści. Pierwsza dotyczy owej trafności w nazywaniu zjawisk, które towarzyszą nam za oknem, na przystanku, pod butem, w nosie. Druga korzyść to ta z przenosin, jakie funduje nam „Chamowo”, gdy Miron przeżywa lata, upały, bicze słoneczne i do domu znosi naręcza kwiatów, gałęzi, które nakłania do artystycznych kompozycji w zielonym wazonie.

Pewnie, co innego pobyt jakiś gdzieś z perspektywą powrotu do gniazda, a co innego gniazdo zmienić. Więc im więcej stałego, tym lepiej fruwamy. Tamto mieszkanie zrodziło to mieszkanie. A tamto mieszkanie zrodziło się z Poznańskiej. To my te mieszkania rodzimy. To już nie estetyka, a fizjologia ciągłości. / s. 16

Dla Białoszewskiego przeprowadzka to nie tylko przeniesienie rzeczy (które zresztą bardzo skwapliwie wylicza na początku) z jednego miejsca do drugiego. To zmiana otoczenia wysyłająca mu twórcze bodźce: inna architektura, inny widok z okna, inni ludzie. Labirynt klatki schodowej, tajemniczy sąsiedzi i hałasy zgrzytającej w wieżowcu windy – wszystko budzi w nim ciekawość pisarską. Odpowiada mu też bliskość sielskich okolic – godnych długich kwiatodawczych spacerów.

Dużo ludzi z psami wychodzi na spacer w nocy. / s.134

Szybko oswaja rozkłady jazdy tramwajów i nocnych autobusów, którymi w najdziwniejszych porach wybiera się do przyjaciół w odwiedziny. A przyjaciół ma wielu – do końca książki trudno zapamiętać wszystkich i łączące ich stosunki.

Przyjaciele naszych przyjaciół wtedy zaczynają zostawać naszymi przyjaciółmi, kiedy z nimi dochodzimy do obgadywania naszego wspólnego przyjaciela. / s.207

Przyjaciele to katalizator energii i inspiracji dla Mirona. Dokładnie zapisuje całe dialogi, oddając unikatowy charakter spotkań, nasycony ironią i humorem. Notuje na wyrywki, że

Ktoś mówi Tadziowi, że taki dobry. Obruszył się.

– To też niedobrze. Walnąć tak w kogo dobrocią. / s. 158

Czuje się, jak Białoszewski przystaje nad takimi lekko powiedzianymi a przecież niewąskimi myślami.

mieszkanie jest owtorkowane. / s. 17

(…) nie będzie zaraz wychodzenia, będzie szło dobre gadanie do rytmu. / s. 199

Codzienność pisarza to spotkania i spacery. Zwyczajne, lecz przeradzające się – niespodziewanie – w wartką prozę, budującą przekonanie godne jakichś – bez żadnych wycieczek personalnych! – praktyków NLP: że codzienność nie jest nudna, że nie trzeba czekać na święto, na nie-co-dzień, żeby wydarzyło się coś godnego zapamiętania i aby dzień miał sens.

U Białoszewskiego zwyczajność jest niemarudna.

A pisanie nie może wynikać z niczego. Na pisanie musi naciec życie, przeżycia, wychodzenia, obcowania, a do tego trzeba energii. Wiek podstarości owy pozbawia człowieka swobody przeżyciowej, w tym pełnym znaczeniu. Trzeba pilnować, żeby nie stracić za dużo, bo wtedy i gorsze życie, i może być węższe pisanie. Dlatego trzeba regulować energię. / s.141-142

Wydaje się, że nic nie robi cały dzień. A jednak jeździ, tworzy reportaże, wiersze, nagrania, dziennik. Wszystko to jednak daje wrażenie wtórności – bo dla Białoszewskiego te elementy codziennych zakupów, wyjść, spotkań z ludźmi, nowo dostrzeżona doniczka w oknie sąsiada to są sprawy pierwszorzędnie ciekawe.

Rytm życia Białoszewskiego, często nocny, i pasztet znikający z parapetu, gdy za oknem rozstawiono rusztowania ma w sobie tyle pogody, że od książki trudno się oderwać. A przecież wie się, że nie tylko o notatkowość w tym chodzi, lecz o oswojenie przestrzeni, pogodzenie się z nową sytuacją, ze starzeniem, z samoobserwacją i ciągłym uczeniem się ludzi.

Słuchając muzyki czy czytając książkę stwierdza, że

Otwierają się w nas zapasowe klapy gustu dla rzeczy mniej szczytowych. / s.168

No cóż, nie co dzień można stykać się z mistrzem Mironem. Niestety.

Inne spojrzenia:

Polityka, Miron nadaje z mrówkowca Bardzo trafnie.

Wyborcza – Fragmenty książki

Miron Białoszewski, Chamowo
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 2009

O kance i „Lali” J. Dehnela

Tak rozmyślam od pewnego wieczoru, że moje szczęście jest zielonego koloru (za W. Broniewskim) oraz o tym, jak dobrze czytać  mnie, Polce, polską książkę  – w żaden sposób nieprzetworzoną językowo, niezakonserwowaną przez tłumacza, tego trzeciego w trójkącie małżeńskim ja-autor-translator.

Lala, Jacek Dehnel

Gładziej zatem czyta mi się „Lalę” Jacka Dehnela. Trudno jednak chwalić autora za to, że raczył być tej samej narodowości co ja. Na szczęście, jest i tak za co go pochwalić. Na przykład za to, że swoim typem pisania przywołał dla mojego prywatnego użytku obrazy łąk blisko domu mojej babci i rozkładanych pod rozłożystym kasztanem leżaków i kocy. Kanki, do której babcia wlewała wychłodzoną zupę ogórkową – idealny posiłek w letnie południe, jak wielokroć objaśniała tej małej dziewczynce w koszulce z zielonymi słoniami, którą kiedyś byłam. Jak grałyśmy w wojnę i piotrusia i spotykane byłyśmy przez sąsiadki babci, zawsze nasycone plotkami i złośliwostkami, tak jak pamiętna Krywuciowa, której kolana przywodzą znów na myśl wspomniane już słonie, sprowadzone tym razem tylko do nóg. Bliny, które babcia podawała co niedzielę na śniadanie. Placki ziemniaczane ze śmietaną. Zapachy kuchenne i te z babci licznych szaf – światy samoistne, krainy niezbadane, obfite w suknie i futra.

Jest w „Lali” coś z „Sierpnia” Brunona Schulza, gdy drzewa uginają się pod ciężarem czereśni. Jest i smak magdalenek, tu będących delicjami i herbatą w szklance. Jest w niej bajarstwo na wskroś polskie, bo mówiona jest ta „Lala”: mówiona anegdotami babci, rodzinnymi wspomnieniami o ludziach, czasach i miejscach. Mówiona deltą, zmianą, przenosinami, równaniem nigdy nierozwiązanym do końca, a z którym każdy z nas się boryka. Jest w tej prostej prozie elegancja polskiej literatury, tak niedopieszczona ostatnio. Takie to wszystko ildefońskie, baczyńskie, witoldzie.

Piękna i wzruszająca jako polska saga i jako opowieść osobista autora, odkrywająca nam korzenie jego stylu jako pisarza i sedna bycia człowieka.  Kruche i wiotkie są prawdy jak ludzie, którzy je noszą. Jacek Dehnel wie, jak je chronić.

Jacek Dehnel, Lala
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008