Ludzie na drzewach, Hanya Yanagihara

hanya-yanagihara._1449603995
Hanya Yanagihara | Źródło: successstory.com

Gdy pierwszy raz przeczytałam o powieści „Ludzie na drzewach” Hanyi Yanagihary, wydała mi się bardziej obiecująca niż „Małe życie”, którego polskie wydanie ukazało się rok temu. Po przeczytaniu obu powieści w zasadzie zgadzam się ze swoją pierwszą intuicją, choć rozumiem, dlaczego to „Małe życie”, a nie „Ludzie na drzewach” przyniosło amerykańskiej pisarce taki spektakularny sukces zarówno wśród krytyków, jak i czytelników. Czytaj dalej Ludzie na drzewach, Hanya Yanagihara

Reklamy

Mów do niej, Francisco Goldman

Aura Estrada, osiołek i Francisco Goldman. Zdjęcie ze ślubu Aury i Francisco.
Aura Estrada, osiołek i Francisco Goldman. Zdjęcie ze ślubu Aury i Francisco. Sierpień 2005, San Miguel de Allende, Meksyk.

„Był czas, kiedy dużo myślałem o aksolotlach. Chodziłem je oglądać do akwarium w Jardin des Plantes i spędzałem całe godziny na przyglądaniu się im, obserwowaniu ich bezruchu, ich tajemniczych drgnień. A teraz sam jestem aksolotlem”*. Czytaj dalej Mów do niej, Francisco Goldman

„Niewidzialne”domknięcia

Nowy Jork. Na imprezie u znajomych student literatury i poeta Adam Walker poznaje parę: wykładowcę politologii i Francuzkę. Niespodziewanie szczodra przyjaźń prowadzi do traumatycznych zdarzeń i odkrycia prawd o sobie, które dla Walkera są tak bardzo nie do przyjęcia, że łamie kolejne zakazy, by wymazać pamięć o tych pierwszych.

O „Niewidzialnych” Paula Austera można opowiedzieć jeszcze z innej perspektywy. Oto po 30 latach do sześćdziesięcioletniego Jima odzywa się Adam. Kiedyś sublokatorzy i bliscy koledzy, dziś jeden z nich umiera na białaczkę, a drugi jest uznanym pisarzem. Adam spisuje wspomnienia, a Jim je czyta, poznając drażliwe tajemnice dawnego przyjaciela.

Trzy rozdziały napisane przez Adama to kronika wydarzeń z kilku miesięcy roku 1967 – o tym, jak wiele będą znaczyć, Walker częściowo wie, gdy mu się przydarzają, jednak o konsekwencjach niektórych z nich dowiaduje się poniewczasie. To, co widoczne dla wszystkich, nie odkrywa im jednak całej prawdy.

Im, czyli chociażby siostrze Walkera, niezwykle bliskiej mu osobie, która przeżywa szok czytając zapiski brata. Jaka była naprawdę ich relacja nie dowiadujemy się ostatecznie; jej rozwiązanie pozostaje w teczce z napisem „nierozstrzygnięte”.

Czy raczej „niewidzialne”, bo przecież przede wszystkim przez pryzmat niewidocznego, nienamacalnego i niedostrzeganego należy spojrzeć na tę książkę. Czym jest niewidzialne? Grami wyobraźni Walkera fantazjującego o zakazanym seksie? Mitomańskimi iluzjami nie wzbudzającego sympatii politologa? Który z nich kłamie? Czy kłamią obaj – i po co?

Niewidzialność sprowadzić do uczuć byłoby zbyt proste, ale nie sposób nie dostrzec tych wszystkich niewypowiedzianych czy ignorowanych miłości, rojeń, tęsknot, aspiracji, zazdrości. Tęsknoty wreszcie za tragicznie zmarłym bratem, którego brak – którego niewidzialność – przenika Walkera i jego siostrę tak bardzo, że wspólna pamięć o nim zamyka ich przed resztą świata, nawet przed również cierpiącymi po stracie rodzicami.

Zza niedomkniętych drzwi wychodzą na jaw tabu i wewnętrzne zakazy moralne. Kazirodcze związki, zdrady – niewidoczne dla innych, kochanków najmocniej magnetyzują, a przecież „Bardzo często coś, co działa na wyobraźnię, powinno pozostać w sferze wyobraźni”. /s. 119

Pół-niewidzialny jest też Jim, przyjaciel Adama, a od połowy książki współnarrator. Szara eminencja, redaktor, pisarz i wydawca – narożny obserwator, przed którym nie ma ucieczki. Tak doskonale wtapia się w tło, w styl, w historie, że prawie zapominamy, że jest tam w kącie obecny i nie spuszcza z nas oczu.

Wielopłaszczyznowa opowieść o dramatach przekreślających plany, o relacjach z bliskimi, o sile fantazji, o kłamstwie, o nierozstrzygalnych kwestiach. O wszystkim tym, co nienamacalne, lecz tym bardziej ważne. Rzecz o – uwaga, brzydkie słowo – imponderabiliach.

Książka „Niewidzialne” została udostępniona do recenzji przez księgarnię Matras.

Paul Auster, Niewidzialne (oryg. Invisible)
Przeł. Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2010

Murakami i Updike razem w Rzymie

Przedwyjazdowe dylematy zaowocowały podjęciem kontrowersyjnej decyzji o zabraniu dwóch książek. Skutki podróży są następujące: dwie osoby przeczytały „Po zmierzchu” Haruki Murakamiego, jedna osoba „Zapiski na drugiej stronie pudełka od zapałek” Umberto Eco i jedna „Czarownice z Eastwick” Johna Updike’a.

Wszystko zaczęło się od tego, że uparłam się zabrać odradzaną wszędzie książkę Murakamiego. Była lekka i niegruba, nie wymagała pozbawionego turbulencji nabożnego skupienia i wiąże się z pewnym projektem, który teraz realizuję. Lekkomyślnością byłoby jednak zabrać na cały tydzień tylko jedną książeczkę. W takich okolicznościach wpadł mi w oko pewien Włoch… Umberto Eco pasował do destynacji podróży, oferował krótkie a (ponoć) cięte felietony, a ja przepadam za dobrze skrojonymi felietonami, oraz miał tę niesamowitą okładkę w intensywnych różowych kolorach, którą czyta się w poziomie (naprawdę świetnie to wygląda).

Lot z Poznania do Rzymu trwa około dwóch godzin, więc po tym, jak zniknęły budynki i nocne krajobrazy za małym okrągłym okienkiem, cóż było robić? Sięgnęłam po jedną książkę, a Tomek, który nie chciał szperać w swoim bagażu, zabrał się za moją lekturę zapasową. Tak więc zostałam z jego Updike’iem w odwodzie.

– Już drugi raz siedzę w samolocie obok kogoś, kto czyta „Po zmierzchu” Murakamiego – stwierdził Tomek, na moment zamyślił się i podrapał po lewej kieszonce koszuli, a potem zapadło buczące silnikiem milczenie i czytaliśmy.

***

"Po zmierzchu" H. Murakami
"Po zmierzchu" H. Murakami

O „Po zmierzchu” napisano już wiele i nie chcąc oddawać się niezdrowym zwyczajom redundancji (kto z nas lubi, gdy przypomina mu się czkawką obiad w porze podwieczorku?), dodam tylko, że wolę Murakamiego-grubasa. W opowiadaniach i krótszych fabułach, choć sprawny, zawodzi brakiem rozmachu. Wciąż nieprzewidywalny, mieści się jednak w granicach przeczuć i standardów. Ot, zwyczajna historia: jedna siostra śpi snem królewny, a druga w tym czasie spędza noc poza domem czytając, pijąc kawę i służąc pomocą. Nic niezwykłego, prawda? Z drugiej strony jest w biegającym Japończyku element urzekający. Czar dobrej wróżki-opowiadacza, który piastuje naszą uwagę z matczyną czułością i nie pozwala jej upaść na podłogę. W tej opowieści urzeka  sposób narracji. Czytelnik staje się punktem widzenia, okiem kamery, obserwatorem, a przez to w jakiś niewyjaśniany sposób – świadkiem czy nawet uczestnikiem wydarzeń. Prawdę powiedziała pierwsza osoba, która tę książkę nazwała gotowym scenariuszem filmowym. Innym, w tym mnie, pozostaje tylko iść tropem Indianina, za człowiekiem, który sformułował ten sąd.

Czarownice-z-Eastwick
"Czarownice z Eastwick" J. Updike

Nie opuszczając powołanego tutaj słowem do życia Indianina, pójdźmy za nim na mokradła Lenoxów w Eastwick, gdzie stał stary opuszczony dom. To właśnie  w jego okolicach spotkałam po raz pierwszy Johna Updike’a. Wielokrotnie wynoszony pod niebiosa przez recenzentów prasowych i, że tak powiem, tutejszych, amerykański pisarz nie wywarł na mnie aż tak wstrząsającego wrażenia, choć i nie zawiódł mnie tak, jak mógł. Generalnie o pisarzach amerykańskich sądzę, że są mocno przereklamowani, a ich sława to efekt rozdmuchanego marketingu, który – jakby nie patrzeć – w USA wynaleziono.  Amerykańskich autorów sprawdzam pod względem potwierdzania mojej tezy lub jej obalenia. Dodajmy, że jestem prawdziwie zachwycona, jeśli moja opinia zostaje przetrącona i zbezczeszczona. Niestety, zdarza się to bardzo rzadko.

O moim braku zaskoczenia w przypadku „Czarownic z Eastwick” Updike’a zadecydować mogło to, że na długo przedtem, zanim przeczytałam książkę, widziałam jej filmową adaptację z Cher, Michelle Pfeiffer, Susan Sarandon i Jackiem Nicholsonem w rolach głównych. Historię trzech czarownic, młodych rozwódek na prowincji, które spotykają tajemniczego, rubasznego i nieokrzesanego mężczyznę, już znałam. Nie znałam tylko środków epickich Updike’a, a to właśnie one najsilniej oddziałują w opisach społeczeństwa i jego poszczególnych członków (to ostatnie często bardzo dosłownie). Oprócz złośliwości i trafnych obserwacji, Updike szafuje również giętkimi dialogami i ostrożnie, lecz z maestrią buduje nastrój miasteczka, hulanek w rezydencji czy ledwo dostrzegalnych zmian w relacjach między przyjaciółkami. Wspaniale wczuwa się również w psychikę kobiet, co u mężczyzny jest z zasady pełne niedociągnięć. Reasumując, towarzystwa Updike’a, choć to Amerykanin, będę jeszcze poszukiwać. Mam nadzieję, że okaże się mniej czarodziejski, ale pozostanie diabelnie spostrzegawczy.

Haruki Murakami, Po zmierzchu (oryg. Afutadaku)
Przekład Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007

John Updike, Czarownice z Eastwick (oryg. The Witches of Eastwick)
Przekład Katarzyna Bogucka-Krenz
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008

Gonzo – Thompsonowski styl dziennikarstwa

O Thompsonie przeczytałam przypadkowo, krążąc błędnie po Internecie w poszukiwaniu czegoś Nowego. Mikro akt wandalizmu w redakcji amerykańskiego magazynu (zepsucie automatu z batonikami), w odwecie za zwolnienie z pracy, opisany w notce biograficznej pisarza, przykuł moją uwagę.

okladka-200
Hunter S. Thompson

Hunter S. Thompson (1937-2005) to uznawany w USA za jednego z najlepszych żyjących w XX wieku pisarz oraz rewolucyjny, bezczelny, kpiący ze wszystkiego dziennikarz, samozwańczy doktor nauk dziennikarskich, który nawet nie skończył liceum. Nie przeszkodziło mu to w zmyśleniu CV i znalezieniu pracy w największych tytułach amerykańskiej prasy (np. New York Times czy Rolling Stone). Autor ponad 15 książek, kontrowersyjnych wypowiedzi i zapalony entuzjasta dziennikarstwa jest twórcą  własnego stylu reporterskiego – gonzo. Polega on na całkowicie subiektywnym przedstawianiu zdarzeń, rezygnacji z wiernego odtwarzania faktów oraz niebezpiecznie zaangażowanym uczestnictwie w opisywanych wydarzeniach. Thompsona inspirowały słowa Williama Faulknera, że „fikcja literacka jest o wiele prawdziwsza niż jakikolwiek rodzaj dziennikarstwa”. Argumentując za swoją tak zwaną nierzetelnością dziennikarską, stwierdzał, że „jedyną rzeczą bliską reporterskiemu obiektywizmowi, jaką w życiu widziałem, była kamera na którejś ze stacji benzynowych w Kolorado”.  Za głównych bohaterów swoich reportaży obierał najczęściej człowieka, który zawsze był pod ręką – siebie. Czy przyszło mu pisać relację z toru wyścigowego, czy opis życia gangu motocyklowego – zawsze stawał w centrum wydarzeń bez względu na ryzyko i możliwe konsekwencje (najczęściej śmierć).

Styl gonzo w pełnym rozkwicie pojawia się w jego najsłynniejszej książce „Lęk i odraza w Las Vegas”. Jest to jedyna jego książka przetłumaczona na język polski, na dodatek dopiero w ponad 35 lat po jej pierwszym wydaniu w Stanach Zjednoczonych.  Na jej podstawie Terry Gilliam nakręcił film Las Vegas Parano z Johnny Deppem w roli głównej. Thompson zwykł nazywać ją swoją najlepszą. Z makabrycznymi nieraz detalami opowiada przebieg narkotycznej eskapady Raoula Duke’a (swojego alter ego) i doktora Gonzo do Las Vegas, skąd Duke miał napisać relację z przebiegu pustynnych wyścigów Mint 400, a w drugiej części książki z policyjnej konferencji antynarkotykowej. Tym, co łączy obie partie książki, jest nie tylko miejsce akcji, plastikowe i tandetne Las Vegas, do którego autor pała nieskrywaną odrazą, ale również poszukiwanie „amerykańskiego snu”: dowodów na podstawność mitu o nieograniczonych możliwościach, jakie oferuje ziemia obiecana – Ameryka. Opowieść Thompsona to przegląd (chyba) wszystkich istniejących na rynku używek wraz z opisem ich działania i reportaż o życiu w Stanach Zjednoczonych w latach 70. XX wieku osadzona w społeczno-politycznym, mocno radykalnym kontekście.

rys. Ralph Steadman
rys. Ralph Steadman

Styl Thompsona da się opisać za pomocą jednego słowa: mocny. Jednak wypada również dodać, że jest literacko dopracowany, diabolicznie inteligentny i potoczysty. Nie sposób oderwać się od tej prozy, jakkolwiek ją nazwać: czysto reporterską, kapryśnym non-fiction czy luźną beletrystyką. Nieodłączną siłą książki są ilustracje Ralpha Steadmana: czarno-białe, karykaturalne i komiksowe.

Do książki podchodziłam z rezerwą, spodziewając się zetknięcia z kolejnym skutkiem amerykańskiego przereklamowania i przedawkowania superlatyw. Już od pierwszej kartki wiedziałam jednak, że popełniłam błąd i mam do czynienia z bardzo rozluźnionym następcą Henry’ego Millera, z pisarskim odpowiednikiem szalonego Quentina Tarantino i z błyskotliwym nonkonformistą na miarę… no właśnie, kogo?

Książkę warto przeczytać z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest możliwość poznania niepowtarzalnego stylu dziennikarskiego gonzo. Zważywszy jednak na to, że nie wszyscy muszą interesować się dziennikarstwem, na szczęście istnieje drugi powód: zwyczajna, nieprzemijająca przyjemność czerpana z lektury książki. Dobrej książki.

Hunter S. Thompson, Lęk i odraza w Las Vegas. Szaleńcza podróż do  serca „amerykańskiego snu” (oryg. Fear and Loathing in Las Vegas)
Ilustracje Ralph Steadman
Przekład Marcin Wróbel, Maciej Potulny
Wydawnictwo niebieska studnia, Warszawa 2008

Śmierć idei w „Niewidzialnym człowieku”

No i nadeszła ta wiekopomna chwila, kiedy przeczytałam książkę z polecenia niemalże, i pojawia się we mnie ta nieszczęsna ambicja, by dorównać recenzencko oczekiwaniom.

Chodzi o „Niewidzialnego człowieka” Ralpha Ellisona. Polecił niemalże Giera, który przez jakiś czas krył się za pseudonimem Ralph Ellison. Było to na tyle intrygujące (kim jest Ralph Ellison i czego dokonał, że kolega po blogowisku wybiera go na swoje wirtualne alter ego), że spotkawszy na swej księgarskiej drodze w czerń oprawioną książkę – a grubą, a twardą, a pachnącą drukiem jak najprzedniejszymi perfumami – co prędzej (by nie powiedzieć, co stopa wyskoczy) kupiłam ją.

Książkę opatrzył sam autor wstępem. Wstępem elokwentnym i jak jagodami pięknymi myślami umajonym. Płynie z niego wniosek, że autor swe własne  doświadczenia przekuł w powieść

(wielką i amerykańską, bo taka była jego ambicja; zaspokoję moją wrodzoną skłonność do dygresji, niech się raz wreszcie wypasie: bo otóż faktycznie rozdzielić trzeba pisarzy, którzy chcą napisać dzieło wielkie od tych, którzy od początku zamiarują porwać się na największą powieść amerykańską; to i inny kanon, i inne wymogi).

Książka bogata w stylistycznie proste, lecz piękne sformułowania. Gdy nie są piękne, są dowcipne (zapadła mi w pamięć zwłaszcza śmierć jedząca kanapki z jednego z porównań). Gdy nie są dowcipne, są po prostu komunikatywne i snujące historię o czarnoskórym wykształciuchu, który szuka swojego miejsca w świecie. Początkowo idealista i marzyciel, staje wobec faktów, na które nie ma wpływu i pozbywa się złudzeń. Dowiaduje się, że został wystrychnięty na dudka i tak naprawdę wszystkie jego wysiłki, każda obrana strategia przetrwania są na nic, bo nie sposób zmienić tego, że przez pryzmat rasy jest postrzegany (jeśli w ogóle jest dostrzeżony). A od tego już niedaleko do rozmyślań o tożsamości, o walkach mniejszości i obserwacji małości ludzi uwikłanych w pragnienie zdobycia władzy.

Im więcej piszę o „Niewidzialnym człowieku”, tym bardziej chcę zamilknąć. To nie jest książka do przegadania. To książka do czytania.

Ralph Ellison, Niewidzialny człowiek (oryg. Invisible Man)
Tłum. Andrzej Jankowski
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2004

Niewidzialny człowiek

Ralph Ellison
Ralph Ellison

(…) nie pasowałem do żadnej, legalnej ani nielegalnej, roli znanej moim sąsiadom. Nie byłem ani oprychem, akwizytorem nielegalnych loterii czy dilerem, ani pracownikiem poczty, lekarzem, dentystą, prawnikiem, przedsiębiorcą pogrzebowym, fryzjerem, barmanem ani kaznodzieją. I chociaż moja mowa zdradzała, że mam jakieś wykształcenie wyższe, było też jasne, że nie należę do grupy przedstawicieli wolnych zawodów (…). Mój nieokreślony status był zatem przedmiotem spekulacji i źródłem niepokoju, zwłaszcza wśród tych, których postawa i sposób prowadzenia się były na bakier z nakazami prawa i porządku.

Ralph Ellison, „Niewidzialny człowiek”

Hura-delfin

Wyczytane u Hermana Melville’a o delfinach:

(…) ryby te zazwyczaj pływają wesołą czeredą, a na pełnym morzu wyskakują w niebo jak czapki wyrzucane z tłumu w dzień 4 lipca.

„Moby Dick”, s. 149

i dalej czytamy:

Ukazanie się tych ryb bywa na ogół witane z zachwytem przez marynarzy.

Teraz nie tylko przez marynarzy!

Wynurzają się one w niezmienne wyśmienitym humorze ze smaganych wichrem bałwanów od strony nawietrznej. To właśnie są tacy chłopcy, co idą z prądem.

Podoba mi się u Melville’a, że brata się z lewiatanem: wielkiego określa mianem „ten dżentelmen”, a delfiny to chłopcy. Czyż nie przyjemne?

Uważane są za dobry omen. Jeżeli na ich widok potraficie powstrzymać się od wiwatów, tedy Bóg z wami; nie macie w sobie ducha boskiej igraszki.

kolumb

Ducha boskiej igraszki posiała we mnie ta pamiętna wyprawa namorska w okolicach Madery, gdzie z przednich siatek katamaranu rozpostartych nad oceanem patrzyliśmy na rozbrykanie wesołych ssaków.

Czy duch boskiej igraszki czasem nie jest tożsamy z „przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda”, a tym samym po prostu z wakacjami? Tajemniczy dżin zrywowy rozhulał się we mnie w ten sobotni poranek jak zamknięty w słoiku wiatr od morza.

książkę przez słomkę

Dziwne uczucie w trakcie czytania Normana Mailera. Coraz mniejszą mam ochotę czytać, a coraz większą po prostu zacząć pisać. Wszystko już było. Nikt nie pisze nic odkrywczego. Wciąż od nowa to samo. Nikt Ameryki nie odkrywa. A skoro tak – to czy i ja nie potrafiłabym tak pisać?

Ma jednak człowiek ambicję, żeby coś odkryć. Może nie cały kontynent, ale chociaż wyspę. Swoją własną. Z jedną czy dwoma palemkami. Jedna może mieć kokosy, a druga drwiącą małpkę. Lazur nieba po horyzont i co jakiś czas odwiedziny człowieka, który wyskakuje z tratwy i rozbijając harmonię wody podbiega do brzegu. Są leżaki z miękkiej, niewrzynającej się w ciało wikliny, na nich białe materace. I godzinami siedzimy razem, i patrzymy na linię horyzontu, a spod piasku wyskakuje minilodówka i drwiąca małpka przygotowuje truskawkowe sorbety.

Skoro już nic nowego nie można stworzyć, skoro w kółko już czyta się teraz to samo i nowa książka co rusz to zawodzi, bo okazuje się kalką albo imitacją czegoś innego – a przecież sięgam tylko po tych, którzy mają opinię najlepszych –   to może warto zaryzykować ze swoją wyspą z dwoma palmami i małpką, która robi sorbety?

Sięgam po szklankę i przez słomkę siorbię  zamrożone lato.