Murakami i Updike razem w Rzymie

Przedwyjazdowe dylematy zaowocowały podjęciem kontrowersyjnej decyzji o zabraniu dwóch książek. Skutki podróży są następujące: dwie osoby przeczytały „Po zmierzchu” Haruki Murakamiego, jedna osoba „Zapiski na drugiej stronie pudełka od zapałek” Umberto Eco i jedna „Czarownice z Eastwick” Johna Updike’a.

Wszystko zaczęło się od tego, że uparłam się zabrać odradzaną wszędzie książkę Murakamiego. Była lekka i niegruba, nie wymagała pozbawionego turbulencji nabożnego skupienia i wiąże się z pewnym projektem, który teraz realizuję. Lekkomyślnością byłoby jednak zabrać na cały tydzień tylko jedną książeczkę. W takich okolicznościach wpadł mi w oko pewien Włoch… Umberto Eco pasował do destynacji podróży, oferował krótkie a (ponoć) cięte felietony, a ja przepadam za dobrze skrojonymi felietonami, oraz miał tę niesamowitą okładkę w intensywnych różowych kolorach, którą czyta się w poziomie (naprawdę świetnie to wygląda).

Lot z Poznania do Rzymu trwa około dwóch godzin, więc po tym, jak zniknęły budynki i nocne krajobrazy za małym okrągłym okienkiem, cóż było robić? Sięgnęłam po jedną książkę, a Tomek, który nie chciał szperać w swoim bagażu, zabrał się za moją lekturę zapasową. Tak więc zostałam z jego Updike’iem w odwodzie.

– Już drugi raz siedzę w samolocie obok kogoś, kto czyta „Po zmierzchu” Murakamiego – stwierdził Tomek, na moment zamyślił się i podrapał po lewej kieszonce koszuli, a potem zapadło buczące silnikiem milczenie i czytaliśmy.

***

"Po zmierzchu" H. Murakami
"Po zmierzchu" H. Murakami

O „Po zmierzchu” napisano już wiele i nie chcąc oddawać się niezdrowym zwyczajom redundancji (kto z nas lubi, gdy przypomina mu się czkawką obiad w porze podwieczorku?), dodam tylko, że wolę Murakamiego-grubasa. W opowiadaniach i krótszych fabułach, choć sprawny, zawodzi brakiem rozmachu. Wciąż nieprzewidywalny, mieści się jednak w granicach przeczuć i standardów. Ot, zwyczajna historia: jedna siostra śpi snem królewny, a druga w tym czasie spędza noc poza domem czytając, pijąc kawę i służąc pomocą. Nic niezwykłego, prawda? Z drugiej strony jest w biegającym Japończyku element urzekający. Czar dobrej wróżki-opowiadacza, który piastuje naszą uwagę z matczyną czułością i nie pozwala jej upaść na podłogę. W tej opowieści urzeka  sposób narracji. Czytelnik staje się punktem widzenia, okiem kamery, obserwatorem, a przez to w jakiś niewyjaśniany sposób – świadkiem czy nawet uczestnikiem wydarzeń. Prawdę powiedziała pierwsza osoba, która tę książkę nazwała gotowym scenariuszem filmowym. Innym, w tym mnie, pozostaje tylko iść tropem Indianina, za człowiekiem, który sformułował ten sąd.

Czarownice-z-Eastwick
"Czarownice z Eastwick" J. Updike

Nie opuszczając powołanego tutaj słowem do życia Indianina, pójdźmy za nim na mokradła Lenoxów w Eastwick, gdzie stał stary opuszczony dom. To właśnie  w jego okolicach spotkałam po raz pierwszy Johna Updike’a. Wielokrotnie wynoszony pod niebiosa przez recenzentów prasowych i, że tak powiem, tutejszych, amerykański pisarz nie wywarł na mnie aż tak wstrząsającego wrażenia, choć i nie zawiódł mnie tak, jak mógł. Generalnie o pisarzach amerykańskich sądzę, że są mocno przereklamowani, a ich sława to efekt rozdmuchanego marketingu, który – jakby nie patrzeć – w USA wynaleziono.  Amerykańskich autorów sprawdzam pod względem potwierdzania mojej tezy lub jej obalenia. Dodajmy, że jestem prawdziwie zachwycona, jeśli moja opinia zostaje przetrącona i zbezczeszczona. Niestety, zdarza się to bardzo rzadko.

O moim braku zaskoczenia w przypadku „Czarownic z Eastwick” Updike’a zadecydować mogło to, że na długo przedtem, zanim przeczytałam książkę, widziałam jej filmową adaptację z Cher, Michelle Pfeiffer, Susan Sarandon i Jackiem Nicholsonem w rolach głównych. Historię trzech czarownic, młodych rozwódek na prowincji, które spotykają tajemniczego, rubasznego i nieokrzesanego mężczyznę, już znałam. Nie znałam tylko środków epickich Updike’a, a to właśnie one najsilniej oddziałują w opisach społeczeństwa i jego poszczególnych członków (to ostatnie często bardzo dosłownie). Oprócz złośliwości i trafnych obserwacji, Updike szafuje również giętkimi dialogami i ostrożnie, lecz z maestrią buduje nastrój miasteczka, hulanek w rezydencji czy ledwo dostrzegalnych zmian w relacjach między przyjaciółkami. Wspaniale wczuwa się również w psychikę kobiet, co u mężczyzny jest z zasady pełne niedociągnięć. Reasumując, towarzystwa Updike’a, choć to Amerykanin, będę jeszcze poszukiwać. Mam nadzieję, że okaże się mniej czarodziejski, ale pozostanie diabelnie spostrzegawczy.

Haruki Murakami, Po zmierzchu (oryg. Afutadaku)
Przekład Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007

John Updike, Czarownice z Eastwick (oryg. The Witches of Eastwick)
Przekład Katarzyna Bogucka-Krenz
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008