Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

iwasz_corki male
Jarosław Iwaszkiewicz z córkami: Marią (po prawej) i Teresą (po lewej).               Stawisko, lata 30.

Za tydzień o tej porze będę siedzieć na lotnisku i czekać na lot na Sycylię. W ramach mentalnych przygotowań i ćwiczeń na wyobraźnię szukam w książkach fragmentów sycylijskich. Jeśli miałabym wskazać tylko jednego pisarza, który kojarzy mi się z tą częścią Włoch, to powiedziałabym: Iwaszkiewicz.

Czytaj dalej Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

Reklamy

Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę

iwaszkiewicz jaroslaw 4_5349345
1963 Stawisko. Jaroslaw Iwaszkiewicz z psem Tropkiem. | fot. Tadeusz Rolke/archiwum Muzeum w Stawisku/FOTONOVA

Jedną z moich największych weekendowych przyjemności jest czytanie gazety. A czytanie gazety zaczynam od sprawdzenia, czy jest wiersz tam, gdzie powinien być. I gdy jest, to radość, to od niego zaczynam. A gdy go nie ma, to rozczarowanie. Czasem odkładam wtedy  gazetę na później. A czasem się naprawdę obrażam i nie czytam jej wcale.

Czytaj dalej Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę

Piórkiem, piórkiem

Fragment artykułu o Annie i Jarosławie Iwaszkiewiczach:

„Rodzina nie podzielała entuzjazmu Anny [wobec wybranego przez nią narzeczonego – przyp. red.]. Dla nich Iwaszkiewicz był nędzarzem. Przyjechał do Warszawy niecałe trzy lata wcześniej z ogarniętej rewolucją Ukrainy. Najmłodsze dziecko zbiedniałego powstańca styczniowego, zarządcy cukrowni. Wychowywała go matka i starsze siostry, bo ojciec – Bolesław – umarł, kiedy chłopiec miał osiem lat.

Gdy rodzina Iwaszkiewiczów biedziła się, jak przeżyć za 500 rubli rocznie, Stanisław Wilhelm Lilpop [ojciec Anny] na utrzymanie siebie, Hani i owdowiałej siostry Anieli wydawał kilkanaście tysięcy rubli.

W 1922 roku, gdy się poznali, o młodym Iwaszkiewiczu było już głośno. Występował ze Słonimskim, Lechoniem, Tuwimem i Wierzyńskim w słynnej kawiarni Pod Pikadorem. Wydał Oktostychy i szykował Dionizje.

Już po ślubie teść pytał: – I tak piórkiem, piórkiem będziesz zarabiał?”

Czytaj dalej Piórkiem, piórkiem

Marginalia: połykanie seriami

Czytam pierwszy tom Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza i oprócz tego, że podziwiam elegancką, precyzyjną polszczyznę, jakiej używa ten pisarz i o jaką, wydaje mi się, coraz trudniej, przystaję co jakiś czas nad takimi fragmentami jak ten – o sztuce czytania i o „trzaskaniu” seriami:

„Dziwaczne są moje lektury w tej epoce – pisze Iwaszkiewicz 12 października 1941 roku. – W 1939 roku nie czytałem nic oprócz Pana Tadeusza. Ogarnęło mnie odrętwienie zupełne. Dopiero w styczniu 1940 roku wziąłem się, i to od razu, do Tysiąca i jednej nocy. Odwaliłem wszystkie osiem tomów systematycznie jeden za drugim. (…) Po Tysiącu i jednej nocy przyszły takie lektury jak za najszczęśliwszych lat młodości, kiedy miałem piętnaście-szesnaście lat. Czytanie wszystkiego całymi seriami, olbrzymimi całościami”.

Czy faktycznie mając naście lat ma się większy pęd do chłonięcia całych serii, połykania tomów jeden po drugim? Chyba tak. Przypominam sobie, że była wtedy energia i ciekawość – gdy już jedno nazwisko przypadło do gustu, zainteresowało czyjeś pisanie, chciało się wszystko, wszystko poznać. Czytaj dalej Marginalia: połykanie seriami

Rok grubych książek

Dni coraz dłuższe, coraz jaśniejsze przynoszą też więcej odkrytych przestrzeni do czytania. Książkę chce się już czytać nie tylko w wygodnym fotelu, w ciepłym świetle lampy, ale i na spacer ją zabrać, na przejażdżkę rowerem czy choćby tylko wyciągnąć na, jakby ekspediowane z południowych stron świata, krzesła ogrodowe. Wszystko sprzyja czytaniu. W znośnej temperaturze, znośnej, bo powoli, powolutku  zaczynamy przypominać sobie nieznośne jej stany, które zacznie przybierać nie wiadomo, czy za tydzień, czy za dwa miesiące, w znośnej zatem jeszcze temperaturze, przyjemnie otulającej ciepłem, zachęcającej do nagrzewania skóry, wystawiamy książkę na ciosy jasne, rozpływające się, wybielające litery na stronach.

Ten rok, z tą wcześnie, bo w kwietniu, rozpoczętą porą ciepłą, skazany jest na bycie  rokiem grubych książek. Zdarzyły się już opasłe tomiszcza do tej pory, a będzie ich – wraz ze wzrostem na Celsjuszowej cezurce – przybywać.

Do przeczytanych już, niezaprzeczalnie grubych Gentlemanów, Zbyt wiele szczęścia, Niepocieszonego i Middlesexa (dwóch ostatnich recki bardzo wkrótce) dołączą Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza, Listy do córek tegoż, Czytaj dalej Rok grubych książek

Pamiętajmy o „Ogrodach”

Trzy opowiadania. Jeden temat. „Ogrody” Jarosława Iwaszkiewicza wydają się być ilustracją słonecznej poznańskiej jesieni, która jeszcze tli się za oknami. Jak jesień  zmierzchają i wprowadzają w chłód, i jak ona tną ścianę skośnymi promieniami.

„Te opowiadania są żyłką słoneczną na ścianie, fotografią wszystkich jesieni” – aż chce się sparafrazować Baczyńskiego, by opisać zawartość tej pożółkłej od upływu lat książeczki Jarosława Iwaszkiewicza. Wyszperałam ją przez przypadek na regale u rodziców, nie spodziewając się wtedy, jaką miłą niespodziankę sobie sprawiam. Najkrócej można ją opisać, formułując lekko sprzedajny, postmodernistycznie podkasany slogan: 123 strony przyjemności.

123 strony przyjemności związanych z powolnym spacerowaniem pod ramię z wielkim pisarzem, który raz w zamyśleniu, raz w niespiesznym rozgadaniu, na które stać tylko prawdziwego introwertyka, wspomina ogrody, w których spędził dzieciństwo, młodość, małżeńskie lata. Detalicznie odmalowane krajobrazy, wiekowe drzewa i barwnie kwitnące krzewy pozornie stanowią tło dla wydarzeń – zamążpójścia kuzynki w „Snach” czy dawnej skrywanej miłości bez szczęśliwego zakończenia w „Sérénité”. W tytułowych „Ogrodach” wychodzą zdecydowanie na prowadzenie, jakby napisał Iwaszkiewicz „nie boją się być zbyt zewnętrzne”.

Najpierw opowiada zatem Iwaszkiewicz o ogrodzie swojego dzieciństwa, w którym „w sierpniu trzeba było wdrapywać się na wierzby z zapasem świeżych ogórków i z wielkimi tarczami dojrzałych słoneczników w rękach”. Później zabiera nas na wielkie oprowadzanie po Tymoszówce, która w przywoływanych obrazach kojarzy się „nie z kwiatami, a z owocami”. Wreszcie epoka Byszew, „nadających się do celów, w jakich je spożytkowałem: w celach rozmyślań i bardzo zasadniczych przeżyć”.

Bliska jest mi wrażliwość iwaszkiewiczowska i rozumienie, że nieważne jest to, co się sprzedało, „ale że się pomyślało tak czy inaczej”. Wspaniałe, wszech mnie obejmujące są te strony prześwietlone delikatnym, ostatnimi siłami grzejącym słońcem, które prześwituje między gałęziami starego dębu, wysokich sosen i przesmykuje się po ogrodowych ścieżkach. Jest w tym melancholijny złocień i tęsknota do czasów, które przeminęły i pochłonęły wielkie ogrody stworzone do spacerów, samotności czy czytania książki na ulubionej ławce. Tym bardziej odżywa we mnie to uczucie straty – straty czegoś, czego nigdy się nie miało – kiedy depczę przez chaszcze naszej wilczej łąki, dzikiej, ze skłonnością do błota, suchych badyli i psich kup.

I wpatruję się w to proroctwo, wypisane przez Iwaszkiewicza, i z żalem kiwam głową:

„Bo dawniejsi poeci widzieli nie tylko jedno drzewo. Widzieli zbiorowiska drzew, którym nic nie groziło, widzieli lasy, widzieli ogrody. Może już wkrótce nie będzie ogrodów. Ogromne połacie ziemi pokryją martwo błyszczące szklarnie i kwiaty, jak wszystko inne, będą płodem zorganizowanej produkcji, nic z improwizacji, nic z niespodzianki”.

Jarosław Iwaszkiewicz, Ogrody (Sny. Ogrody. Sérénité)
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1977