Najlepsze książki 2016 – przegląd

tumblr_oi7lpecriq1qhgogbo1_1280
Fot. Robert i Shana Parke Harrison.

Przeglądam listę książek, które przeczytałam w 2016 roku. Ostatnie dni grudnia zachęcają do podsumowań. Lubię ten czas, kiedy poddaję weryfikacji zeszłoroczne cele i zastanawiam się nad nowymi. Również tymi czytelniczymi czy, szerzej, literackimi. Czytaj dalej Najlepsze książki 2016 – przegląd

Anatomia niepokoju, Bruce Chatwin

t2-chatwin_70071c
Bruce Chatwin.

Dziś o książce jednego z moich ulubionych autorów. Jej tytuł wywodzi się od słów pisarza, w których próbuje sprecyzować, o czym będzie jego pierwsza książka. „W końcu pomysł na książkę zaczął nabierać kształtów. Miała to być bardzo ambitna, bezkompromisowa praca, coś w rodzaju Anatomii niepokoju, która by stanowiła komentarz do myśli Pascala o człowieku niezdolnym spokojnie usiedzieć w pokoju”.

Taka książka ostatecznie nie powstała – powstało za to wiele wariacji na ten początkowy pomysł. „Anatomia niepokoju”, którą mam w ręku, to zbiór esejów, opowiadań, recenzji wybranych po śmierci pisarza, które łączy podróżniczy nerw. Czytaj dalej Anatomia niepokoju, Bruce Chatwin

Patagonia w odwodzie

Bruce Chatwin to pisarz, którego (a co tam) uwielbiam. Niekoniecznie za to, o czym i jak pisze – choć z upływem lat coraz bardziej doceniam jego bezpretensjonalną prozę o wyraźnych konturach – a bardziej za to, co zrobił. Opowiem, choć pewnie znacie tę historię; sama już ją zresztą opowiadałam na tym blogu kilka lat temu. Jednak zagram ją jeszcze raz (Sam) – tak bardzo ją lubię. Czytaj dalej Patagonia w odwodzie

Co Bruce Chatwin porabiał podróżując

Z Bruce’m Chatwinem mam nie lada problem: chętnie bym z nim dokądś pojechała, ale nie zawsze równie entuzjastycznie reaguję na jego reportaże. Dlaczego „What Am I Doing Here” nie zasługuje na stojący aplauz, a dorabia się kilku pozytywnych oznaczeń na marginesach?

Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"
Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"

Jak wiadomo nie od dziś, w życiu dobre są tylko chwile, na dodatek raczej te, których jeszcze nie znamy. Podobnie w tym zbiorze reportaży, relacji, portretów i esejów angielskiego reportera. W swoich tekstach nie odkrywa on Ameryki, nie jest mistrzem zapierających dech w piersi opisów, nie przoduje w kreśleniu zaskakujących dialogów. Zabiera nas do Chin, Peru, Rosji, Francji, Ghany. Elokwentnie opowiada historię nomadów i przekonywująco wyjaśnia, dlaczego człowiek w podróży jest szczęśliwszy niż osiadły. Bezboleśnie poszerza naszą wiedzę o pisarzach, reżyserach i rynku sztuki. Pisze o ludziach, których spotkał: tych znanych, jak Indira Gandhi czy nieznanych (np. swojej przyjaciółce, z którą wybrał się na drinka). Opisuje ich przez pryzmat otoczenia domowego, jak w przypadku architekta Konstantina Mielnikowa, lub w trakcie pracy, tak jak nakreślił sylwetkę Marii Reich na tle pampy Peru, gdzie prowadziła badania. Widzi niemal w kapciach Andre Malraux, Wernera Herzoga czy Nadieżdę Mandelsztam.

Mimo że Chatwin sili się na pisanie esejów, najczęściej daleko mu do mistrzostwa świata. Jego teksty są zbyt długie, monotonne i poważne. Nie oznacza to jednak, że na Chatwinie jako pisarzu należy postawić krzyżyk. Nic z tych rzeczy. Na Chatwinie trzeba umieć się poznać, dać mu czas i poczekać, aż od niechcenia, jakby przypadkowo, nie przemyśliwując zbyt wiele, sypnie anegdotą. Anegdota to jest forma przyjazna Anglikowi, którego życie przypomina anegdotę. Wystarczy wspomnieć, jak telegraficznie poinformował pracodawcę w Sotheby’s, gdy ruszył w świat: „Wyjechałem do Patagonii”.

Krótka historia pisana jako ilustracja lub jako tło sytuacji są jego perełkami. Charakterystyczne postaci drugoplanowe (takie jak przewodnik, który każdą wypowiedź zaczyna od słów „I have something to say” i kwituje ”This is all I have to say”), błyskotliwe przemyślenia i pointy – widać, że przebywanie z Bruce’m jest wesołe i nieskrępowane niezręcznością sytuacji. Stać go na podzielenie się „zielonymi myślami w zielonym cieniu”. Uważa, że chodzenie to nie tylko terapia, ale również poetycka czynność, za pomocą której można uleczyć całe zło świata. Ponadto nie tylko deklaruje, ale i aktywnie manifestuje, że domem człowieka jest droga, a życie to piesza podróż.

Całkowicie naturalny w każdej sytuacji, na pewno był człowiekiem, z którym sympatycznie spędza się czas. Szkoda, że ta cecha nie zawsze przekłada się na jego utwory.

Książkę podarowała mi wspaniałomyślnie Chihiro, za co jeszcze raz bardzo Jej dziękuję.

Bruce Chatwin, What Am I Doing Here
Vintage Books, London 2005

polskie wydanie:
Bruce Chatwin, Co ja tu robię
Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006

Chatwin, słynny telegram i Patagonia

„Have gone to Patagonia” – takim telegramem obwieścił Bruce Chatwin swoje odejście z redakcji Sunday Times Magazine w 1974 roku. Rzucił wszystko, by zobaczyć krainę, która fascynowała go od dzieciństwa. Przemierzając południowy kraniec amerykańskiego kontynentu prowadzi notatki w swoim – a jakże by inaczej – notesie Moleskine. Na podstawie tych zapisków zredaguje później swoją debiutancką książkę „W Patagonii”.

Nazwisko Chatwina padało wielokrotnie w powieściach Murakamiego, a mnie nic nie mówiło. Po przeczytaniu „W Patagonii” mam już wyrobione zdanie, ale nie jest ono korzystne dla książki.

Murakami prawdopodobnie polubił Chatwina za prosty, komunikatywny język, który łatwo przekładało się na japoński. Widać, że pisanie przychodzi Chatwinowi od niechcenia. To może być  zaletą, może być również wadą. Angielski pisarz pozycjonowany jest na rynku czytelniczym jako autor książek podróżniczych i reportaży z odległych krain. Kto jednak pokochał książki Ryszarda Kapuścińskiego, nie odda serca Anglikowi. Widać, że Bruce nie angażuje się w przeżywanie świata tak jak śp. Ryszard. Widzi i nie analizuje. Nie produkuje przemyśleń, tylko słowa-sytuacje, słowa-przygody, słowa-historyjki. Są lekkie i puchate jak owce i podobnie jak owce przeżuwają bezmyślnie trawę, tak Chatwin przeżuwa swoją upragnioną pampę  – bez refleksji.

Nie można jednak powiedzieć, że jest to lektura odstręczająca. Historia Patagonii, Indian i Anglików, różnego pochodzenia emigrantów, poszukiwanie kości przedpotopowych zwierząt, przygody i napady, sylwetki kilku ciekawych ludzi – widać, że Chatwin odrobił lekcje. Skrzydełko okładki nie kłamie i faktycznie pisarz jest erudytą, gdyż wszystkie przedstawiane przez siebie informacje o Patagonii osadza w literaturze i muzyce i całkiem nieźle (choć momentami przynudzająco) mu to wychodzi.

Z całej książki najbardziej podoba mi się autor. Czuje się, że nie stylizuje się na nikogo i jest w opowieści sobą: wyluzowany, ciekawski i sympatyczny. Podoba mi się jego zryw w wieku 37 lat, aby zmienić swoje życie. W młodości pracujący dla największego domu aukcyjnego na świecie Sotheby’s, w miarę upływu lat coraz mocniej uświadamia sobie, że to nie tym chciał się zajmować. Zaczyna pisać i ma śmiałość rzucić wszystko, by zacząć życie od początku: z torbą przerzuconą przez ramię* rusza w świat. Staje się znany, zaprzyjaźnia się z wieloma innymi pisarzami, jest otwarcie biseksualny i żyje , jak chce (ku nieszczęściu żony skutkującym w separacji).

Bruce Chatwin
Bruce Chatwin

Postaci występujące w jego książkach miały wielokrotnie pretensje, że nie przedstawił ich prawdziwie (czytaj: nie zawsze przychylnie). Mówi się, że Chatwin nie przedstawia półprawd, lecz prawdę i pół. Podoba mi się to stwierdzenie i podoba mi się sam Chatwin, choć nie jego książka. Taka jest moja prawda. „I pół” jeszcze kiedyś dodam.

*specjaliści od wizerunku z wydawnictw trwają w przekonaniu, że pisarza podróżnika koniecznie trzeba przedstawiać wszędzie z torbą zarzuconą na ramię