Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

iwasz_corki male
Jarosław Iwaszkiewicz z córkami: Marią (po prawej) i Teresą (po lewej).               Stawisko, lata 30.

Za tydzień o tej porze będę siedzieć na lotnisku i czekać na lot na Sycylię. W ramach mentalnych przygotowań i ćwiczeń na wyobraźnię szukam w książkach fragmentów sycylijskich. Jeśli miałabym wskazać tylko jednego pisarza, który kojarzy mi się z tą częścią Włoch, to powiedziałabym: Iwaszkiewicz.

Czytaj dalej Pocztówki z Sycylii od Iwaszkiewicza

Literatura, na którą chce się mieć czas

Sandor Marai na słońcu, które działa jak "opium i kofeina".
Sandor Marai w promieniach słońca działających jak „złoty zastrzyk, który do wszystkiego, co jest ciałem i tkanką, doprowadza opium i kofeinę”.

Z przyjemnością czytam „Cztery pory roku” Sándora Máraiego. Gdy przeczytam całość, napiszę o tej książce oddzielny tekst. Zanim to jednak nastąpi – wszystko odwleka się w czasie, wszystko odbywa się w żółwim tempie i jest żmudnym procesem ostatnio – kilka fragmentów. Przekąska, zakąska, przedsmaczek.

Czytaj dalej Literatura, na którą chce się mieć czas

Świat nagle się otworzył

IMG_0840

„Tak czy owak, w przeszłość nie możemy się cofnąć. Wszystko, co robimy, jest nienaprawialne, a jeśli obejrzymy się za siebie, to widać nie życie, tylko śmierć. Ten zaś, kto uważa, że to charakter współczesności powoduje jego niedostosowanie, jest albo opętany manią wielkości, albo po prostu głupi, a w obu wypadkach brakuje mu samoświadomości. Wielu rzeczy we współczesności nie znosiłem, ale nie stąd brało się moje poczucie utraty sensu, bo przecież nie czułem się tak stale… Czytaj dalej Świat nagle się otworzył

Mniej niż ktoś

J. Brodski | Image by © Bettmann/CORBIS
J. Brodski | Image by © Bettmann/CORBIS

„Zaczęło się to od zwykłego gromadzenia wiadomości, wkrótce jednak czytanie stało się najważniejszym spośród naszych zajęć, dla którego można było poświęcić wszystko. Książki osiągnęły rangę jedynej rzeczywistości, natomiast sama rzeczywistość w naszym odczuciu albo składała się z nonsensownych znaków, albo dawała nam się we znaki. Przy powierzchownej ocenie mogło się wydawać, że – w porównaniu z innymi – obijamy się, wręcz nawet pozorujemy życie. Czytaj dalej Mniej niż ktoś

Cyt cyt zwyczajność

1. „A żyć zwyczajnie wcale nie jest łatwo. Jest przecież tyle możliwości przeżycia czegoś niezwykłego. Lecz wszystko, co niezwykłe, wcześniej lub później musi się popsuć. Nie sztuka dać się zniszczyć w ten sposób. Sztuką jest wytrwać w zwyczajności”. (s.85)

*

2. „Lato wciąż trzyma się nieźle, ale za jakieś półtora miesiąca powieje jesienny wiatr i zmienią się głosy owadów. W powietrzu słychać będzie nie świdrujący w uszach głos cykad, tylko rzewny śpiew owadów jesiennych”. (s. 152)

Hiromi Kawakami, „Manazuru”, przeł. Barbara Słomka, wyd. Karakter, Kraków 2011

Letnie nagromadziły mi się zaległości. Następne książki czekają na swoją kolej. A może nie czekają, tylko zamarły w tej figurze retorycznej. Tak czy owak, pojawią się wkrótce: „Dzieci bohaterów” Lyonela Trouillot, „W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel i cytowana powyżej „Manazuru”, którą niespiesznie czytam od jakiegoś czasu, która rozpełza się leniwie w mniej lub bardziej ciepłe popołudnia, jakby nigdy miała nie dopłynąć do końca. Czytaj dalej Cyt cyt zwyczajność

Dzienniki bicyklowe

„Słońce, oślepiające słońce, w dole wije się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś – i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.

Czujemy, że wjechaliśmy w inny kraj, w inny klimat. Koło południa upał staje się nie do zniesienia. Droga jest z białego kamienia i jadę niemal z zamkniętymi oczami”.

Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1997, s. 32

Nie znam nikogo, kto by tak pisał o jeździe na rowerze, jak udało się to Andrzejowi Bobkowskiemu. Czuje się ten pęd, uderzenia wiatru na skórze, ból mięśni i zmęczenie – to najlepsze, sprężyste, radosne. Rower – co za sprzęt. Podwójnie, jeśli nie potrójnie przydatny w wojennej Francji. Czytaj dalej Dzienniki bicyklowe

Przerwana lekcja pisania

„Uwielbiałem czytać. To była moja pasja. Z każdej przepustki wracałem z książkami, które kupowałem u starego antykwariusza w Fezie. Miał bardzo słaby wzrok. Mówił mi, że sprzedaje książki z miłości do kobiet, które najczęściej odwiedzały jego sklep. Znał ich gust i upodobania. Niczym lekarz lub sprzedawca perfum wiedział, co doradzić klientce. Miał tysiące książek piętrzących się w stosach w nieładzie, w którym tylko on sam był w stanie się połapać. Odkładał dla mnie klasyczne francuskie powieści i arabską poezję. Książki były niewidzialnymi drzwiami, które otwierałem, żeby uciec ze szkoły wojskowej, zapomnieć o brutalnym szkoleniu, a przede wszystkim nie słyszeć podoficerów – analfabetów wykrzykujących rozkazy w języku będącym wulgarną mieszanką francuskiego i arabskiego”.

Tahar Ben Jelloun, „To oślepiające, nieobecne światło”, przeł. Małgorzata Szczurek, Karakter, Kraków 2008, s. 157-158

Kiedyś uwielbiałam pisać. Czytaj dalej Przerwana lekcja pisania

Miłe przyzwyczajenie

„Lubiłem odgadywać historie związane ze słowami. Na przykład ze słowem ‚kawa’. Godzinami wyobrażałem sobie, skąd pochodzą ziarna, kto je odkrył, jak ktoś wpadł na pomysł, by je prażyć, a potem mielić, skąd myśl, żeby ten ciemnobrązowy proszek gotować w wodzie, filtrować i w końcu pić przygotowany tym sposobem płyn, osłodzony lub nie, z dodatkiem cynamonu i innych przypraw… Rozmyślałem o tym, jak napój ten rozpowszechnił się na całym świecie, stając się dla jednych narkotykiem, dla innych środkiem pobudzającym, a dla wszystkich – miłym przyzwyczajeniem. Wyobrażałem sobie słoneczne stoki porośnięte krzewami rodzącymi zielone ziarna. Obliczałem czas między posadzeniem rośliny a porankiem, kiedy wchodzę do baru i bez zastanowienia, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół, mówię: ‚Proszę mocną kawę’… Wyobrażam sobie podróż, jej etapy, pośredników, sieć sprzedawców i kupców, fabryki, gdzie wytwarza się różne rodzaje kawy; rozmyślam o tym, jak miesza się arabikę z robustą, jak wybiera się najlepsze zbiory, by zaoferować je bogaczom, którzy mają na tym punkcie bzika. Myślę o pałacu, w którym książę lub król wstaje z łóżka dopiero po wypiciu dwóch filiżanek mocnej kawy sprowadzanej z Kostaryki, Czytaj dalej Miłe przyzwyczajenie

Administracyjne zachody słońca

” – W tym kraju jada się wcześnie, ale dla mnie nigdy nie jest dość wcześnie. Najbardziej lubię koniec grudnia, kiedy ciemno robi się o czwartej. Mogę włożyć pidżamę, łyknąć środek nasenny, położyć się do łóżka z butelką wina i książką. Tak właśnie żyję od lat. Słońce wstaje o dziewiątej; zanim człowiek się umyje i wypije parę kaw, robi się południe i trzeba przetrwać już tylko cztery godziny, co zazwyczaj udaje mi się w miarę bezboleśnie. Ale wiosna jest nie do zniesienia, niekończące się cudowne zachody słońca, jak w jakiejś pieprzonej operze, wciąż nowe kolory, nowe blaski; raz postanowiłem zostać tu przez całą wiosnę i lato; myślałem, że umrę, co wieczór byłem na skraju samobójstwa, przez ten zmrok, który godzinami nie chciał zapaść. Od tego czasu już na początku kwietnia wyjeżdżam do Tajlandii, gdzie zostaję do końca sierpnia; tam dzień zaczyna się o szóstej i kończy o szóstej, o ileż to łatwiejsze, równikowe, administracyjne”.

Michel Houellebecq, „Mapa i terytorium”, wyjęte z fragmentów tekstu „Czego Polacy nie są w stanie” opublikowanego w „Książki. Magazyn do czytania”, s. 46 Czytaj dalej Administracyjne zachody słońca

Lizbona: jasne miasto (1)

W podróż po historycznych i nowych dzielnicach stolicy Portugalii i fado zabierają Fernando Pessoa, Pascal Mercier, Thomas Bernhard i Simone de Beauvoir. Wspólnymi siłami oprowadzą Cię po lizbońskich ulicach, placach i zaułkach, by razem z Tobą przeżyć jeden pełniejszy od innych dzień. Zapraszają.

Jasne miasto: Lizbona, w: Archipelag nr 3, grudzień 2010, s. 110-111

Powoli wschodzi poranek, a miasto przeciąga się leniwie pod słonecznymi promieniami. Powietrze wypełnia zapach świeżego prania, sprzedawca rozkłada owoce i warzywa na straganie przed sklepem, a do pastelarii* na rogu zawijają – trochę po omacku – pierwsi zmęczeni żeglarze niedospanych snów.

Wiele dzielnic, różnica czasów i spojrzeń, różne momentydnia – jedna Lizbona, jedna atmosfera. Podróżników z innych krajów przyciąga melancholią, którą po raz pierwszy spotyka się już w melodii nazw: Lizbona, Lisbon, Lisabonne, Portugalia, Portugal. Dźwięczne, kilkakrotnie językiem dopieszczone „l” obiecuje lekkość, śpiewność i gładkość. W rzeczywistości spotyka się nie takie znów lekkie do pokonania wzgórza i nie zawsze śpiewny harmider głosów lizbończyków, gotowych podjąć rwetes o najdrobniejszą kwestię. Gładka nie jest wspinaczka do zamku, gładko nie przeciska się w ciasnych uliczkach słynny stuletni tramwaj, gładko nie dojdzie się do Tagu i na dworzec Cais de Sodre, skąd ruszają pociągi nad ocean.

A jednak jest w tej niedotrzymanej obietnicy lekkości, śpiewności i gładkości czar, który Lizbonę nakazuje lubić i nie pozwala o niej zapomnieć. Fascynuje przyjezdnych i odwiedzających, jednakowym codziennym zdumieniem napełniając portugalskich twórców. Drąży ich przewrotną nostalgią bez powodu – będąc w swoim kraju, piszą, śpiewają, grają tak, jakby za nim tęsknili.

Najbardziej charakterystyczną postacią wśród pisarzy portugalskich, wysławiających swoje miasto, jest Fernando Pessoa. Mimo że z Portugalii pochodzi również znany na całym świecie laureat Nagrody Nobla, José Saramago, czy obiecujący pisarz młodego pokolenia, Gonçalo M. Tavares, to on, Fernando, wciąż pozostaje najbardziej kojarzącym się autorem, ba, najbardziej kojarzącą się z Lizboną twarzą, powielaną na tysiącach pocztówek, zakładek, magnesów na lodówkę, w postaci figurek itd. Żyjący na przełomie XIXi XX wieku, jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy w historii literatury. Pozwólmy, by otworzył okiennice tego jednego dnia.

 

Jasne miasto: Lizbona, w: Archipelag nr 3, grudzień 2010, s. 112-113

Wielki poranek

„Na przekór słonecznym obyczajom jasnego miasta, mgła od wczesnego ranka owijała lekkim, rozjaśnianym miarowo przez słońce płaszczem mnożące się domy, unicestwione przestrzenie, wykwity ziemi i budowli. Jednak kiedy zbliżało się już południe, łagodne opary zaczęły się rozwiewać, aby wkrótce, jakby z westchnieniem cienistego welonu, obrócić się w nicość. Około dziesiątej tylko lekko skażony błękit nieba zdradzał, że była tu mgła. Kiedy mgielna maska ześlizgnęła się z miejskiego oblicza, odrodziły się jego rysy. Rozpromienił się już wcześniej rozpromieniony dzień, tak jakby otworzyło się okno. Zmieniły nieco brzmienie wszystkie dźwięki – one również się pojawiły. Niebieski odcień przenikał nawet uliczny bruk i bezosobową aurę przechodniów. Słońce grzało, ale wciąż w wilgotny sposób. Niewidzialnie infiltrowała je nieistniejąca już mgła”. (Pessoa, Księga niepokoju, s.167)

Niebieskość Lizbony odczuwana jest i widziana nieodmiennie nawet po upływie ponad stu lat. Niebieskie są azulejos – kafelki, którymi wyłożone są stare kamienice w historycznej dzielnicy miasta, Baixy, niebieskością lśni rzeka Tag, a w bezchmurne dni odnosi się wrażenie, że nawet światło przenika niebieska, rozmyta barwa, jak nieskończona przestrzeń, która zaczyna się tu, u kresu europejskiego kontynentu, by utrwalać się i powielać w falach Atlantyku.

Marzenie o intensywności tego koloru – i skojarzenia z bezkresną wolnością i otwartym morzem jak swobodnym polem manewru – przyciągało tu zawsze poszukiwaczy przygód i odkrywców spokoju:

„(…) błękitne niebo, w oknach powiewająca bielizna; będzie chodził z rękoma w kieszeniach, jak turysta, pomiędzy ludźmi mówiącymi innym językiem, których troski nie będą go obchodziły. Pozwoli sobie po prostu żyć, będzie czuł, że żyje. To może wystarczy, by wszystko stało się jasne”. (s. 10)

– jak pisała Simone de Beauvoir w Mandarynach, gdy dwójka jej bohaterów szukała ucieczki od powojennej francuskiej codzienności.

Nie wiadomo, czy ręce w kieszeniach trzymał Fernando Pessoa, gdy przemierzał ukochane ulice (niezbyt to, zdaje się, w jego charakterze), ale również on – choć tubylec – delektował się widokiem błękitnego nieba i cieszył się łopocącym nad głową praniem. Co jest takiego szczególnego w mokrej bieliźnie na sznurze, że wszyscy się nią zachwycają?

„Wiem: jeśli podniosę oczy, ujrzę plugawy szereg zabudowań, niedomyte okna wszystkich biur w Baixy, niedorzeczne okna na wyższych piętrach, wbrew pozorom wciąż zamieszkanych, oraz rozwieszone między oknami strychów odwieczne pranie pośród doniczek i roślin. Wiem o tym, ale tak delikatne jest światło, które to wszystko złoci, tak pozbawione znaczenia jest spokojne powietrze, które mnie otacza, że nawet to, co widzę, nie może mnie skłonić do porzucenia mojej sztucznej wsi, mojego prowincjonalnego miasteczka, w którym handel tchnie spokojem”. (Księga niepokoju, s. 334-335)

Tak naprawdę nie chodzi zatem o pranie, leczo światło, które je przenika. A lizbońskim światłem można się prawdziwie zachłysnąć, jak pokazuje przykład Gregoriusa, bohatera wykreowanego przez Pascala Merciera (właśc. Peter Bieri) w książce Nocny pociąg do Lizbony:

„Gdyby następnego ranka Lizbona nie tonęła w tym oszałamiającym świetle, myślał później Gregorius, sprawy przybrałyby zapewne zupełnie inny obrót. Być może pojechałby na lotnisko i następnym samolotem wrócił do domu. Ale światło nie pozwoliło mu się wycofać. Blask sprawiał, że to, co minione, stawało się bardzo odległe, niemal nierzeczywiste, wola traciła wszelki cień dawnych spraw i jedyną możliwością było wyruszyć w przyszłość, cokolwiek miała przynieść”. (s. 61)

Przyszłością może być poszukiwanie drogi do najbliższej kawiarni, ale i sensu życia, jak dowodzi Pessoa:

„A światło tak łagodne i doskonale zakwita na rzeczach, tak je złoci uśmiechniętą smutno rzeczywistością! Cała zagadka świata przyobleka się przed moimi oczami w banalność ulicy”. (s. 347)

c.d. w Lizbona: jasne miasto (2)

Artykuł ukazał się w Archipelagu - niezależnym magazynie bukinistycznym nr 3, grudzień 2010