Podróże z Charleyem

steinbeck-with-charley
John Steinbeck i Charley w drodze przez Stany.

Prostoduszny, familiarny i wzbudzający ogromną sympatię dżentelmen, dżentelmen-pisarz, wyrusza w podróż. Chce jechać sam, ale wie, że całkowita samotność będzie mu doskwierać. Postanawia więc zabrać swojego pudla, który zresztą bardzo lubi podróżować. Na miejsce pasażera wskakuje Charley. Z piórem i za kółkiem zasiada John Steinbeck. 

Jest rok 1960. Znany już światu amerykański pisarz (za 2 lata dostanie Nobla), John Steinbeck postanawia wyruszyć może już w swoją ostatnią podróż po kraju, który opisuje i który, jak czuje, powinien wobec tego znać jak własną kieszeń. Chce sprawdzić, co zmieniło się od czasu jego dawnych wędrówek, chce osłuchać się z potocznym językiem różnych stanów, a przede wszystkim chce dowiedzieć się, kim jest współczesny Amerykanin, jakie są jego marzenia, przekonania, lęki.

„Ja, pisarz amerykański piszący o Ameryce, pracowałem z pamięci, a pamięć jest w najlepszym razie niedoskonałą, spaczoną zbiornicą. Od dawna nie słuchałem mowy Ameryki, nie wąchałem trawy, drzew i nieczystości, nie oglądałem jej wzgórz i wody, barw i odcieni światła. Znałem przemiany jedynie z książek i gazet. Ale, co więcej, nie wyczuwałem kraju od lat dwudziestu pięciu. Krótko mówiąc, pisałem o czymś, czego nie znałem, a wydaje mi się, że u tak zwanego pisarza jest to przestępstwem. Moje wspomnienia zostały skrzywione przez dwadzieścia pięć lat, które tymczasem minęły”.

Ciekawość i wyrzuty sumienia to jednak nie jedyne powody, dla których Steinbeck chce wyruszyć w drogę. Czuje w sobie zew włóczęgi.

„Kiedy byłem bardzo młody i czułem uporczywe pragnienie znalezienie się gdzie indziej, ludzie dojrzali zapewniali mnie, że dojrzałość uleczy te zachcianki. Kiedy zaś lata określiły mnie jako dojrzałego, przepisanym lekarstwem miał być wiek średni. W średnim wieku zapewniano mnie, że starszy wiek uśmierzy moją gorączkę, a teraz, kiedy mam lat pięćdziesiąt osiem, może załatwi to zgrzybiałość. Nic nie poskutkowało”.

Wyrusza, by opisać Stany. I robi to: z uwagą, humorem, sympatią i wyrozumiałością. Przemierza kolejne miasta i miasteczka, obserwuje zmieniające się ze stanu na stan tablice drogowe (co stan, to inne ograniczenia prędkości), zagaduje kolejne osoby lub, częściej, bywa zagadywany. Słucha o problemach współczesnych Amerykanów, próbuje przebić się przez obojętność, jaka cechuje wielu z nich. Z zaskoczeniem dostrzega u nich wspólną tęsknotę – wszyscy chcieliby ruszyć w drogę tak jak on.  Odnotowuje malejące różnice językowe pomiędzy poszczególnymi stanami (tłumaczy je popularyzacją radia). Opowiada o mijanych krajobrazach, o swoich spostrzeżeniach i odczuciach samotnego podróżnika. Ale choć tematem książki jest Ameryka, głównym bohaterem zostaje nie kto inny jak towarzyszący mu pies. I to nie żaden Amerykanin, lecz Francuz, pudel Charley. I właśnie to czyni tę książkę Steinbecka tak czarującą.

„Właściwie ma on na imię Charles le Chien. Urodził się w Bercy, na przedmieściach Paryża, a szkolony był we Francji, i chociaż zna trochę pudlowej angielszczyzny, reaguje szybko tylko na rozkazy wydawane po francusku. W przeciwnym razie musi je sobie przekładać, a to mu zwalnia tempo. Jest bardzo dużym pudlem, koloru zwanego bleu, i faktycznie jest niebieski, kiedy jest czysty. Charley to urodzony dyplomata. Woli negocjacje od walki, i słusznie, bo w walce jest bardzo kiepski”.

9148036
„Charley jest psem wysokim. Gdy siedział obok mnie, jego głowa nieomal sięgała mojej”.

Jako właścicielka psa bez wahania mogę podpisać się pod innymi słowami Steinbecka, będącymi argumentem za tym, aby zabrać Charleya ze sobą w podróż:

„Pies, szczególnie tak egzotyczny jak Charley, jest łącznikiem między obcymi. Wiele rozmów po drodze zaczynało się od: Co to za pies?

Oczywiście, Steinbeck nie byłby uznawany za wielkiego amerykańskiego pisarza, gdyby pisał wyłącznie o swoim psie i jego filozofii życiowej (głównie opartej na fascynacji literaturą wywąchiwaną na przydrożnych krzakach i drzewach). Jak każdy wielki pisarz, pisał również o sobie. Ale w tak prostoduszny sposób, że nie sposób się do niego przyczepić i go nie polubić. Lubi się go za prostolinijność i szczerość. Aż dziw bierze, że facet tak stroniący od kłamstwa jak Steinbeck, popełnił tyle stron fikcji – było nie było będącej formą gry i zmyślania.

Możliwe zresztą, że dziwił się temu po trosze też sam pisarz. W jednym z fragmentów opisuje, jak trudno każdorazowo było mu się przełamać do pisania powieści – jakie budziło w nim to obawy i poczucie fiaska.

„Przypominało to [wyruszenie w podróż] rozpoczęcie pisania powieści. Kiedy staję wobec rozpaczliwej niemożliwości napisania pięciuset stron, nachodzi mnie obrzydliwe uczucie porażki i wiem, że nigdy nie zdołam tego zrobić. Dzieje się tak za każdym razem. A potem stopniowo piszę jedną stronę i jeszcze jedną. Mogę sobie pozwolić na wzięcie pod uwagę tylko jednego dnia pracy i wyłączam możliwość, że kiedykolwiek to skończę”.

Realizując swój amerykański projekt, zdradza też kilka informacji o swoim warsztacie pisarskim (i o sobie jako czytelniku). Wylicza, jakie przyrządy papiernicze zabrał ze sobą w podróż i jak bardzo obciążają jego i tak już mocno przeciążony samochód.

„Myślę, że nasza zdolność do samoułudy jest nieograniczona. Wiedziałem doskonale, że rzadko robię notatki, a jeśli tak, to albo je gubię, albo nie mogę ich odczytać. Wiedziałem również po trzydziestu latach uprawiania tego zawodu, że nie potrafię pisać na gorąco o jakimś wydarzeniu. Musi ono przefermentować. Muszę robić to, co jeden mój przyjaciel nazwał przeżuwaniem przez jakiś czas, dopóki coś się nie uleży. I mimo tej samoświadomości wyposażyłem Rosynanta [tak pisarz nazwał swój samochód] w ilość materiałów piśmiennych wystarczającą na dziesięć tomów. Poza tym załadowałem sto pięćdziesiąt funtów tych książek, do których czytania jeszcze się nie zabrałem – a oczywiście są to książki, do których czytania nigdy się nie zabiorę”.

14961071921_53263b02eb_o
Zrekonstruowana mapa trasy Steinbecka. Stała się inspiracją dla paru przyszłych pisarzy-podróżników.

Podróż Steinbecka przez Stany odbywała się w latach 60. XX wieku. Od tego czasu wiele się już zmieniło. No, może poza samymi krajobrazami, które Steinbeck kreśli prosto i plastycznie. Zabawne są teraz spostrzeżenia pisarza o skokach cywilizacyjnych, jakie zaobserwował. Komicznie roztrząsa na przykład działanie automatów z kawą czy zupami. Rozważa również swój status podróżnika, który dzięki istnieniu przydrożnych telefonów nie jest według niego jednoznaczny, ponieważ nie odrywa się – on, podróżujący Johnny – całkowicie od swojej codzienności, domu, spraw rodzinnych i związanych z pracą pozostawionych w Nowym Jorku. Podkreśla, że dzięki parominutowym rozmowom z najbliższymi przestaje być wędrowcem, a staje się na powrót pełnowymiarowym sobą: znanym pisarzem, mężem, ojcem, przyjacielem. Ciekawe, jak skomentowałby kolejne skoki, jakich dokonała w międzyczasie cywilizacja i to, co wyprawia z naszymi formami komunikacji, z naszym ciągłym byciem w trybie stand-by. Próbę opisania współczesnych Stanów w odpowiedzi na pracę Steinbecka podjął Geert Mak, który pojechał kilka lat temu jego (i Charleya) tropem. Może i o tej komunikacji napisał w swojej książce. Muszę to sprawdzić i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się to zrobić.

*

256312-352x500

 

Podróże z Charleyem, John Steinbeck
przeł. Bronisław Zieliński
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Podróże z Charleyem

  1. Na szczęście, w wielu parkach narodowych Ameryki, nie ma dostępu do internetu ;)
    Steinbeck, podczas swojej podróży, odrywał się od niej (telefonując) na pięć minut.
    Dzisiaj internet zakłóca ludziom prawdziwą podróż (mówię o tych uzależnionych od sieci) na wiele godzin. Niestety, im bardziej zbliżamy się do świata wirtualnego, tym bardziej oddalamy się od rzeczywistego.

    PS. A jednak Charley rządził. Pamiętam, że nie mogłem się nadziwić temu, że Steinbeck nie wjechał do Yellowstone tylko dlatego, że jego pudel zaczął zajadle szczekać na niedźwiedzie ;)

    PS2. Od czasów podróży Steinbecka cywilizacja się zmieniła, ale na szczęście nie zmieniły się dzikie amerykańskie rubieże i ostępy.

  2. To prawda, że internet zakłóca prawdziwą podróż. W ogóle w dużej mierze przeszkadza w byciu tu i teraz.

    PS. Co tam Yellowstone! Charley się zdenerwował – w pełni rozumiem tę postawę Steinbecka ;)

    PS2. Mam nadzieję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s