Głosy Marrakeszu. Zapiski po podróży, Elias Canetti

Elias-Canetti
Elias Canetti i zaczarowane ołówki.

„W podróży akceptuje się wszystko, oburzenie zostaje w domu. Patrzy się, słucha, zachwyca najstraszniejszymi rzeczami, bo są nowe. Dobrzy podróżnicy są bez serca”. O chodzeniu po Maroku z Canettim.

Czytając „Głosy Marrakeszu”, przypominał mi się Paul Theroux – amerykański pisarz-podróżnik, ten, który wszędzie musiał dotrzeć pociągiem, bo 1) uważał, że przelot samolotem zakłóca równowagę podróżowania, które nabiera wagi dopiero wtedy, gdy wypełnia czas, sporo czasu, bo wtedy czas jest proporcjonalny do dystansu (która to idea bardzo mi się podoba), 2) lubił jeździć pociągami. Poza upodobaniem do kolei charakteryzują go lekka arogancja i niesłychana ciekawość. Dlaczego kojarzył mi się z Canettim? Z tych wszystkich wymienionych cech jedyną łączącą go z Eliasem jest ta ostatnia, ale na tyle silne jest to podobieństwo, że Theroux towarzyszył mi, gdy ja towarzyszyłam Canettiemu chodzącemu po Marrakeszu. Zatem pokrewieństwo ciekawości, ale również język – prosty i opisowy w tym samym stopniu u jednego, jak i drugiego, choć przecież żyli i podróżowali w zupełnie innych czasach i realiach.

Wracając jednak do sedna, czyli do Maroka, do Canettiego. Z ciekawością, z sympatycznym wścibstwem pisarz rozgląda się po Marrakeszu. Podnosi wzrok i przez przypadek widzi mówiącą coś obsesyjnie do siebie kobietę bez zasłony, stojącą w oknie. Zapuszcza żurawia w mijaną bramę i w efekcie zostaje zwabiony na herbatę i nalewkę. Chodzi po targach i podgląda, jak podrzuca się na nich i kupuje chleb. Odwiedza kilka razy wybrane place, bo zainteresowały go dostrzeżone tam za pierwszym razem zjawiska: obyczaje ludzi i zwierząt tak inne niż te, które mógł obserwować gdzie indziej. Z wyczuwalną przyjemnością opowiada o spotkaniu pewnego mądrego człowieka i o tym, jak zabronił sobie odwiedzać go ponownie – tylko po to, by nie zachwiać wzajemnego pozytywnego wrażenia. Z sympatią pisze o marokańskich żebrzących dzieciach, modlitwach ślepców i umiejętnościach żebraków – jeden z nich potrafi wydobyć z siebie nieprawdopodobne ilości śliny w podziękowaniu za datek.

Canetti przygląda się wszystkiemu z ciekawością i szacunkiem.

Elias Canetti z drugą żoną, Herą.
Elias Canetti z drugą żoną, Herą.

Przyjechał tu niemal służbowo: towarzyszy przyjacielowi, który kręci film. Przy okazji jednak nie traci czasu, chce jak najwięcej zobaczyć, by po powrocie móc o tym napisać. A może po prostu rozgląda się, a zapisanie wrażeń przyszło później samo, nieplanowane, ale naturalne. Tego nie wiem. Wiem za to, że po Marrakeszu chodzi się z Canettim przyjemnie: ma podobny rytm kroku, lubi zatrzymać się tam, gdzie i ja bym się zatrzymała, i mimo że żył mniej więcej w tych samych czasach co Sándor Márai, o którym niedawno napisałam, że jest elegancki, ale (bo?) staroświecki, tym razem nie czuję różnicy wieku między nami. Jest przyjemnie współczesny – pisze językiem prostym, pozbawionym nadmiaru ozdobników i szybko więdnących sentymentalizmów, którymi momentami męczył mnie Márai. Pisze prosto, ale z biglem i poczuciem humoru. Tak jak np. wtedy, gdy spotyka karawanę i przygląda się wielbłądom.

Większość z nich klęczała, niektóre stały; mężczyźni w turbanach krążyli pośród nich, gorliwie, a jednak spokojnie; dawało to obraz łagodnego zmierzchu. Kolor sierści wielbłądów zlewał się z barwą muru. Wysiedliśmy z samochodu i wmieszaliśmy się pomiędzy zwierzęta. Mniej więcej po tuzinie wielbłądów klęczało w kręgu wokół gór pożywienia. Wyciągały szyje, nabierały paszę do pyska, odrzucały głowy w tył i spokojnie żuły. Przyjrzeliśmy się im dokładnie: wielbłądy miały twarze. Były do siebie podobne, a jednak bardzo się między sobą różniły. Przypominały stare Angielki, z godnością i pozornym znudzeniem pijące herbatę, ale niemogące całkowicie ukryć złośliwości, z jaką obserwują wszystko wokół.
– To jest moja ciotka, rzeczywiście – powiedział mój angielski przyjaciel, któremu taktownie zwróciłem uwagę na podobieństwo wielbłądów do jego rodaków; wkrótce odszukaliśmy wśród zwierząt kilkoro innych znajomych.

Najbardziej podobał mi się jednak fragment o oswajaniu nowego miasta, ciszy i kocie:

Aby zaprzyjaźnić się z obcym miastem, potrzeba zamkniętej przestrzeni, do której ma się pewne prawo i w której można przebywać samemu, gdy natłok nowych i niezrozumiałych głosów staje się zbyt duży. Przestrzeń ta powinna być cicha, nikt nie powinien widzieć człowieka ratującego się ucieczką do niej ani ją opuszczającego. Najpiękniejszym przeżyciem jest chwila, kiedy człowiek znika w ślepym zaułku, zatrzymuje się przed bramą, do której ma klucz, i otwiera ją po cichutku, żeby nie usłyszała tego żywa dusza.

Wchodzi w chłód domu i zamyka za sobą bramę. Jest ciemno i przez chwilę nic nie widzi. Przypomina ślepców z placów i ulic, które właśnie opuścił. Bardzo szybko jednak znowu coś dostrzega. Widzi kamienne stopnie wiodące na piętro, a na górze spotyka kota. Zwierzę ucieleśnia głęboką ciszę, do której się tęskniło. Człowiek jest mu wdzięczny za to, że kto żyje, a więc najwyraźniej można także żyć w ciszy. Kot dostaje jeść, mimo że nie woła „Allach” po tysiąc razy na dzień. Jest cały i zdrowy i nie musi mieć straszliwego losu. Może jest okrutny, ale o tym nie mówi.

Wcześniej czytałam inną książkę Eliasa Canettiego – „Party pod wojennym niebem”. Ale szczerze mówiąc, niewiele z niej pamiętam. Chyba nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Teraz też daleka jestem od zachwytów, ale przyjemnie spędziłam czas w towarzystwie tego pisarza opisującego miejsce, do którego od kilku lat się wybieram.

*
Elias Canetti (1905-1994)
Urodzony w Bułgarii, mieszkał w czasie swojego życia w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Anglii. Ukończył studia na wydziale chemii, ale już w ich trakcie o wiele więcej uwagi poświęcał fakultetom z literatury i filozofii. Znał tyle języków, w ilu krajach mieszkał: bułgarski, niemiecki, francuski, angielski i ladino. Pisał powieści, scenariusze i eseje i sporo podróżował. Dostał Nobla w dziedzinie literatury w 1981 roku. Miał dwie żony i kochanki, zawsze były to utalentowane kobiety. No i potrafił świetnie pisać. To brzmi jak pełne życie. Ciekawe, jak sam je oceniał.

*
Głosy Marrakeszu. Zapiski po podróży, Elias Canetti
przeł. Maria Przybyłowska
Słowo/obraz terytoria 2015

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s