Bez ustanku. Autobiografia

Tanger. Paul Bowles w towarzystwie Gregory'ego Corso i Williama Burroughsa.
Tanger. Paul Bowles w towarzystwie Gregory’ego Corso (po lewej) i Williama Burroughsa (po prawej).

Najpierw zdziwiłam się, gdy Aneta powiedziała, że nie lubi autobiografii. Dlaczego? Nie lubi, i koniec. Po chwili intuicyjnie pojęłam, co stoi za tym nieprzebłaganym veto (wszyscy jesteśmy narcyzami) i już nie dopytywałam. To uczciwe postawienie sprawy. A ja tam lubię autobiografie ludzi, których lubię. A Paula Bowlesa zdecydowanie do nich zaliczam.

1. Poznaliśmy się rok temu. Wtedy też było lato. Czytałam zbiór jego esejów „Podróże. Pisma zebrane” i spodobało mi się, że tyle miejsca poświęcił papugom. Ok, pisał też sporo o Maroku – z czego jest znany – o podróżach, o kolekcjonowaniu nagrań i jeżdżeniu po pustyni, o wyspie, którą kupił, ale papugom naprawdę nie szczędził względów. Miał ich kilka, żyły z nim na różnych kontynentach i zawsze nadawał im idealne imiona (jedną, szczególnie gderliwą nazwał Hitler). Pisarskim warsztatem może nie powala – ale te papugi, te papugi go bronią. Pomyślałam wtedy, że dam mu drugą szansę, może ujmie mnie przy kolejnym spotkaniu.

  1. Przy drugim spotkaniu bardzo mi się spodobał. Polubiłam jego podejście do życia i to, co zawiera się w tytule jego autobiografii – owo „bez ustanku”. Odkąd skończył 18 lat, niemal non stop był w drodze. Najpierw uciekł do Paryża. Poznana w tym czasie Gertrude Stein powiedziała mu, by nigdy nie pisał poezji, a zamiast tego zajął się muzyką, a dobrze na tym wyjdzie, i by koniecznie wybrał się do Maroko. Tak to wszystko się zaczęło. Jeździł później do Meksyku, do Indii, był też w Tajlandii – wszystko, zważcie na to, dzieje się w systematycznym zrywie – ale przede wszystkim pokochał Maroko, które zjeździł wzdłuż i wszerz (bez prawa jazdy, ale kto by się tym przejmował). Mieszkał w co najmniej pięciu zupełnie różnych miejscach na świecie. Wciąż przemieszczał się i pracował – nad muzyką do spektaklu czy filmu, nad kolejną powieścią. A jednocześnie na wszystko miał czas. Również na bujne życie towarzyskie – a za towarzystwo miał wybitne umysły i niezapomnianych wariatów swoich czasów (m.in. Truman Capote, m.in. Allen Ginsberg). Również na samotność – wynajmował dom na odludziu, gdzie zamykał się, by tworzyć. Miał niesamowity życiowy rozmach i chyba nigdy się nie ustabilizował – a już na pewno nie w mieszczańskim rozumieniu tego słowa.

„Gdybym wierzył, że moje nieustannie zmieniające się życie, które uważałam za najprzyjemniejsze z możliwych (z wyjątkiem może takiego samego, ale z nieco większym budżetem), będzie trwało w nieskończoność, nie przeżywałbym go z tak fanatycznym zapałem. Miałem jednak świadomość, że to nie może trwać wiecznie”.

Dwaj uśmiechnięci panowie, łobuzerski Truman Capote, Jane Bowles, Paul i papuga (Hitler?).
Dwaj uśmiechnięci panowie, łobuzerski Truman Capote, Jane Bowles, Paul i papuga (Hitler?).

Gdy tylko zaczynał się nudzić, pakował się i jechał dalej. Ten zew zmian i ruchu napędzał go i dawał mu kopa. Nie było dla niego rzeczy niemożliwej.

„Widziałem coraz czystsze i jaśniejsze niebo, czułem, że życie ponownie się przede mną otwiera i odzyskuje sens; niesprecyzowane, trudne do wytłumaczenia wrażenie, które ogarnia mnie, kiedy wyruszam w nieznane”.

Przez cały czas wierzył w swoje szczęście i na nim polegał. I rzeczy same – przyciągane tym optymizmem? – mu się przydarzały, układały pomyślnie. „Wbrew logice ufałem w swoje szczęście, które, jak sądziłem, jeszcze nigdy mnie nie zawiodło”. Cokolwiek sobie postanowił, osiągał to: systematyczną pracą i spokojnym przekonaniem, że da radę.

Mam trzydzieści lat i już wiem, kim chcę zostać, gdy nie dorosnę: chciałabym być Paulem Bowlesem.

  1. Jane. Skupiam się na Paulu, bo ostatecznie to jego autobiografia. Ale nie sposób nie wspomnieć o najważniejszej osobie w jego życiu – Jane, również pisarce, z którą tworzyli niesztampową parę. Dopiero gdy poważnie zachorowała, Bowles zatrzymał się – świat przestał mu się podobać i nie chciał więcej podróżować.

„Nie postanowiłem zamieszkać w Tangerze; tak się po prostu stało. Wizyta miała być krótka; potem zamierzałem ruszyć dalej i podróżować bez końca. Rozleniwiłem się i odłożyłem wyjazd. Później nadszedł dzień, gdy wstrząśnięty uświadomiłem sobie, że nie tylko na świecie żyje o wiele więcej ludzi niż całkiem niedawno, lecz także hotele są gorsze, podróże mniej wygodne, a świat na ogół mniej piękny. Kiedy gdzieś wyjechałem, natychmiast zaczynałem tęsknić do Tangeru. Więc jeśli tu teraz jestem, to tylko dlatego, że byłem tu, gdy uświadomiłem sobie, do jakiego stopnia świat zmienił się na gorsze, i uznałem, iż nie chcę już podróżować. Na obronę Tangeru mogę powiedzieć, że wciąż mniej w nim widać negatywny wpływ współczesnej cywilizacji niż w większości miast podobnych rozmiarów. I przede wszystkim rozkoszuję się myślą, że nocą, gdy śpię, wszędzie wokół czary drążą niewidzialne tunele od tysięcy nadawców do tysięcy niczego się niespodziewających odbiorców. Rzucane są uroki, trucizny płyną swoim korytem, a dusze uwalniają się od pasożytniczych pseudoświadomości czających się w niestrzeżonych zakamarkach umysłu”.

  1. W sprawie pisania. Zrobiło na mnie wrażenie to, jak Bowles do niego podchodził. Bezproblemowo, bez zadęcia, bez spiny. Stworzenie powieści traktował jak każde inne zlecenie – zadanie do wykonania, które można zrealizować, trzeba mieć tylko pomysł, plan i czas.

„Mniej więcej wtedy wpadłem na pomysł, by zebrać swoje opowiadania i pokazać je ludziom, których mogłoby zainteresować wydanie ich w jednym tomie. Dial Press zaprosiło mnie do swojego biura – oczywiście nie dlatego, że chcieli opublikować moją książkę, lecz by mnie poinformować, iż żadne wydawnictwo nie kupi opowiadań kogoś, kto nie wydał powieści. Ich zdaniem powinien mieć agenta; zaproponowali, że od razu zadzwonią, by umówić mnie z kimś takim. Agentem okazała się Helen Strauss z William Morris Agency. Jakiś tydzień czy dziesięć dni po lunchu, na którym dałem jej swoje opowiadania, zadzwoniła do mnie z wiadomością, że Doubleday proponuje zaliczkę za powieść. (…) Pewnego dnia na Piątej Alei wsiadłem w autobus do centrum. Kiedy dojechaliśmy do Madison Square, wiedziałem już, o czym będzie moja powieść i jak ją zatytułuję. (…)

Akcja książki miała rozgrywać się na Saharze, gdzie jest tylko niebo, a więc: The Sheltering Sky. Tym razem przynajmniej nie musiałem rozmyślać po nocach nad odpowiednim tytułem. Zasadniczo historia miała być podobna do tej w Odległym epizodzie, opowiadaniu opublikowanym w „Partisan Review”, poza tym byłem pewien, że napisze się sama, kiedy wymyślę bohaterów i umieszczę ich na północnoafrykańskiej scenie. Zanim autobus dotarł do centrum, podjąłem wszystkie najważniejsze decyzje dotyczące książki i postanowiłem nie zastanawiać się nad nią, dopóki nie zacznę pisać”.

Po przyjeździe do Maroka czytamy: „Jedzenie było dobre, zacząłem pisać powieść”.

I tak powinno się to robić.

*

Bez ustanku. Autobiografia, Paul Bowles
tłum. Jerzy Korpanty
Świat Książki, Warszawa 2014

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Bez ustanku. Autobiografia

  1. Bardzo zainteresowałaś mnie tą postacią :-) Kiedyś trafiłam przypadkiem na „Proste przyjemności” Jane Bowles i po Twoich słowach pora sięgnąć po jej męża. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s