Szczygieł

Donna Tartt. Dla odmiany nie w ptasiej eskorcie.
Donna Tartt. Dla odmiany nie w ptasiej eskorcie.

Niektórzy narzekają, że to książka napompowana niepotrzebną treścią. W jednej opinii przeczytałam, że powieść na niczym by nie straciła, gdyby obciąć jej objętość o połowę, ba, nawet o więcej niż połowę. W zupełności się z takimi ocenami nie zgadzam.

Od początku lektury “Szczygła” namolnie narzucają się skojarzenia: Dickens, “David Copperfield”, “Wielkie nadzieje”. Pamiętam, jak te powieści pożerałam łapczywie jako dziecko. Teraz pewnie Dickens by mi tak nie smakował, chociażby z tego względu, że rzadko kiedy potrafię już wejść w klimat powieści, której akcja nie toczy się współcześnie. Ale pamięć o perypetiach małych sierot z obu przywołanych dzieł pozostała. No i powróciła przy “Szczygle”, który nawiązuje do nich w nie aż tak zawoalowany sposób.

Raz, że bohaterem jest Theo Decker, osierocony chłopiec – jego ukochana matka ginie w zamachu w muzeum zaraz na pierwszych stronach. Dwa, że los miota nim, rzucając go to tu, to tam: a to do bogatej rodziny nowojorskiego kolegi, a to do ojca alkoholika mieszkającego z macochą-tipsiarą w Los Angeles. Trzy, że przeznaczenie krzyżuje ścieżki Theo z Borisem, przez którego wpadnie później w nie lada kłopoty. Cztery – wielka miłość, miłość życia jest oczywiście zupełnie poza zasięgiem Theo.

Wszystko brzmi to dość banalnie, zwłaszcza w zestawieniu z Dickensem, który prawdopodobnie wielu współczesnych byłby w stanie nieziemsko wynudzić konwenansami, herbatkami, długimi sukniami itd. Ale przez to, że te, wydawałoby się zupełnie wyzyskane przez Dickensa, tematy osadzone są w XXI wieku – w naszych czasach, czasach smsów, smartfonów, maili, dalekich bezproblemowych podróży – żyje ta książka i naprawdę wciąga. Niebagatelną rolę odgrywa w tym wciąganiu język: prosty i elegancki. Przy tej okazji powrócę do wspomnianych zarzutów odnośnie objętości tej książki:

Primo, jeśli jak Dickens, to nie może być książeczka o kieszonkowych wymiarach;

Secundo, w ogóle się tej objętości nie czuje, czyta się tę powieść bez żadnych objawów zmęczenia czy znużenia. Czyta się jak czytało się w dzieciństwie: podjadając coś kompulsywnie i nie mogąc się oderwać od treści.

Zresztą taki zamiar – takiego przywiązania czytelnika do tekstu – przyświecał Donnie Tartt przy pisaniu. Pisarka miała powiedzieć, że chce pisać tak, aby czytelnik “poczuł się jak wtedy, kiedy mama wołała na obiad, a ty nie słyszałeś, bo właśnie bohater robił coś fantastycznego”. Theo nie robi nic fantastycznego, ale i tak z ciekawością śledziłam jego historię: czy tylko jadł obiad i słuchał o żeglarstwie, czy upijał się z Borisem na pustynnych ostępach LA, czy restaurował antyki, czy marzył o ucieczce z Nowego Jorku:

Samochody pędzące z rykiem do tunelu, innych dzielnic, innych miast, centrów handlowych i alej, wielkie bezosobowe strumienie transportu międzystanowego. W tym szumie kryła się olbrzymia, kusząca samotność, prawie jak wezwanie, jak zew morza, i po raz pierwszy zrozumiałem impuls, który kazał tacie wybrać pieniądze z konta, odebrać koszule z pralni, zatankować samochód i wyjechać bez słowa z miasta. Spieczone słońcem autostrady, podkręcona muzyka w radiu, silosy zbożowe i spaliny, wielkie połacie ziemi ciągnące się po horyzont, wszystko kuszące jak skrywana słabostka.

Tartt nienachalnie ukazuje drugą twarz Theo, jego wewnętrzne rozterki i zagubienie, którego nie widzi otoczenie – nawet najbliższe mu osoby. O ile w ogóle możemy w jego przypadku mówić o bliskości, bo czy Theo do kogokolwiek naprawdę się zbliżył, przed kimkolwiek się otworzył i ukazał w prawdziwej odsłonie? Może tylko przed Pippą, ale i z nią bliskość skazana była na porażkę. Ratunkiem przed brakiem bliskości okazały się narkotyki. I pilnie strzeżony sekret, skradziony obraz, najcenniejszy skarb.

Niespokojne serce. Fetyszyzm tajemnicy. Ci ludzie rozumieli – tak jak ja – boczne uliczki duszy, szepty i cienie, pieniądze przechodzące dyskretnie z ręki do ręki, kody, hasła, drugie “ja”, skrywane przyjemności, które wynoszą życie ponad zwyczajność i sprawiają, że jest ono coś warte.

Po pochwałach czas na wytyki. Czytałam, że powieść ma pokazywać, jakim ratunkiem dla zagubionych ludzi bywa sztuka. Jak jej ponadczasowość może stać się wsparciem, odsieczą, pomocnym ramieniem wyciąganym z innych czasów (jak, dajmy na to, dłoń wysuwająca się z przyszłości w “Interstellar”). Nie mam wątpliwości, że tak jest, a przynajmniej zdarza się i w przypadku literatury, i w malarstwie, i w innych dziedzinach sztuki. Ale czy “Szczygieł” broni tę tezę? Samo wprowadzenie dzieła sztuki do fabuły nie wystarcza mi za dowód. Obraz jest tu ważnym elementem, może nawet postacią dramatu (choć nie pierwszorzędną). Wykorzystuje go Tartt tak jak korzysta się z łyżki do jedzenia zupy – zwyczajnie, instrumentalnie i po prostu, nie ma o co robić tyle szumu wokół jakiejś wydumanej tezy o ponadczasowości sztuki, która ponoć w “Szczygle” jest realizowana.

Dobra książka, wciągająca powieść – i to już wystarcza, nie dorabiajmy mitologii tam, gdzie jest zbędna.

*

Szczygieł, Donna Tartt
tłum. Jerzy Kozłowski
Znak Literanova, Kraków 2015

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Szczygieł

  1. no, to dolecial szczygiel pod strzechy! u nas wyszedl póltora roku temu i poza stonerem byl moja najlepsza ksiazka przeczytana w 2014. z ta sztuka cos jednak j – pewnie wszystko zalezy od rodzaju wrazliwosci. poza tym klimat manhattanu oddany bez pudla. duzo lepsze niz little friend – w moich oczach

    1. Stoner też mi się bardzo podobał (choć bohater strasznie mnie w momentach decyzyjnych irytował), a Little friend nie czytałam – pod strzechy do nas nie trafił jeszcze. Ze sztuką tak, jest tak, ale teza ta jakimś mocno subtelnym kanałem jest prowadzona. Tj.: tak, widzę do czego piją krytycy, ale moim zdaniem to lekka przesada. Dobry współczesny Dickens. To przecież nie tak znowu mało.

      1. na cale szczescie nie czytuje krytyków – ksiazki wchodza we mnie podprogowo i szczygiel tez tak we mnie wfrunal. dla mnie tartt j dobra sama dla siebie, a okreslenie „wspólczesny XY” redukuje ja do nasladownictwa. lubi sie ludzi podobnych do siebie, czyli jak dla mnie czytajacych ksiazki, ogladajacych malarstwo holenderskie czy odnawiajacych meble. skad wiesz, ze donna t chciala promowac sztuke?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s