Literatura na spokój i na smutek

roberto-bolano

Z przerwami na inne książki czytam Dzikich detektywów Roberto Bolaño. Teraz jest ten fragment na linii czasu, zakreskujmy oś skośnie na czerwono, gdy ich czytam. Nie Szamana Bondy’ego, nie Wstręt do tulipanów Louriego, nie Intrygę małżeńską Eugenidesa, nie Dzieciństwo Jezusa Coetzeego. Te już skończyłam. I mało mi się  podobały. Czasem podobało mi się jedno zdanie. Najczęściej pierwsze. W przypadku Louriego – ostatnie. 

Dziś, gdy dosłownie otarłam się o śmierć prowadząc auto, śmierć prowadziła równolegle i brawurowo porsche cayenne i nie używała bocznych lusterek, bo po co, po co śmierci boczne lusterka, śmierci do twarzy z nonszalancją i może sobie na nią pozwolić, wtedy, właśnie wtedy pomyślałam, gwałtownie jednocześnie hamując i trąbiąc klaksonem pierwszy raz w życiu, że czas napisać coś na blog, zrecenzować zaległe książki. Ale wiecie co? Hamulec zadziałał, klakson takoż i, co tu dużo gadać, moment minął. Wróciłam do domu z silnym postanowieniem niepisania o tych książkach nigdy więcej i zabrałam się za Dzikich.

A tam? A tam czytam o literaturze spokojnej i rozpaczliwej fragment, który mnie zafrapował. Ostrzegam: spory.

Jest taki rodzaj literatury dobry, kiedy się nudzisz. Pełno tego. Jest literatura dobra na czas, kiedy jesteś spokojny. To jest najlepsza literatura, tak mi się wydaje. I jest też literatura na smutek. A także na radość. Jest literatura dobra, kiedy jesteś ożywiony. I jest też taka, co pasuje do rozpaczy. (…)

Weźmy na przykład przeciętnego czytelnika, typ raczej spokojny, wykształcony, prowadzący mniej więcej zdrowe życie, dojrzały. Człowiek, który kupuje książki i czasopisma literackie. No, oto i on. Taki człowiek może czytać to, co się pisze dla ludzi spokojnych, dla wyciszonych, ale może też czytać każdy inny rodzaj literatury, krytycznie, bez absurdalnego czy pożałowania godnego zaangażowania, bez ekscytowania się. Tak w każdym razie mi się wydaje. Nikogo nie chcę urazić.

Weźmy teraz czytelnika zrozpaczonego, takiego, do którego zapewne adresowana jest literatura rozpaczy. I co widzicie? Po pierwsze: będzie to człowiek młodociany albo niedojrzały dorosły, wystraszony, z nerwami jak postronki. To taki palant (proszę wybaczyć wyrażenie), który popełnia samobójstwo po lekturze Wertera. Po drugie: jest to czytelnik ograniczony. Dlaczego ograniczony? To proste, dlatego że nie może czytać niczego innego niż literatura rozpaczy albo dla zrozpaczonych, mniejsza o to, na jedno wychodzi, to typ albo twór niezdolny do przeczytania jednym rzutem W poszukiwaniu straconego czasu, na przykład, albo Czarodziejskiej góry (moim skromnym zdaniem to paradygmaty literatury spokojnej, wyciszonej i pełnej), albo, jeśli już o tym mowa, Nędzników czy Wojny i pokoju. (…)

Ponadto: czytelnicy zrozpaczeni są jak kopalnie złota w Kalifornii. Prędzej czy później się wyczerpują! Dlaczego? To proste! Nie można tkwić w rozpaczy przez całe życie, ciało w końcu ustępuje, ból ostatecznie staje się znośny, świadomość ucieka zimnymi strumieniami. Człowiek zrozpaczony (zwłaszcza zrozpaczony czytelnika poezji, tacy są nieznośni, możecie mi wierzyć) ostatecznie odstawia książki, nieuchronnie staje się po prostu zrozpaczonym człowiekiem. Albo się z tego leczy! I wtedy, w ramach procesu regeneracji, wraca powolutku, jakby spowity watą, jakby w deszczu rozpuszczonych tabletek uspokajających, wraca, jak mówię, do literatury pisanej dla czytelników spokojnych, wyciszonych, o skupionym umyśle. Nazywa się to (a nawet jeśli nikt tak tego nie nazywa, to ja owszem) przejściem z okresu dojrzewania do wieku dorosłego. I nie chcę przez to powiedzieć, że jak ktoś stał się czytelnikiem spokojnym, to nie będzie już sięgał po książki pisane dla zrozpaczonych. Pewnie, że będzie! Zwłaszcze jeśli są dobre albo znośne, albo polecił je ktoś znajomy. Ale tak w głębi – nudzą go! Tak w głębi ta zgorzkniała literatura, pełna białej broni i powieszonych mesjaszów, nie jest w stanie przeniknąć do jego serca, jak to potrafi nawet jedna spokojna strona, strona przemyślana, strona technicznie doskonała!

*

Bolano-Dzicy-detektywiRoberto Bolaño, Dzicy detektywi
przeł. Tomasz Pindel, Nina Pluta
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010, s. 205-206

Advertisements

14 uwag do wpisu “Literatura na spokój i na smutek

  1. Czytam 2666 – Bolano to dla mnie odkrycie, język taki jak lubię, choć narrację wolę jak u Paula Austera. Coetzee, to również jeden z moich ulubionych.
    p.s. zdecydowanie wolę książki o „rozpaczliwej naturze” i nie ma mowy o nudzie przy tej ilości tak znakomitych „tytułów”.
    pozdrawiam

    1. też mi Bolano przypadł do gustu, językowo i obrazowo.
      co do rozpaczliwości – jasne, ciemne czytanie jest na głównym planie, choć i w to spokojniejsze, a czasem i wręcz wesołe w to mi graj. dla równowagi.

  2. Mnie się „Intryga małżeńska” podobała, lekkie, zgrabne, oderwałem się od wszystkiego, żeby tę powieść przeczytać. Taka lżejsze odmiana Franzena.

    1. w „Intrygę” też się wciągnęłam, bardzo, choć w drugiej części początkowy entuzjazm przygasł. to jest tak, że w zdaniu „mało mi się podobały” wszystkie pozostałe wymienione książki odpowiedzialne są za mało, a „Intryga” za podobały.

      a już na pewno zdecydowanie bardziej podobała mi się „Intryga” niż „Middlesex”. czytałeś?

        1. aż tak pozytywnie? nie pamiętam, musiałabym sprawdzić ;)
          niedawno przeglądałam tę książkę i pamiętam, że dobrze mi się ją kiedyś czytało, ale nie zachwyciła aż tak (przynajmniej post factum nie zachwyca). i „Intryga” podobała mi się znacznie bardziej.

  3. Ciekawy fragment. To wypowiedź narratora czy jednego z bohaterów?
    Czytałam tylko jedną (niedługą) książkę tego autora, ale już od jakiegoś czasu zamierzam zobaczyć, jak mu wychodzą dłuższe formy.

    1. bohatera. zdaje się, że Joaquina Fonta, gdy ten jest w zakładzie dla umysłowo chorych.
      dłuższe zdecydowanie mu wychodzą. ale lepiej czytać tak, jakby były krótszymi, na kilka podejść. w czytaniu ciągłym mnie ten styl męczy, a z przerwami działa pobudzająco (zapał, ciekawość).

  4. napiszę tak, gdybym za każdym razem, gdy spotykam na ulicy śmierć jadąc samochodem, miała postanowienie pisać na blogu jeden post, pisanie moje byłoby bezustanne.
    czyli czas się zabrać za Intrygę małżeńską:-)
    pozdrawiam i uważaj na siebie.

  5. częstotliwość spotkań jest raczej – trzeba to w końcu napisać – wynikiem moich zdolności samochodowych. Już nie zdobędę Intrygi na weekend wyjazdowy, ale mam inne książki, więc po przyjeździe zakupie:-)
    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s