Morfina, Szczepan Twardoch

szczepantwardoch

Na początku ten styl męczy, męczy ten styl umiarkowanie, męczy, męczysz. A potem Cię współogarnia, zasysa i staje się czymś naturalnym, rytm uderza do głowy jak szampan, szampańskie zresztą, kompulsywne, narkotyczne jest to w dużej mierze pisanie.

Polska to powieść, bo o ledwo-wojennej Warszawie roku 1939. Polska to powieść i zupełnie nie polska. Napisana z rozmachem i w tak cudownie oderwany od polskości sposób, że w ogóle nie czuć polskością, nie czuć polską literaturą. Jak dobrze, jaka to ulga.

Dobra, solidna rzecz. Trochę, trochę za potężna pod względem objętości. Niestety, pod koniec już czuć ten ciężar stron. Lepiej 600 stron niż 100, jasne. Ale czasem lepiej 300, 300 jest na ogół w sam raz. Pozostawia pewien niedosyt, a niedosyt jest wskazany. Potem jest już przesyt, przesyt wszystkiego: stylu, fabuły, już wszystko wiadomo, już wszystko jedno, losy autora w naszych oczach już są rozstrzygnięte, już wiadomo, czy tak, czy nie, czy kciuk w górę, czy do piachu. Już wszystko jedno, bo bez względu na to, jak książka się skończy, wyrobiliśmy sobie zdanie. Dobrego raczej nic nie zepsuje, złego nie sposób poprawić nawet świetnym końcem.

A tu zakończenie, owszem, owszem, dramatyczne, efekciarskie, ale cały Twardoch jest efekciarski, efekciarski jednak w przystępny, akceptowalny sposób.Taki na przymrużenie oka. Takiego przymrużenia oka brakowało mi już od jakiegoś czasu w polskim pisaniu, i wreszcie jest, i nie będę na to, a skądże, narzekać. Na dodatek zakończenie u niego jest bardzo kompletne: wyszedł mu elegancki supełek. Niczego innego nie spodziewałam się po kimś, kto stworzył tę postać słabego maczo dandysa, który wkłada pistolet z tyłu spodni z obawy, by nie złamać linii ubrania. Sznyt i szyk.

Sama fabuła: ni to szpiegowska i spod znaku płaszcza i szpady (palta i pistoletu), ni to najwyższej próby literatura piękna z ładnie odtworzoną fakturą życia, z Warszawą ukochaną, wojennie zgwałconą w tle i z przemyśleniami o tym, czym się jest i co nas definiuje. Właśnie czym, a nie kim. Tożsamość, twarze, zaślepki, maski. Jak widzą nas inni, a jak widzimy się my sami. Gdzie jest prawda o nas. W parodii, którą gramy, czy w tym, co skrycie myślimy. Gdzieś pomiędzy może. Pomiędzy szyją a kołnierzem, ładne miejsce. Pomiędzy mankietem a nadgarstkiem, niezgorsze. Za uszami. Co my mamy za uszami. Czy grając życie i angażując się w tę grę do utraty sił żyjemy naprawdę, czy tylko bawimy się w życie, mozolnie, oportunistycznie, bezwolni, bezradni, bezsilni ślizgacze, gołą dupą po powierzchni, dając się nieść zdarzeniom, które są poza nami i są nam w swej większości obojętne. Tak jak daje się nieść ten wymuskany, lecz silny maczo dandys, Konstanty Willemann, który jest morfinistą (ale nie jest), mężem (ale nie do końca), ojcem (najsilniej, bo najrzadziej), nienasyconym kochankiem wielu kobiet (nie bez wątpliwości).

Żyje się bez sensu i bez celu. W iluzji sensu i celu. Aż tu nagle. A potem i tak następuje koniec.

 –

And the days are not full enough
And the nights are not full enough
And the life slips by like a field mouse
Not shaking the grass

– Ezra Pound

 –

*

morfina-b-iext12195570Szczepan Twardoch, Morfina
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Morfina, Szczepan Twardoch

  1. Ta recenzja to cała esencja „Morfiny”! Piękna!

    Chociaż ja akurat się cieszę, że było 600 stron, bo mi brakuje takich dużych powieści, gdzie się wchodzi i zostaje na dłużej. Uczucia niedosytu rzeczywiście nie było, ale też nie mam niedosytu uczuć niedosytu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s