Kawy, kawy!

Emil Doerstling, Kant / Kant and table partners / 1900

Thomas Quincey o zwyczajach Immanuela Kanta:

 –

Z początkiem ostatniego roku jego życia nabrał zwyczaju wypijania natychmiast po obiedzie filiżanki kawy, zwłaszcza w dni, w których zdarzało mi się być na przyjęciu. I taką wagę przypisywał tej małej przyjemności, że w zeszycie, który mu dałem, zrobił nawet z wyprzedzeniem zapisek przypominający, że następnego dnia jem z nim obiad i, co za tym idzie, że ma być kawa. Czasami mogło się zdarzyć, że w zaaferowaniu rozmową minął czas, w którym czuł jej pragnienie. Na to zaś nie było przykro patrzeć, skoro obawiałem się, że kawa, do której nigdy nie przywykł, mogłaby zakłócić jego odpoczynek w nocy. Jeśli jednak tak się nie stało, rozpoczynała się dość interesująca scena. Kawa musi być przynoszona „niezwłocznie” (słowo, które wciąż miał na ustach ostatnimi czasy), „natychmiast”. A wyraz jego niecierpliwości, choć dzięki dawnym przyzwyczajeniom wciąż delikatny, był tak żywy i miał tak dużo dziecięcej naïveté, że żaden z nas nie mógł się oprzeć uśmiechowi. Wiedząc co mogłoby się stać, zatroszczyłem się, by wszystkie przygotowania czyniono z wyprzedzeniem: kawa była zmielona, woda się gotowała i w każdej chwili, gdy padały słowa, służący wpadał jak z procy i zalewał kawę. Pozostawało wtedy tylko dać się jej zaparzyć. Lecz ta nieznaczna zwłoka wydawała się Kantowi nie do zniesienia. Każde uspokajanie było odrzucane: próbowaliśmy wszelkich możliwych tłumaczeń, ale nigdy nie brakowało odpowiedzi. Jeśli powiedziano „Drogi profesorze, kawa ma być za chwilę podana” – „Ma  b y ć!” mówił, „przecież w tym sęk, że tylko  m a  b y ć: Człowiek nigdy  n i e  j e s t, ale zawsze  m a    b y ć błogosławiony”.

Innym razem, gdy krzyknięto „Kawę już niosą”, „Oczywiście”, miał ripostować, „tak już drugą godzinę, a przy okazji, to tyle mniej więcej czasu na nią czekam”. Opanowywał się wtedy ze stoicką miną i mówił: „Cóż, można w końcu umrzeć, nic tylko umieranie. Na tamtym świecie, dzięki Bogu, nie ma żadnego picia kawy, a co za tym idzie żadnego czekania na nią”. Czasami podnosił się ze swego krzesła, otwierał drzwi i krzyczał w tonie słabowitego rozdrażnienia, jakby apelował do ostatnich resztek ludzkich uczuć u swych bliźnich, „Kawy, kawy!”. A gdy wreszcie usłyszał kroki służącego na schodach, odwracał się do nas, radosny jak żeglarz na bocianim gnieździe, i wołał: „Ląd, ląd! moi przyjaciele, widzę ląd”.

 –

*

470_9cad35feThomas de Quincey, Ostatnie dni Immanuela Kanta
przeł. Artur Przybysławski
Oficyna Literacka, Kraków 1996
s. 27-28

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s