Ian McEwan: bez szastania słowami

Ian McEwan

Ian McEwan rozmawia z dziennikarką Harvard Business Review, Alison Beard, m.in. o pisarskim flow, procesie pisania i o tym, dlaczego został pisarzem.

– 

O flow

Sporadycznie zdarza mi się mieć flow. Nie mogę tego zaplanować, ale od czasu do czasu mi się przytrafia: wszystkie bariery ustępują, jestem poza sobą, zapominam, gdzie jestem; całkowicie koncentruję się na tym, co robię; poczucie czasu, wszystkie pragnienia i uczucia znikają. Zazwyczaj ma to miejsce wtedy, gdy próbuję napisać coś trudnego, przełamać blokadę, rozwiązać problem. Myślę, że to jedna z niedocenianych form szczęścia. Nie chodzi w nim o posiadanie, bycie bogatym czy kimś odnoszącym sukcesy. Chodzi w nim o osiągnięcie spełnienia – totalne zaabsorbowanie tym, co cię interesuje i jest dla ciebie wyzwaniem. Sądzę, że jest to, obok bardziej oczywistych form spełnienia takich jak seks, nauczenie się jazdy na nartach czy czegokolwiek innego, potencjalnie dające najwięcej satysfakcji spełnienie dostępne dla każdego z nas. Wszyscy ludzie mają szanse na takie momenty. Ale nie jestem pewien, czy użyłbym słowa flow na ich określenie; nie jestem przekonany, czy oddaje charakter tych momentów.

O procesie pisania

Mam duży zielony kołonotatnik – z premedytacją wybrałam taki sporych rozmiarów, żeby nie nosić go ze sobą – który stale leży na moim biurku, a ja od czasu do czasu coś w nim notuję. Moje pragnienie pisanie wykluwa się właśnie tam: z czegoś, co tam zanotowałem, lub z paru notatek jednocześnie. To mogą być niepołączone ze sobą szkice albo fragmenty będące pochodną jednej myśli. Ilekroć przeglądam te notatki po tym, jak skończę pisać powieść, widzę, że ukończona praca pochłonęła je wszystkie w sposób, który mnie za każdym razem zdumiewa.

Jest taka fraza, którą ukuł angielski krytyk i autor opowiadań V.S. Pritchett: „zdeterminowany stupor”. Zdeterminowany stupor to stan pożądany u pisarza. Pisarz potrzebuje ciszy i czegoś, co określiłbym jako „mentalny bełkot”, z którego nigdy nie wiadomo co wychynie. Postaci wynurzają się z niego jak z mgły. Pewne sformułowania wymagają opracowania. Czasami, na przykład, piszę pierwszy akapit, tylko dlatego że wiem, że nigdy nie będę musiał go skończyć. Lecz ta świadomość wyzwala mnie i umożliwia mi przechytrzenie samego siebie i napisanie dzięki temu 500-600 słów.

Wynika z tego, że nigdy nie wybieram tematu. Noszę tych kilka myśli i fraz w głowie, pomysł jest czymś niezbadanym, który wymaga uwagi, i nagle zdaję sobie sprawę, że pracuję – że wdryfowałem w sam środek pracy, która zajmie mi 2 lub 3 lata. Zawsze mnie to zachwyca. Gdy napiszę 20 tys. słów i wciąż chcę pisać więcej, to dalsze pisanie jest warte zachodu. Wtedy wiem: jestem w to całkowicie zaangażowany. Nie ma odwrotu.

 –

O rutynie pisania

W dobry dzień piszę około 700 – 1000 słów. Tworząc coś warto doceniać wahanie, z niczym się nie spieszyć, umieć odejść na chwilę i spojrzeć na projekt z perspektywy – nie dlatego że czujesz blokadę, nie dlatego że nie wiesz, co dalej zrobić, ale po to, by pozwolić rzeczom samym się rozwinąć.

Kiedy odchodzę od biurka, wiem dokładnie, co chcę zrobić, ale często nie ufam temu rozwiązaniu. Zanim więc czemuś się poświęcę, poddaję się. Po pewnym czasie wracam. Nie wierzę w szastanie słowami. Wolę pisać od razu dobrze, za pierwszym razem, bez poprawek.

 –

O samotności

Samotność jest wielkim przywilejem cywilizacji. Nie potrzebuję jej zbyt wiele, ale bez tych kilku samotnych godzin w ciągu dnia nie mógłbym pisać. Christopher Hitchens powiedział raz, że szczęściem jest pisanie przez cały dzień, gdy się wie, że wieczór spędzi się w interesującym towarzystwie. I myślę, że świetnie to oddał. To idealne rozwiązanie. Jeśli od dziewiątej rano do siódmej wieczorem dzień jest całkowicie mój, a później wezmę prysznic i jadę do miasta, by prowadzić stymulującą rozmowę z przyjaciółmi przy jedzeniu i winie, to czuję się uprzywilejowanym człowiekiem.

mcewan

Dlaczego został pisarzem?

To proste: przez czytanie. Moi rodzice nie byli wykształceni, więc chcieli zapewnić mi jak najlepszą edukację. Nie mieliśmy książek w domu, więc co wtorek nasza trójka – moi rodzice i ja – jechaliśmy do biblioteki. Zawsze czytałem jakąś książkę. Czytałem i czytałem. Żadne z moich rodziców nie znało dziecięcej klasyki, więc mogłem czytać, co chciałem. Ściągałem książkę z półki i jeśli po przeczytaniu pierwszej strony byłem ciekaw, co będzie dalej, wypożyczałem ją. Później wyjechałem do szkoły do Anglii, która miała lepszą bibliotekę. Zacząłem czytać Iris Murdoch i Grahama Greene’a. Gdy miałem może 19, 20 lat uzmysłowiłem sobie, że to jest rozmowa, do której też mogę się przyłączyć – że nie muszę być tylko czytelnikiem. Przez to że tyle czytałem, kiedy zacząłem pisać, miałem głowę pełną cudzych pomysłów, więc trudno było mi niezwłocznie odnaleźć swój styl pisania i temat.

 –

*

Ian McEwan w rozmowie z Alison Beard, Life’s Work: Ian McEwan, Harvard Business Review, listopad 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s