Patagonia w odwodzie

Bruce Chatwin to pisarz, którego (a co tam) uwielbiam. Niekoniecznie za to, o czym i jak pisze – choć z upływem lat coraz bardziej doceniam jego bezpretensjonalną prozę o wyraźnych konturach – a bardziej za to, co zrobił. Opowiem, choć pewnie znacie tę historię; sama już ją zresztą opowiadałam na tym blogu kilka lat temu. Jednak zagram ją jeszcze raz (Sam) – tak bardzo ją lubię.

Pracował już wtedy w redakcji Sunday Times Magazine jako reporter. Niedawno wrócił do Londynu z półrocznego pobytu w Afryce, gdzie leczył wzrok. Marzył o kolejnej podróży. O tym, że spakuje plecak i wyjedzie. Najlepiej do Patagonii. Był jej ciekaw już od wczesnego dzieciństwa. Miał 36 lat.

Pewnego dnia po prostu nie przyszedł do pracy. W redakcji pojawił się za to wysłany przez niego telegram: „Gone to Patagonia”. Rzucił wszystko i uciekł do miejsca, które już jako kilkulatek uznał za najbezpieczniejsze na świecie.

 

„Moje zainteresowanie Patagonią przetrwało utratę skóry [brontozaura], a to dlatego, że zimna wojna rozbudziła we mnie pasję do geografii. Pod koniec lat czterdziestych kanibal z Kremla rzucał cień na całe nasze życie; jego wąsy można było wziąć za zęby. Na lekcjach słuchaliśmy o wojnie, którą planował. Patrzyliśmy, jak instruktor od obrony cywilnej zakreślał na mapie europejskie miasta, by pokazać nam, które strefy ulegną całkowitej, a które tylko częściowej zagładzie. Widzieliśmy, jak te strefy łączą się ze sobą, tak że nic między nimi nie zostaje. Instruktor nosił szorty khaki. Patrząc na jego kościste białe kolana rozumieliśmy, że sprawa jest beznadziejna. Nadciągała wojna i nic nie mogliśmy na to poradzić. (…)

A jednak mieliśmy nadzieję, że przeżyjemy wybuch [bomby]. Powołaliśmy Komitet Emigracyjny i snuliśmy plany, by osiedlić się w jakimś odległym zakątku ziemi. Ślęczeliśmy nad atlasami. Dowiedzieliśmy się, w jakich kierunkach wieją wiatry stałe i które rejony są najbardziej zagrożone opadami radioaktywnymi. Skoro wojna miała wybuchnąć na półkuli północnej, skierowaliśmy uwagę na południową. Odrzuciliśmy wyspy na Pacyfiku, bo przecież każda wyspa to pułapka. Odrzuciliśmy Australię oraz Nową Zelandię i za najbardziej bezpieczne miejsce na ziemi uznaliśmy Patagonię.

W wyobraźni widziałem niski drewniany dom z krytym gontem dachem, zabezpieczony przed sztormami, z płonącymi na kominku polanami i półkami na ścianach, pełnymi najlepszych książek – ot, miejsce, gdzie dałoby się mieszkać, kiedy reszta świata wyleci w powietrze.

Aż tu nagle Stalin umarł. W kaplicy śpiewaliśmy hymny dziękczynne, ja jednak na wszelki wypadek trzymałem Patagonię w odwodzie”.

*

Bruce Chatwin, W Patagonii, przeł. Robert Ginalski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007, s. 7-9

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Patagonia w odwodzie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s