Maszeńka, Vladimir Nabokov

Ostatnio w czytaniu powracam do dawnych spraw.

Czasem oznacza to, że czytam po raz kolejny książki, które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie. W ten sposób wróciłam jakiś czas temu do Mistrza i Małgorzaty, a parę tygodni temu do Gry w klasy, o której zapewne niedługo tu wspomnę. Ale w tych powrotach nie chodzi tylko o re-czytanie.

Cofam się do klimatu, który mi dawniej odpowiadał, rezygnuję z mdłego urozmaicenia, które dominowało w moich lekturach przez ostatni rok czy dwa, w zasadzie odrzucam nowości jako mało interesujące (zresztą lato, sami wiecie, sezon ogórkowy) i powracam do tej ulubionej formy czytania: do wyborów instynktownych, a może nawet lepiej byłoby powiedzieć: do odruchów, nie do końca wytłumaczalnych i tym bliższych, czyścimy gardło, sercu. Scenografia? Raczej błąkanie się po bibliotece niż kręcenie się po księgarni.

Idąc tym tropem – czasem gubiąc się, innym znów razem bez trudu odnajdując drogę – wracam do autorów, których niby to już się poznało, niby to już się sporo wie, niby to czymże by mieli jeszcze zaskoczyć. I takim sposobem po raz pierwszy czytałam Maszeńkę nie najgorzej przecież znanego Vladimira Nabokova.

To jego pierwsza powieść (to zdaje się zbyt obszerne słowo na tę kameralną historię, ale mniejsza o to). Najpierw miała nosić tytuł Szczęście. Dobrze, że ostatecznie Nabokov zdecydował się na Maszeńkę – bo i mniej oczywiste, i przecież trafniejsze: że to było szczęście, dowiadujemy się później, czyli tak jak należy, czyli tak jak zazwyczaj, czyli porządek i ludzki, i chronologiczny zostaje zachowany. Choć nie o spolegliwą chronologię tu chodzi, a o wspomnienia i nostalgię, a co za tym idzie o przypominanie sobie, a wręcz o rozsmakowanie się w przywoływaniu minionego. Otóż: siedzi sobie Ganin w Berlinie na emigracji wśród rosyjskich emigrantów. Pewnego dnia dowiaduje się, że do jednego z lokatorów hotelu, w którym pomieszkuje, dołączy żona, tytułowa Maszeńka. Jak się okazuje, dawna miłość Ganina. W efekcie Ganina dopada „roztargnienie woli”:

„Chyba przez godzinę pił kawę, siedząc przy ogromnym, czystym oknie i przypatrując się przechodniom. Wróciwszy do domu, próbował czytać, ale to, co zawierała książka, wydawało mu się tak obce i niestosowne, że rzucił ją w środku zdania podrzędnego. (…)  Siedział bez ruchu przed biurkiem i nie mógł się zdecydować, co zrobić: zmienić pozycję, wstać, żeby pójść i umyć ręce, czy też otworzyć okno, za którym chmurny dzień przechodził już w zmierzch… Był to dręczący i przykry stan, nieco podobny do przygnębienia, które ogarnia nas, gdy wydobywszy się już ze snu, nie od razu możemy rozewrzeć jakby na zawsze zlepione powieki” (s. 24-25).

W takim roztargnieniu Ganin może skoncentrować się dłużej tylko na wspominaniu. I zapuszcza się w nie jak w dawno nieodwiedzane okolice.

Żeby było w pełni nabokovsko, musi być lato i schadzki w zieleni – są. Powinny być zwroty w akcji i w uczuciach – są. No i pogrywania z nami – obserwatorami, podglądaczami, czytelnikami – też są. To w sumie czego nam brakuje do pełni szczęścia? Nam w zasadzie niczego. A jak się okazuje, również Ganinowi niewiele. W końcu przypominanie sobie tego, co przeminęło i nie ma prawa wrócić ani odnowić się w świeżych wydarzeniach w tym teraz, w którym niedługo on i ona znów mogą obok siebie się znaleźć, jest tym, co mu wystarcza.  „To były cztery najszczęśliwsze dni w życiu”, czuje i podsumowuje. I na tym basta. Aż robi się przykro, choć w sumie się go rozumie. Czasem lepiej nie zestawiać cieni z rzeczywistością. Czasami wygodniej pozostać w fazie wspominania i śnienia.

No właśnie, śnienia. Można by jeszcze wspomnieć o współlokatorach Ganina, rosyjskich emigrantach, ale, jak określa to Leszek Engelking, „ludzie śnią się tu sami sobie”. Wzdragam się dziś przed zaglądaniem w dusze ludzi, którzy śnią się sami sobie, czy nawet tylko przed patrzeniem na ich cienie.

Zaraz więc będzie koniec tego i tak już zbyt rozwlekłego tekstu. A na końcu – supełek – o początku. Nabokov przyznawał, że Maszeńka jest częściowo opowieścią autobiograficzną. A nawet, rzecz niepodobna, trochę się z tego tłumaczył:

 „Dobrze znana skłonność początkującego pisarza do naruszania swej prywatności przez wprowadzanie do pierwszej powieści siebie samego albo jakiegoś swojego zastępcy mniej zawdzięcza pokusie gotowego tematu niż uldze uwolnienia się od siebie przed wzięciem się do bardziej interesujących rzeczy. To jedna z bardzo niewielu powszechnych reguł, którym się podporządkowałem”.

Vladimir Nabokov, Maszeńka
przeł. Eugenia Siemaszkiewicz
wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2004

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Maszeńka, Vladimir Nabokov

  1. Muszę przyznać, że uwielbiam wszystkie książki Nabokova. Jeśli mogę to tak ująć „Maszeńka” jest najmniej uwielbianą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s