Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald

Pierwszy raz czytałam tę książkę dawno temu. Dawno, czyli na razie, wciąż, nie dalej niż ile?, z dziesięć lat wstecz? Pamiętam, że połknęłam ją w jeden wieczór i niespecjalnie przypadła mi do gustu. W kilka lat później czytałam komuś na głos jej fragmenty (w tle poznańska Cytadela) – i wtedy brzmiała już trochę ciekawiej, ale nadal nie na tyle, by przeczytać ją jeszcze raz, uważnie. I dobrze. Na niektóre rzeczy warto czekać. W imię zasady „najlepsze czereśnie na końcu”.

Pewnie niemądrze jest się do tego przyznawać, ale co tam, raz, a czasem nawet tylko pół raza, się żyje: przy drugim czytaniu Wielki Gatsby mnie wzruszył. Nie to, że popłynęły łzy, nie to, że siąkałam nosem. Ale wzięło mnie wzruszenie nad losem biednego faceta, który tyle trudu włożył w to, by spełnić swoje jedno jedyne marzenie. A marzenie, jak to z marzeniami bywa, spełniło się, ale za późno; spełniło się, ale na opak. Stało się gorzkie i niepotrzebne.

Dobrze, że został zabity. Co zrobiłby z sobą, gdyby nie ta śmierć pod koniec lata? Kim stałby się bez napędzającej go motywacji? Rozgoryczonym, obojętnym na wszystko entuzjastą ryzyka?

Szkoda mi Gatsby’ego, choćby za jego rozbrajający uśmiech.

„Był to jeden z tych rzadkich uśmiechów, dających pewność i otuchę na zawsze, uśmiech, który można spotkać w życiu cztery albo pięć razy. Obejmował – albo zdawał się obejmować na moment – calusieńki nieskończony świat, a potem koncentrował się na tobie z nieodpartą życzliwością. Było w nim akurat tyle zrozumienia, ile ci było potrzeba, i tyle wiary w ciebie, ile sam chciałbyś mieć; uśmiech ten zapewniał cię, że wywarłeś takie wrażenie, jakie – w najkorzystniejszych okolicznościach – chciałbyś wywrzeć” (s. 65).

Czytając i wspominając czytanie, celowo pomijam wątek cynicznych Daisy i Toma, wartych siebie jak mało która para w literaturze. Koncentruję się na osobach z drugiego planu, cokolwiek ciekawszych: na usuwającym się w cień, ale nigdy nie ostatecznie, narratorze i dziewczynie, z którą się w to pamiętne lato umawiał. „Nie kochałem się w niej, ale czułem rodzaj tkliwego zainteresowania. Wyniosła, znudzona twarz, którą pokazywała światu, była chyba maską – nienaturalność staje się zazwyczaj maską, nawet jeśli z początku nie jest – i pewnego dnia zrozumiałem, o co chodzi” (s. 77). Wydają się tacy sympatyczni, gdy pomagają Gatsby’emu, a przecież ta sympatyczność nie uchroni ich przed klęską – wszyscy są w tym fitzgeraldowskim świecie skazani na porażkę.

Gdy myślę o Wielkim Gatsbym, myślę też o samym lecie: tym nowojorskim, nie do zniesienia, które rozpuszcza wszystko i spowalnia w niegasnącym nawet wieczorami upale; i tym podmiejskim, nadmorskim, gdzie niebo jest obsypane gwiazdami, a ciemność rozpraszają rozwieszone w ogrodzie Gatsby’ego lampiony i głosy gości na niekończących się przyjęciach.

Było to kolejne tzw. czytanie odczuwalne. Ostatnio częściej mi się ono zdarza. Wymiękam jako czytelnik? Trochę. Ale też ostrożniej i z większą wybrednością wybieram kolejne pozycje. Do Wielkiego Gatsby’ego przymierzałam się już od pewnego czasu, podczytując pojedyncze, wyrwane z kontekstu zdania i przekonując się powoli do tego, by dać mu drugą szansę. I tak, w dziesięć lat po pierwszym czytaniu doceniałam styl Fitzgeralda, który z jednej strony potrafi stworzyć taką gęstą, czułą atmosferę (zaprawdę „czuła jest noc”), a z drugiej potrafi zażartować ze swojej sceny i odrzeć ją z sentymentalizmu (uroczo spluwa ta pokojówka z pierwszego piętra, gdy okna domu Gatsby’ego niepokojąco pięknie, zbyt pięknie i zbyt doskonale, zalśniły w porannym słońcu).

A najlepsze na koniec – czereśnie na dnie najładniejsze – książka ma prawie sto lat, ale nie czyta się jej jak wiekowego klasyka. Żadnych drętwych zdań, które „jak zachwycają, skoro nie zachwycają”, tylko czysta prostota, jasny przekaz. Gdyby nie tuż-powojenne realia, mam tu na myśli głównie prohibicję, bo inne nie są aż tak zarysowane, to rzecz mogłaby toczyć się współcześnie. I pewnie dlatego, że tak uparcie się ta dość naiwna historia o wielkim marzeniu Gatsby’ego nie przedawnia, szykuje się już trzecia (?) jej ekranizacja. Też miło.

 –

*

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby
przeł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1982

Reklamy

6 uwag do wpisu “Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald

  1. Świetna książka, też wróciłem do niej po latach, ciągle trzyma się dobrze.
    Szkoda, że mu się nie udało … a może lepiej … ? Jak powiadają miłość jest ślepa ale małżeństwo przywraca jej wzrok :-)

    1. Samo w sobie dzieło nie takie wielkie, ale też nie takie złe, jak zapamiętałam sprzed lat. No i z pewnością sporo mówi o życiu w Stanach w latach 20., na dodatek nie w nudny sposób – to zdecydowanie in plus.

  2. A ja nie znam, choć po głowie chodzi od czasu do czasu…

    Wracanie po latach do książek, myślę sobie, bywa niebezpieczne. Przyznam, że mam trochę obawę wracać do książek, które kiedyś-tam naprawdę mnie ujęły. Obawę, że rozczarują. Że źle je wtedy oceniłam, bo za mało wiedzy miałam i pola do porównań. Albo że ja się zmieniłam. I nie wiedzieć, co gorsze.

    1. Mam podobnie. Po te, które mi się nie podobały, ale mam wątpliwości i chcę się przekonać raz jeszcze (że się nie podobają nadal, np.), sięgam bez wahania. A te, które kiedyś ujęły, chce się zapamiętać jako takie, które ujęły; czasem drugie czytanie psuje to wrażenie i wtedy e tam, życie nic nie warte ;). Na szczęście nieczęsto. Teraz czytam po raz kolejny „Grę w klasy” i to przyjemność od nowa. Jakbym czytała zupełnie inną książkę niż kilka lat temu. Ciekawe doświadczenie.

  3. Tak. Ta książka może się podobać w ten urokliwy sposób kiedy czuje się niby szept z dala kogoś opowiadającego taką bardzo amerykańską historię. Równie dobrze można odebrać treść jako portret zblazowanego amerykańskiego playboya, któremu minęło dobre pięćdziesiąt lat. Twarz pełna wyrazu i miłości za wabiącym zepsuciem Europy. Taki obraz kraju cudów autoryzowany spojrzeniem zamykającym się w ramach tej całej historii. I wcale nie mam przy tym na myśli Fitzgeralda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s