Czytanie z Pilcha

Pilcha w odcinkach nie zawsze udawało mi się przeczytać. Pierwsze fragmenty jego Dziennika, jakie ukazywały się na łamach Przekroju – owszem, odświeżające, zwłaszcza że od ostatniego czytania jakiejkolwiek jego prozy upłynęło wtedy sporo czasu (liczonego w latach). Te pierwsze felietony miały w sobie tę charakterystyczną pilchość, za którą jedni go lubią, a inni kręcą na niego nosem. Później – nie zawsze już się chciało. Przedawkowanie?

Dlatego tym bardziej zaskakuje, że skumulowany Pilch taki udany. Te same teksty zebrane w jednym tomie robią o wiele bardziej porażające wrażenie; jego przygnębienie ściślej osacza i zaraża silniejszym dekadentyzmem, jego poczucie humoru bawi bardziej, nawet o piłce nożnej czyta się z ciekawością (napisać „z wypiekami na twarzy” to jednak przesada).

Oprócz tego, że Pilch pisze o swoich Weltschmerzach, o futbolu, o pisaniu, o starzeniu się, o luteranizmie i utracie wiary w P.B., o Wiśle (sporo) i Warszawie (mniej), wiele miejsca poświęca też czytaniu. W długich wpisach celebruje literaturę przez siebie podziwianą, by wspomnieć choćby tylko o jego umiłowaniu Brunona Schulza. Zdarzają się też refleksje dotyczące samego czytania. I na nich dziś chcę się skoncentrować.

„Tak jak gromadzę zapasy gauloise’ów – gromadzę zapasy grubych, a nawet bardzo grubych książek. Sposób może nie na wieczność, ale na prolongatę ostatniego oddechu. Grube książki są twoimi Szeherezadami, olimpiadami, mundialami, twoimi podróżami, twoją wodą życia” (s. 51).

W dłuższych pasmach życia na pewno. Też gromadzę, też się Szeherezadami otaczam, choć jeszcze daleko mi – czyżby to, co czuję, to była nadzieja? – do ostatniego oddechu. W ogóle paradoksalne są grube, a zwłaszcza te bardzo grube książki: pragnie się ich, fascynują, ale w momencie wyboru, w punkcie wyjścia, czyli przed regałem, rzadko się na nie decyduję. Pociągają i odpychają jednocześnie. A może po prostu to przejaw bezwzględnie respektowanej zasady: najlepsze na koniec?

(Zresztą lato to opowiadania, opowiadania to lato).

„Ale na przykład czytanie i „czytanie odczuwalne” to jest coś! Zwłaszcza z wiekiem. Niby czytasz po staremu, a odczuwasz coraz mniej. Lektura trwa nieprzerwanie – lektura odczuwalna trafia się coraz rzadziej. Stąd starcze powroty do dawnych, jakże wstrząsających w ich odczuwalności, tekstów. Przy nowych bywa to rzadko, chyba że nowość jest nieoczywista” (s. 283).

Jeśli ta cecha pogłębia się z wiekiem, to strach się bać. W tym roku czytanie odczuwalne trafiło mi się może raz, w porywach dwa. Będzie gorzej? Może tę wcześniejszą nadzieję pomyliłam z innym odczuciem?

I na koniec o początkach:

„Nigdy nie zetknąłem się z kimś, kto z zapałem zabierał się do czytania książek, ale przestał, bo zraziły go lektury szkolne. Nie przypominam też sobie wprawdzie żadnego miłośnika literatury, który popadł w swą pasję na skutek obcowania z takimi pozycjami obowiązkowymi, ale to jest bardziej kwestia chronologii niż jakości. Początki, prawdziwe początki miłości do czytania są zawsze w domowych księgozbiorach. Nawet jak czytać nie umiesz, pierwszą bibliotekę widzisz w domu, szkolna pojawia się później” (s. 360).

Prawda: pierwszą swą bibliotekę widzę ogromną, całą ścianę sobą wypełniającą. Pamiętam te półki, ciemne drewno, dziś już nieistniejące, bo przemodelowane czy, precyzyjniej, przeniesione i przemeblowane, wypełnione po brzegi: na górze albumy malarskie, środkiem słowniki i filozofia, a poniżej i przede wszystkim, na wyciągnięcie ręki (choćby z podstawionego naumyślnie krzesła) powieści. Przypominam sobie, jak siedzę naprzeciwko tych rzędów książek na podłodze, oparta plecami o kanapę i wkuwam tabliczkę mnożenia. A innym razem światowe stolice. A jeszcze innym razem, gdy okazuje się – wtem! – że ślepnę, bo próbuję odczytać tytuły z grzbietów na samej górze (znałam je na pamięć, co utrudniało rozpoznanie postępów ślepnięcia) i nie mogę, wobec czego postanowiono, że trzeba mi sprawić okulary. To były czasy. Chronologię i kolorystykę książek pamiętam, o tabliczkę mnożenia i stolice nie pytajcie.

Koniec i trąba, bo nie ma co więcej wspominać. Wszak Pilch nieświadomie mnie przestrzega: „(…) czytanie własnych rzeczy, zwłaszcza po latach, to jest trauma, wstyd i wyniszczenie”. Lepiej więc ich sobie na przyszłość oszczędzę i już teraz, póki czas, zamilknę.

Jerzy Pilch, Dziennik
wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Czytanie z Pilcha

  1. „Początki, prawdziwe początki miłości do czytania są zawsze w domowych księgozbiorach”. Nie zawsze, ale zazwyczaj. U mnie w domu książek było niewiele, do czytania mama musiała mnie wręcz zmuszać, pisała nawet za mnie „opisy” z polskiego we wczesnej podstawówce ;) A potem jakoś zaskoczyło, ale nie wiem kiedy, dlaczego.

  2. U mnie podobnie w tym pisaniu „opisów”: książki, owszem, od początku fascynowały, ale u zarania dziejów, czytaj: w podstawówce, pierwsze wypracowania to była niemoc totalna i – nie zawaham się użyć tego słowa – rozpacz. Nie umiem i koniec, tak się zacinałam w sobie, i ich nie pisałam. A potem nagle – cyk, zmiana. A teraz – sam widzisz ;)

  3. widzę „Pilch” i najpierw nie czytam, bo nie moge go czytac, potem myślę, że Pilch przeczytany przez Ciebie, może będzie inny, potem widzę, że czyta coraz bardziej bez odczuwania, to straszne zjawisko, czy chociaż mówi, jak do tego dochodzi?
    że tak po prostu na starość ma? ale znam na starość bardzo czytających, z wielkim odczuwaniem, wręcz wszystko co czytają, zaczyna im się odczuwać, nawet złe wiersze czytać mogą dopiero na starość, bo przez te wiersze coś dopiero wtedy prześwituje, wierzę w to:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s