Kielonek, Alain Mabanckou

Kielonek zrobił na mnie dobre wrażenie, lepsze niż się spodziewałam, kiedy po niego sięgałam, nie to, żebym nie wierzyła w jego autora, Alaina Mabanckou, wierzyłam już wcześniej, już po tym, gdy miałam z nim do czynienia przy okazji innej jego książki, Black Bazar, o której już swego czasu pisałam i o której do tej pory mam jak najlepszą opinię, ale jednak nie spodziewałam się, że uda mu się mnie z sobą porwać, ostatnio nie jestem w nastroju do porwań, stąd te wątpliwości

wbrew cynizmowi i niedowiarstwu, porwać się jednak dałam, kobieta puch marny, choć nie od początku, choć nie bez oporu, nie od pierwszych kartek, czyli od pierwszej części zeszytu, jaki zapisuje narrator, tytułowy Kielonek, ale od drugiej jego części, od ostatnich stron, gdzie nie tyle już opowiada dzieje stałych bywalców baru „Śmierć kredytom”, nieudaczników czy, mówiąc delikatniej, niebieskich ptaków, lecz swoje, opowieść wylewa się z niego jak rzeka, czerwona jak wino, które wypija kieliszek po kieliszku, bez przerwy, słowa płyną z niego jak rzeka, szare jak toń, w której utonęła jego matka, pije bez radości i bez rozgoryczenia, by kończyć swoje życie równie poszarpane jak tamte, wcześniej opisywane, życie na kredyt

Kielonek, lat 64, nie ma innego miejsca, do którego mógłby pójść, niż właśnie ten bar „Śmierć kredytom”, którego właściciel, Uparty Ślimak, jest jego przyjacielem, to właśnie on, nie kto inny, lecz właśnie Uparty Ślimak daje Kielonkowi zeszyt i ołówek i mówi mu „Kielonek, muszę wyjawić ci, co mnie dręczy, otóż od dawna rozmyślam nad czymś ważnym, powinieneś pisać, to znaczy pisać książkę” (s. 152), a gdy Kielonek protestuje, że o czym niby miałby pisać i kogo miałoby to zainteresować, Uparty Ślimak odpowiada mu „pieprzyć to, Kielonek, musisz pisać, mnie to ciekawi, i tyle” (s. 154) i jeszcze „musisz wyrzucić z siebie wściekłość, eksplodować, wyrzygać, wypluć, wykaszleć czy wystrzelić z siebie, wszystko jedno, ale masz coś spłodzić w tym barze, o klientach, a przede wszystkim o sobie” (s. 153-154)

i tak sobie myślę, że czasem trzeba takiej osoby, która da zeszyt, ołówek i powie „pisz”, a w chwilach zwątpienia rzuci krótkim „pieprzyć to” i zmotywuje „mnie ciekawi, co będzie dalej”, i myślę sobie, że to wielkie szczęście trafić na takiego swojego Upartego Ślimaka, który dopinguje, wciąż i mimo wszystko, może czasem tego potrzeba do wielkiego pisarstwa, takiego trenera, który da kuksańca, gdy zniechęcony pisarz się zwiesi, wpadnie w smęty i zachodzi w głowę, po co to, czy warto, a może rzucić to wszystko w pieruny i uciec, uciec jak najdalej stąd, od tego siebie nudnego i bez wiary, od wszelkich komplikacji, a wreszcie i od tej chęci ucieczki

pewne jest jedno: szczęście to, że Uparty Ślimak dał Kielonkowi zeszyt i ołówek i kazał mu nad nim siedzieć, bo wiele dobrego z tego wynikło, dużo dobrej literatury pięknej, takiego „bałaganu, jarmarku, targowiska, zlepku barbaryzmów, imperium znaków” (s. 155), jakie sobie Kielonek wyśnił, sami się zresztą przekonajcie, dajcie się porwać czerwonej i szarej rzece słów Alaina Mabanckou, jak i ja dałam się porwać

Alain Mabanckou, Kielonek
przeł. Jacek Giszczak
wyd. Karakter, Kraków 2008

Reklamy

Jedna myśl na temat “Kielonek, Alain Mabanckou

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s