Literatura dzienna i nocna

Te opowieści o podróżach należą prawdopodobnie bardziej do literatury dziennej niż nocnej, aby posłużyć się rozróżnieniem wielkiego Ernesta Sábato. W tekście dziennym autor, przedstawiając czy to rzeczywistość wobec niego zewnętrzną, czy też twory własnej wyobraźni, wyraża w jakimś sensie wyznawaną przez siebie wizję świata; mówi o swoich uczuciach i swoich wartościach; toczy „dobrą bitwę”, jak powiadał św. Paweł, w imię spraw, w które wierzy, i zwalcza to, co uważa za zło. Literatura dzienna usiłuje zrozumieć świat, pojąć jego zjawiska, umieścić poszczególne losy, również tragiczne, w całości świata rzeczywistego. To jest literatura, która pragnie nadać sens rzeczom, usytuować każde doświadczenie, nawet bolesne, w obejmującej je całości i przez sam ten fakt widzieć je na szerszym tle.

Inna literatura – nocna – mierzy się z najbardziej wstrząsającymi prawdami, których nie ośmielamy się otwarcie wyznać, z których być może nawet nie zdajemy sobie sprawy, albo wręcz – jak powiada Sábato – które odrzucamy i uważamy za „niegodne i odrażające”. To literatura zaskakująca często dla samego autora, ponieważ może odkryć przed nim jego własną, nieprzeczuwaną naturę, jego własne skrywane emocje: uczucia lub epifanie umykające kontroli świadomości, wykraczające często poza granice przez świadomość wytyczone, sprzeczne z intencjami i zasadami autora, pozwalające zanurzyć się w mroczny świat; świat bardzo różny od tego, który pisarz kocha i w którym chciałby poruszać się i żyć, lecz do którego musi niekiedy zstąpić i spotkać Meduzę z wężami na głowie, a której nie może przecież wysłać do fryzjera, aby zrobił porządek z jej włosami. To literatura, która – również w sposób nieprzewidywalny – staje twarzą w twarz z grozą życia lekceważącego bezlitośnie wartości moralne dobra i zła, sprawiedliwości i współczucia, literatura będąca niekiedy spotkaniem, bolesnym i twórczym, z własnym sobowtórem, nieznaną częścią nas samych, który mówi innym głosem i trzeba pozwolić mu mówić również i wtedy, kiedy wolelibyśmy, aby mówił co innego, i kiedy, aby zacytować raz jeszcze Sábato, czujemy się „zdradzeni” przez jego słowa zaprzeczające naszym przekonaniom moralnym.

Claudio Magris, Podróż bez końca, przeł. Joanna Ugniewska, wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2009, s. 23-24

Reklamy

6 uwag do wpisu “Literatura dzienna i nocna

  1. Czytałam to właśnie bardzo niedawno :) Nie wiem, czy słowo w słowo to samo, ale sens taki właśnie – we wstępie do Głosów-monologów Magrisa. Ale o ile wstęp był bardzo ciekawy, o tyle same opowiadania znacznie mniej przypadły mi do gustu.

  2. Ciekawy jest ten podział na literaturę „dzienną” i „nocną”.
    Są pisarze, których książki dość łatwo można sklasyfikować wedle tego klucza (np. Hemingway albo Hrabal są zdecydowanie „dzienni” a np. Kafka czy Dostojewski – „nocni”).
    Wydaje mi się jednak, że jest jeszcze literatura, którą można by nazwać literaturą „świtu” (Hesse, Coetzee?) lub „zmierzchu” (Camus, Cioran?)
    Ale – koniec końców – to tylko taka szufladkująca zabawa :)

  3. @Książkozaur, za powieściami Magrisa również szczególnie nie przepadam. może kiedyś zmienię o nich zdanie? póki co największe wrażenie robią na mnie jego eseje.

    @Logos Amicus, wiadomo, że to tylko szufladkująca zabawa, ale bardzo podoba mi się Twoja propozycja „włożenia” Coetzeego i Hessego do „świtu”. A Camus i Cioran do „zmierzchu” pasują jeszcze wyborniej. Myślę nad kolejnymi pisarzami do tej nowo utworzonej przez Ciebie kategorii „zmierzch – świt” ;)
    Może z racji częstej bezsenności bliżej mi do pisarzy nocy i świtu. Hm.

    1. „Może z racji częstej bezsenności bliżej mi do pisarzy nocy i świtu.”

      A to ciekawe, bo wydawałoby się, że istnieją raczej pokrewieństwa: wieczór – noc i świt – dzień ;)

  4. Gdy nie mogę zasnąć i w końcu nadchodzi świt, wcale nie odbieram go jako dnia, tylko jako krańcowe zwieńczenie nocy (apogeum niespania). Mm, faktycznie dość dziwne pokrewieństwo, jak tak się nad tym teraz zastanowiam. ;)

  5. Jeśli apogeum niespania, to takie rozumienie świtu jest zrozumiałe.
    Ale mnie świt kojarzy się naturalnie (banalnie?) z rozpraszaniem się sennych majaków i początkiem dnia.
    Co jest zaś dla mnie krańcowym zwieńczeniem nocy? Może to, co spotyka się podróżując do jej kresu – samo jądro ciemności? ;)
    Zmierzch może być początkiem tej podróży.

    To, co nocne, jest introwertyczne, to co dzienne – ekstrawertyczne.

    Świt może oznaczać rozpoczęcie wędrówki ku światłu, działania mającego jakiś cel, rysuje obrazy widzialne, przepełnione blaskiem.
    Choć „cała ta jaskrawość” może być równie upiorna, jak najczarniejsza otchłań.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s