Żony mojego ojca, José Eduardo Agualusa

Miał pisać jak Kapuściński. Miał wznosić realizm magiczny na wyższy poziom niż Márquez. Miało być o podróży i o Afryce. O snach i fotografii. Nie wszystkie obietnice zostają spełnione. O niektórych wie się, że ich się nie dotrzyma. Po co więc je dawać? „Życie nie jest mniej bezsensowne niż sny – jest tylko bardziej natarczywe” (s. 276). Kilka słów o książce Żony mojego ojca, napisanej przez angolskiego pisarza, José Eduardo Agualusę.

Mieszkająca w Lizbonie Laurentina wyrusza do Angoli, by poznać swojego biologicznego ojca. Na miejscu, w Luandzie wita ją wiadomość, że domniemany ojciec, Faustino Manso, słynny muzyk jazzowy, właśnie umarł. Zostawił jednak w Afryce siedem żon i osiemnaścioro dzieci. Laurentina krąży między nimi, by choć trochę zbliżyć się do prawdy o człowieku, który po raz kolejny wymknął się z życia tylu osób. Jej poszukiwania śledzi, za pośrednictwem oka kamery, jej partner, który dostrzega w tej historii potencjał na film dokumentalny. W wędrówce towarzyszy im kierowca śniący i prowadzący samochód jednocześnie. Wkrótce dołącza do nich też nowo odkryty kuzyn Laurentiny. Śladami Faustino Manso ta czwórka jedzie m.in. do Mozambiku i RPA.

Tym, co wpłynęło na moją decyzję, by przeczytać Żony mojego ojca, był drugi wątek, toczący się równolegle do pierwszego. Otóż tę samą podróż, również utrwalaną w formie filmu dokumentalnego, odbywają wiedzeni innym celem pewien pisarz i jego dziewczyna. Pisarz, którego imienia nie poznajemy, lecz domyślamy się w nim kogoś bardzo zbliżonego do autora książki, tropi historię, podróżuje jej śladami po świecie, w tym głównie po Afryce, i z cieni tej relacji wynika, jak zrodził się pierwszy, główny wątek powieści. Powieść szkatułkowa zatem? Nie do końca. Czytając, pojawia się raczej wrażenie, że historie te toczą się równolegle (nie tylko przez zastosowaną kilkuosobową narrację) i, jak to z liniami równoległymi bywa, nie przecinają się. Dzieją się w odrębnych światach: na poły fikcyjnym (historia Laurentiny) i domyślnie rzeczywistym (kronika pisarza).

Żony mojego ojca to powieść z dobrze napisanymi fragmentami. Tymi bardziej onirycznymi, mniej trzymającymi się głównego wątku, w których Agualusa pozwolił sobie odpłynąć i jakby nie przejmował się samą opowieścią, a bardziej bawił się pisaniem. W nich styl jest dobry, obrazowy. Ale jako całość ani historia, ani sposób, w jaki została opowiedziana, nie powalają.

Poza tym nie wierzę, że jest to książka, którą napisałby Kapuściński. To, że jej akcja toczy się w Afryce i to, że w jednej scenie bohater czyta książkę Kapuścińskiego, nie wystarcza do tego, by móc stwierdzić, że Żony… mogłyby wyjść spod jego pióra, jak reklamuje książkę wydawca. Tak samo jak to, że pewna perliczka zachowuje się jak pies, nie wystarcza do tego, by twierdzić, że książkę tę mógłby napisać Márquez. Czasami lepiej nie wysuwać niczego, a już zwłaszcza takich wniosków. To zachwalanie na wyrost bowiem miało wpływ na ostateczne wrażenia z książki, które są, mimo że to wcale nie jest taka zła powieść, rozczarowaniem. Żony… nie są niczym, co mogliby napisać Kapuściński lub Marquez – ich talenty pisarskie znacząco przewyższają umiejętności, jakie prezentuje na razie Agualusa. Na razie, bo może kiedyś wyniknie z nich coś więcej. Póki co najbardziej ze wszystkich zestawień pasuje do niego przyrównanie do prozy Zadie Smith*: ta sama wielowątkowość i wielokulturowość, podobne wrażliwe i dowcipne spojrzenie na świat, a także powtarzające się i u Smith, i u Agualusy pytanie o tożsamość, w tym przypadku: Portugalczyk czy Angolczyk? Kim jestem? Co decyduje o naszym pochodzeniu? Metryka czy miejsce, w którym żyjemy, narodowość rodziców czy my sami?

 „Podróżowanie to zapominanie”, napisał Agualusa. Czytanie to też zapominanie, na szczęście.

* O, właśnie zauważam, że w opisie na ostatecznie zredagowanej okładce pominięta została wzmianka o Zadie Smith. Szkoda.

José Eduardo Agualusa, Żony mojego ojca
przeł. Michał Lipszyc
Wyd. Znak, Kraków 2012

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Żony mojego ojca, José Eduardo Agualusa

  1. Opowieść „pisarza i jego dziewczyny” jest autentyczna. To kronika kręcenia filmu pod tym samym tytułem co książka, przez Karen Boswell – brytyjską dokumentalistkę. Której zresztą Agualusa dedykuje powieść. Ja nie jestem rozczarowana – książka jest dobra sama w sobie, bez porównywania jej do Kapuścińskiego, czy tym bardziej Marqueza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s