Audiobook – fałszywe czytanie?

Dawno, dawno temu zaczęłam słuchać audiobooka. Gottland Mariusza Szczygła. Bardzo dobra książka. Widać (?) to nawet po przesłuchaniu zaledwie kilku pierwszych rozdziałów. Jestem jej ciekawa. Słyszałam i czytałam o niej sporo dobrego. Na dodatek jej autor, okazjonalnie widywany we Wrzeniu świata, wydaje się taki przenikliwie sympatyczny. To cecha, którą bardzo cenię u ludzi, a zwłaszcza u reporterów. A jednak proces poznawania Gottlandu  wciąż trwa – i to trwa nadzwyczaj długo. Pytam więc: Where’s the poop?

Koncepcja audiobooka jest przemyślnie dopasowana do życia ludzi, którzy większość dnia spędzają poza domem, a dojazd do pracy pożera sporo ich wolnego czasu. Nie zawsze daje się czytać w autobusie, chyba że ktoś ma niezachwianą równowagę ciała bez konieczności trzymania się poręczy i w zakręty wchodzi harmonijnie z pojazdem, jakby od najmłodszych lat uprawiał windsurfing. Gdy więc brakuje miejsc siedzących lub takich, w których można się o coś w miarę stabilnie oprzeć, dla tych z nas, którzy chwieją się przy każdym gwałtowniejszym hamowaniu, audiobook może być czymś na kształt wybawienia.

Są też osoby, których praca polega na podróżowaniu. Tu znów sprawdza się audiobook. Lekki, pakowny i zagłuszający współpasażerów, gdy chce się ich zagłuszyć, np. gdy chrapią na miejscu obok. Ponoć można też słuchać książki biegając czy gotując obiad. Cóż, biegnąc koncentrują się na bieganiu (czytaj: na razie sapię przed pierwszą górką), a pyrkocące garnki zakłócają, moim zdaniem, odbiór. Pozostałe z tych okoliczności również mnie nie dotyczą. Pracuję w domu, przy kuchennym stole – biurko wprowadza niepotrzebną atmosferę autentycznej pracy – a jedyne podróże, jakie zazwyczaj odbywam w ciągu dnia, to po kawę kilka kroków dalej.

To dlaczego nie słucham go zwyczajnie po godzinach? Otóż, jak niedawno odkryłam, audiobook nie wpisuje się w moją koncepcję popołudniowego relaksu. A na dodatek uważam go za swego rodzaju oszustwo.

Odpoczynek? Cóż, gdy nadchodzi wreszcie czas wolny, chcę być maksymalnie skoncentrowana na jednej czynności. To mnie łagodzi. Może dziwnie to brzmi, ale po kilku godzinach ciągłego przenoszenia uwagi z jednej rzeczy na drugą (powiedzmy: z jednego klienta z jego sprawami na innego klienta z jego sprawami) mam ochotę skupić się tylko i wyłącznie na jednym zajęciu. W tym kontekście mówienie o książce, że jest schronieniem, nabiera dla mnie dodatkowego sensu. Wreszcie tylko jeden tekst. Szpalery literek. Akapity. Cisza i spokój.

Skoro zdradziłam już tę tajemnicę, uchylę rąbka następnej, z powodu której słuchanie audiobooka jest dla mnie nietrafione. Mam koleżankę, która może skupić się na oglądaniu filmu i pełnym jego odbiorze tylko w sali kinowej, inaczej się rozprasza. U siebie obserwuję podobny syndrom. Otóż wyłącznie słuchanie, siedząc i nie robiąc nic innego, nie widząc mówiącej osoby etc., męczy mnie. Musiałabym zająć ręce np. robieniem na drutach. I zdradzę Wam, że te rozdziały Gottlandu, jakie przeczytałam, „przedrutowałam” w tle. Tylko że powstał już sweter i nie chce mi się zaczynać nowego. W efekcie Gottland czeka. Dla mnie audiobook wymaga jakiegoś uzupełnienia w czynności komplementarnej i uwypuklającej samo słuchanie.

Nigdy nie mówiłam, że nie jestem dziwakiem.

Do tego dochodzi jeszcze aspekt oszustwa. Po przesłuchaniu tych kilku rozdziałów Gottlandu odnoszę wrażenie, że tylko liznęłam po powierzchni tę książkę. Jasne, jestem w stanie powiedzieć, o czym jest, wspomnieć poruszane tematy i główne wątki etc. Ale na myśl o tym, że miałabym po  t y l k o  wysłuchaniu jej pisać recenzję, włosy stają mi dęba (co dość zabawnie wygląda). Martwiłabym się, że na pewno sporo przegapiłam. Poza tym ufanie wyłącznie pamięci przy pisaniu tekstu o książce budzi moją nieufność. Ale tylko wobec siebie – bo czytanie cudzych recenzji napisanych na podstawie audiobooka w ogóle mi, oczywiście, nie przeszkadza.

Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że katastrofą, jaka przydarzy mi się na starość, nie będzie oślepnięcie. Audiobook jako jedyna czy nawet tylko dodatkowa możliwość poznawania książek to, przynajmniej teraz, zdecydowanie nie dla mnie.

A jakie są Wasze doświadczenia z audiobookami? Lubicie? Słuchacie?

 –

Za udostępnienie audiobooka Gottland Mariusza Szczygła bardzo dziękuję serwisowi audioteka.pl.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Audiobook – fałszywe czytanie?

  1. Słucham audiobooków tylko okazjonalnie i tylko jadąc samochodem (zaczynam nową książkę tylko wtedy, gdy wiem, że w najbliższym czasie będę musiał sporo jeździć – aby przerwy w słuchaniu nie były zbyt długie). Poza tym wybieram takie tytuły, które nie są zbyt obszerne i które wydają mi się dosyć łatwe do przyswojenia (a więc powieści i opowiadania o prostej fabule, żadne tam skomplikowane eseje, czy trudne klasyki). Tak się składa, że nie tak dawno słuchałem właśnie „Gottland” i uważam, że była to jedna z tych pozycji, które jak najbardziej nadają się do słuchania.

  2. Są dwie sytuacje, w których czytam uszami: samotny dwugodzinny (lub dłuższy) spacer z wózkiem w chłodne dni i dłuższy pobyt w kuchni (czytaj: organizowanie obiadu). Obie sytuacje nie pozwalają na tradycyjne czytanie, a jednocześnie zabierają sporo czasu. Dzięki temu, że słucham audiobooków, nie ograniaczam się tylko do oglądania drzew w parku i zerkania do garnków, z tego czasu spędzonego na dworze czy w kuchni, wynoszę coś jeszcze. Wieczorem przychodzi czas na tradycyjną lekturę, z której na pewno nie zrezygnuję. Są zresztą książki, których nie wyobrażam sobie poznawac inaczej niż w wersji papierowej.
    Myslałam, że nie polubię audiobooków, ale nie taki diabeł straszny…

  3. Wygrałem Zafona. Zacząłem słuchać w aucie, ale myśli uciekały gdzieś w bok i do góry, więc próbowałem się ratować powtórkami. Niestety mój samochodowy CD to strasznie toporne bydlę i musiałbym stawać, cuda wianki odczyniać, dałem spokój. Słuchałem więc na zasadzie „coś tam zawsze w ucho wpadnie” i podobnie jak Ty, zrąb niby jest, o czym to, bym opowiedział, ale jakoś tak … Za to uwielbiam słuchać dziecięcych audiobooków :)

  4. A ja właśnie słucham „Drwala” M.Witkowskiego. I mam mieszane uczucia.

    Brakuje mi mojej interpretacji w czytaniu. Jak byłam mała, uwielbiałam słuchowiska dla dzieci. Jednak jestem zdecydowanie wzrokowcem.

    Audiobooki są więc dla mnie taką formą dodatkową, po której czuję niedosyt. Ale to może być też kwestia przyzwyczajenia – czytam od kołyski.

    Z racji jednak sporych apetytów czytelniczych, objawiających się wciąż rosnącą listą książek, które chcą mnie poznać bliżej, przy jednoczesnym trybie życia i mnóstwie obowiązków audiobook to forma książki, którą, począwszy właśnie od „Drwala” wprowadzam jako stały element dwutorowego poznawania kolejnych pozycji z listy.

    Poza tym, potraktuję to jako ćwiczenie zmysłu, który traktowałam dotychczas trochę po macoszemu. pozdrawiam serdecznie Małgorzata

  5. Ja niestety mam podobnie. Jeśli nawet uda mi się skupić na słuchaniu (najczęściej w kuchni), to też mam wrażenie, że jestem gdzieś obok i że ślizgam się po powierzchni. Dla mnie słowa też muszą mieć formę wizualną, te wszystkie nasze ogonki, czy francuskie akcenty. No i kartki do przewracania. Ach to wstecznictwo! ;)

  6. @Snoopy, o samym Gottlandzie jako audiobooku nie będę się wypowiadać. mam zbyt zakłócony odbiór. ale wybierając go też myślałam, że świetnie się do tego nadaje. na pewno nie zdecydowałabym się na słuchanie bardzo długiej książki. ile trzeba by było jeździć, aby ją skończyć?

    @kultur-alnie, pewnie, że nie taki straszny. zwłaszcza gdy tylko się go słucha;) może zresztą kiedyś się jeszcze przekonam do audiobooków. zobaczymy.

    @Bazyl, coś tam w ucho wpadnie – dokładnie;) a z dziecięcymi audiobookami nie miałam jeszcze do czynienia.

    @Pokój książek, początkowo też podchodziłam do tego jak do ćwiczenia zaniedbywanego zmysłu. cóż, moje uszy preferują chyba inny rodzaj treningu. a co do samego Drwala – czekam na recenzję w Pokoju książek.

    @czara, otóż to: te ogonki, sekret tkwi w ogonkach!;) zabawnie to brzmi, ale dotyka sedna. słowo zapisane ma znacznie silniejszą wymowę (a nawet: wydźwięk).

    1. Z dziecięcymi mam o tyle łatwiej, że po x odsłuchów, te cosie wpadające w ucho składają się ładnie w całość i voila, można się cieszyć audioksiążką :P

  7. Ja od niedawna wsiąknęłam w audiobooki całkowicie. To znaczy, może nie całkowicie, bo siedząc w domu, wybieram jednak nadal tę formę tradycyjną, która zawsze będzie dla mnie najlepsza, ale już w drodze na czy z uczelni, w tramwaju, na spacerze, jest mi tak fajnie, że mogę sobie założyć słuchawki i słuchać książki. I niepotrzebne mi do tego wolne ręce, mogą się na mnie w tym tramwaju pchać, mogą mnie ściskać jak sardynkę, a ja i tak „czytam”. Z tym, że faktycznie wybieram do słuchania te lżejsze rzeczy, a druga sprawa, że zanim zdecyduję się na jakiegoś audiobooka, to muszę sobie poprzesłuchiwać fragmenty, czasem nawet kilkakrotnie, sprawdzić lektorów i wybrać tego, który najbardziej mi pasuje. Bo zły lektor potrafi niestety zepsuć wszystko…

  8. Słuchałam „Lubiewo” Witkowskiego i przyznam, że wersja papierowa nie ma tego uroku co wersja czytana przez autora. Dla mnie to jest już tylko wysłuchana książka i nie przyjmuję jej w innej postaci.
    Osobiście lubię słuchać, gdy ktoś czyta. Chyba ma to jakiś związek z ludową tradycją opowiadania historii. W moim domu nie było telewizora i gdy byliśmy dziećmi rodzice wyświetlali nam bajki z projektora, a liczni dziadkowie-wujkowie opowiadali historie z czasów wojny i powojennych, a koleżanki mamy z czasów ich młodości, więc taka forma zdecydowanie do mnie przemawia.
    Ale mam podobne wrażenie, że książka wysłuchana nie zalicza się do przeczytanych. Mam wrażenie jakbym poświęciła jej mnie uwagi i zostaje mi w głowie mniej treści i nie pamiętam żadnych „złotych myśli” inaczej niż w przypadku, gdy czytam.

  9. @izusr, zły lektor faktycznie może wszystko popsuć. hm, może trafiłam na złego (wilka złego)?

    @Krystyna Podłoga, w sumie też lubię słuchać, gdy ktoś mi czyta. ale to już jest dla mnie inna sytuacja, bardziej intymna, gdy osoba, która czyta, jest w tym samym pokoju co ja, i czyta mi, sobie i mnie, na głos. w audiobooku właśnie brakuje mi tej dodatkowej oprawy tego typu.
    a audiobook czytany przez autora to może już być zupełnie inna para kaloszy. ale nadal „czuję” to tylko we fragmentach – np. w krótkich partiach na antenie radia. pamiętam, że przed gwiazdką dobrze się słuchało Dzienników kołymskich w Trójce, czytanych przez Jacka Hugo-Badera.

  10. Możliwe. Mnie się dobrze słuchało Renaty Dancewicz, Tomasza Jachimka (i to była jeszcze interpretacja własnej książki, więc wrażenie tym większe ;)), a teraz słucham Zielińskiej i też ma bardzo przyjemny głos. Ale to wszystko zależy od własnych upodobań, więc słuchanie fragmentów przez pobraniem audiobooka to dla mnie podstawa :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s