Miało być o bieganiu

Piszę tekst o duecie „bieganie i literatura” dla portalu LubimyCzytać.pl, dla którego od czasu do czasu przygotowuję teraz felietony, no cóż, samokrytycznie i przezornie dodam: tzw. felietony. Tak szczęśliwie się składa, że jestem w Poznaniu (czytaj: w odległości metra od mojego regału), więc mam autentyczne, solidne zaplecze książkowe, które mogę wykorzystać w opracowywaniu tekstu. Ale właściwie skończyłam tam, gdzie zaczęłam, bo jako pierwszą książkę ściągnęłam z półki What I Talk About When I Talk About Running Haruki Murakamiego i się wciągnęłam. Tak, tak, dość oczywisty i tendencyjny wybór, przyznaję, jestem skruszona i przepraszam.

Murakami miał mnie zainspirować. I to mu się udało. Przy czym nie tyle podrzucił mi kilka pomysłów do artykułu dla LC, co przypomniał o zapomnianych już zwyczajach związanych z książkami, jakie miałam czy – precyzyjniej – mieliśmy kiedyś z Tomkiem.

Tę książkę Murakamiego czytaliśmy oboje, gdy mieszkaliśmy w Lizbonie. Obliczam względnie szybko: 3 lata temu. Niedługo po tym, jak zaczęłam prowadzić ten blog. Wydaje się, że szmat czasu temu, ale tak naprawdę przecież bardzo niedawno. A jednak – wiele się zmieniło. I na przykład teraz ze zdziwieniem przyglądam się naszym dialogom, jakie ze sobą wiedliśmy na marginesach czytanych wtedy, w Portugalii książek. Bazgrolonym w dwóch różnych kolorach, jakby trudnym mogło być dla nas kiedyś rozróżnienie swoich charakterów pisma. Zdaje się, że mieliśmy na to wtedy inne usprawiedliwienie. Dziś, jak tamten zwyczaj, zapomniane.

Pewnie właśnie w tych zapiskach miała swój początek drwiąca uwaga jednego z naszych przyjaciół, który uspokajał mnie i jeszcze kogoś, że nie mamy się czego wstydzić, bo nasze książkowe komentarze są na podobnym poziomie.

Cokolwiek miał na myśli ten drogi przyjaciel, mylił się.

W miejsce tych dawnych, nieraz ciągnących się przez kilka-kilkanaście centymetrów komentarzy i skojarzeń, jakie przywołała fabuła czy użyte słowo, dziś – pustki. Co najwyżej bezosobowe kropki, które rysuję przy akapicie, kiedy planuję wykorzystać zaznaczone słowa jako cytat w publikowanych tu recenzjach. Czasem pojedynczy, lakoniczny wyraz, który ma otworzyć jakąś furtkę, pewne znaczenie, kiedy następnym razem będę mieć do czynienia z daną książką. Czasem jeszcze, coraz rzadziej, zdarza się prawdziwie ekstrawertyczny akt: porozumiewawczy uśmiech do Magdy. Słowem: bieda.

A może większy szacunek dla drukowanych stron.

A może myśl o kolejnych czytelnikach, którzy mogą się przecież każdej posiadanej przeze mnie książce przydarzyć, jeśli tylko trafi się zainteresowany. Może nieśmiałość zatem. Tym dziwniejsza, że przede wszystkim, nadal, względem milczącej, cierpliwej książki.

A co Wy myślicie o pisaniu po książkach, zaznaczaniu fragmentów, podkreślaniu, wszelkich marginaliach? Jakie jest Wasze wobec nich stanowisko? Jesteście przeciwko i musztrujecie bezecnych niszczycieli czy akceptujecie i aktywnie uczestniczycie w tym, jako się rzekło, bezecnym procederze?

PS A u readeatslipa taki cytat.  „Pisanie na marginesie to znak idealnego czytelnika” (Alberto Manguel, Notatki do definicji idealnego czytelnika). Pierwszy głos w dyskusji?

Reklamy

9 uwag do wpisu “Miało być o bieganiu

  1. Ja nie mam sumienia pisać po książkach :) czytam zawsze z notesikiem i tam zapisuję spostrzeżenia czy pytania, które mi się nasuną. Czasem przyklejam zakładki indeksujące. Nie lubię bezcześcić książek. Swoja drogą, czasem sprzedaję te przeczytane pozycje (regał, niestety, nie rozciąga się :)), a łatwiej sprzedać książkę w stanie idealnym.

  2. Nie przeszkadza mi to, aczkolwiek sam z reguły nic nie dodaję. Często tego żałuję, ale jakoś tak się składa raz za razem, że nie mam czym, nie mam jak, albo nie chcę sobie przerywać :)
    Ciekawy dwugłos U Eco i J-C Carriere w „Nie myśl, że książki znikną” w tym temacie. Mówią o tym, że bardzo lubią informacje na marginesach; że dzięki nim nawiązuje się nowy poziom swoistego kontaktu: między czytelnikiem a czytelnikiem. Nie pamiętam już dokładnie, co powiedzieli (heh, brak notatek, brak podkreśleń), ale ich wytłumaczenia odnośnie tego kontaktu chwilami zdawały się być metafizyczne. Nie wiem, może się popisywali? :) A może wynikało to z faktu, że często mówili o swoich inkunabułach z XV wieku .

  3. lubię o tym:) bazgrzę i mam system znaków sobie wiadomych, muszę bazgrać i wykrzykiwać od razu, zanim dojdzie do tzw.rozmowy, bo może nie dojść, przejść gdzies dalej; czasem bazgrzę na ten sam temat w czytaniach równoległych i niestety nigdzie sobie nie piszę, że ogon tej części jest tam i tam, marginesy innych osób chciałabym znać równie bardzo jak resztę książki, taka biblioteczna ksiązka, której strasznie boję się czytać, aby nie zostawić śladów, wydaje mi się biedna i zmarginalizowana:)
    no i tak jak piszesz, może się przy okazji przypomnieć Lizbona… lub mniejsza tratwa.. mój Murakami o bieganiu jest dziwnie mało pozabazgrywany, widzę…

  4. Od pewnego czasu zacząłem coraz więcej mazać na marginesach, pisać jakieś streszczenia na wolnych kartkach, szmuc tytułach (ale wszystko ołówkiem); do tego jeszcze skomplikowany (czyt.: przypadkowy) system kolorowych, samoprzylepnych karteczek, którymi zaznaczam co ciekawsze (dla mnie) fragmenty. Czasem faktycznie wstyd, jak się wraca po latach do tych notatek ;)

  5. Czytam z ołówkiem w ręku. Notesiki to dla mnie zbędne zawracanie sobie głowy, karteczki też, poza tym, ja czytam wszędzie, raz w domu, raz w autobusie, raz na korytarzu, czekając, aż Dziecię z klasy wyjdzie. Każda minuta dobra, by poczytać, a im mniej gadżetów, tym wygodniej. Zatem piszę, tak. Czasem pełne zdania: gdym poirytowana zdaniem autora lub gdy myśl jakaś mnie uderzy. Czasem tylko podkreślę, linią poziomą lub pionową, gdy fragment dłuższy. A czasem – bywa i tak – szlag mnie trafia i uparcie poprawiam błędy, tak merytoryczne, jak i gramatyczno-stylistyczne.

    Nie uważam, bym bezcześciła książki, pisząc na nich drobne uwagi. Bezcześciłabym, brudząc je masłem przy śniadaniu, rzucając nimi, traktując jako podkładki. Albo trzymając na półce, wiedząc, że nigdy do nich nie zajrzę. Książka musi żyć, musi być czytana, a notatki – to tylko dowód, że czytelnik wchodzi z autorem w dialog. I o to chodzi.

  6. @Poczytajka: z pewnością łatwiej się sprzedaje książki bez pokreśleń, ale jeszcze nie zdarzyło mi się żadnej sprzedać (mój regał jeszcze potrafi się rozrastać, pewnie dlatego ;) )

    @rzeczyc: taki kontakt via marginalia z czytelnikami, którzy już nie żyją od ponad 500 lat, faktycznie wydaje się dość metafizyczny; ale w sumie – tym ciekawszy. Co czytelnik ówczesny myślał czytając, a co myślą oni teraz – taki dialog, który nie mógłby się inaczej rozegrać. Podoba mi się taka idea.

    @signe: chciałabym w takim razie pożyczyć od Ciebie książkę;) te ślepe uliczki – komentarze między jedną książką a drugą i przepływanie myśli pomiędzy nimi – urzekające. później znajduje ktoś postronny taki komentarz, ni przypiął, ni przyłatał i książka zyskuje drugie dno, jakąś podskórną historię.
    A Murakami sam w sobie dziś nie wydaje mi się szczególnie dobry do kreślenia po i komentowania, ale my, kiedyś, czytając, często płynęliśmy w zupełnie inne strony niż Haruki w tych naszych zapiskach, ta tratwa dryfowała bardzo swobodnie.

    @readeatslip: o, to zmiany. Pamiętam, że kiedyś byłeś przeciwny notowaniu w książkach, taki wpis/cytat u Ciebie kojarzę. Sprzed może roku?:) A system kartek, fiszek i luźnych zapisków wetkniętych w książkę podobnie praktykuję. O szukaniu tytułów (z ołówkiem w ręku) w trakcie czytania nawet nie wspominam;)

    @litera: W pełni się zgadzam z Twoją koncepcją bezczeszczenia. Okruszki, ślady po jedzeniu i inne zniszczenia – to właśnie jest złe traktowanie książki. Obawiam się jednak, że niektóre niestety bezczeszczę w ten drugi wskazany przez Ciebie sposób: trzymam je na regale (dostałam w prezencie, np.) i wiem, że nie przeczytam. Uwolnić je? Ale czy to nie byłoby nieuprzejme wobec ofiarodawców? Lepiej być wspaniałomyślnym wobec książki czy wobec ludzi? – aż chce mi się teraz zażartować (cokolwiek smętnie).

  7. wiesz, ja tego Murakamiego prawie znowu przeczytałam, zyskał to drugie dno, bo jednocześnie wyjęły mi się „Wszystkie boże dzieci…”
    pożyczać ode mnie trudno, bo ze zdumieniem widzę, że co się ode mnie oddala, od razu staje się potrzebne akurat teraz i to ze straszną siłą, więc pożyczanie zdarza się rzadko, ale się zdarza:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s