Fotografie: totemy spraw. Widok cudzego cierpienia, Susan Sontag

Widok cudzego cierpienia to uzupełnienie napisanej 26 lat wcześniej  książki O fotografii. Susan Sontag koncentruje się w nim na znaczeniu zdjęć wojennych i celach, jaki mają we współczesnym, zalanym mniej lub bardziej wstrząsającymi obrazami świecie. Widać, że pomiędzy obiema publikacjami upłynęło ponad ćwierć wieku: eseistka wiele postawionych przez siebie wcześniej tez zweryfikowała i w nowszej książce nie raz im zaprzecza, wchodząc w polemikę sama z sobą.

Susan Sontag przygląda się, jak zmieniało się znaczenie fotografii przez ostatnie lata. Na początku, o którym pisała w O fotografii, była to sztuka ekskluzywna. Skomplikowany proces robienia zdjęć, a następnie ich wywoływania wielu odstraszał na równi z wygórowaną ceną za sprzęt. W miarę jak fotografowanie upowszechniało się jako rozrywka dla każdego, przestawało być jedynie sztuką – a przez to że oddawało pole nie-profesjonalistom, nie-fotoreporterom,  stopniowo traciło na znaczeniu. Jednak nie do końca, bo dobre zdjęcie nadal działa, nadal się je docenia. Wciąż potrafi być stopklatką, obrazem „przywołującym w myśli opowieść” (s. 107). W dalszym ciągu sprawia, że „wydarzenie staje się rzeczywiste – dla ludzi będących gdzie indziej, którzy oglądają je jako news” (s. 30). Dlaczego?

„Nieprzerwany potok obrazów (telewizja, streaming video, filmy) zalewa nasze otoczenie, ale to fotografia najmocniej wbija się w pamięć. Pamięć działa na zasadzie stopklatki; jej podstawową jednostką jest pojedynczy obraz. (…) Fotografia jest jak cytat, jak maksyma albo przysłowie” (s. 30-31).

Ponadto „fotografie obiektywizują: zamieniają wydarzenie albo osobę w coś, co można posiadać. Stanowią odmianę alchemii, mimo że ceni się je jako przejrzyste sprawozdanie z rzeczywistości” (s. 98). I jeszcze: „zdjęcia wytyczają szlaki odniesień, służą jako totemy spraw: sentymenty łatwiej krystalizują się wokół fotografii niż sloganu. Zdjęcia pomagają też budować – i rewidować – nasze poczucie odległej przeszłości, której pośmiertne niespodzianki szokują, gdy w obiegu znajdą się nieznane dotąd fotografie” (s. 103).

To ostatnie dotyczy zwłaszcza zdjęć wojen. Śmierć i zgliszcza, jakie po sobie zostawiają konflikty zbrojne, upamiętnione na fotografii, mają jednocześnie być dowodem na to, co się stało, i argumentem za tym, by zaprzestać prowadzenia wojen w ogóle. Sontag zastanawia się jednak, co z fotografiami, które manipulują faktami i emocjami; co ze zdjęciami zainscenizowanymi przez fotografa. Czy należy im wierzyć? Przywiązywać się do znaczeń, jakie im przypisano? Wszakże to samo zdjęcie rozstrzelanego ciała opatrzone innym podpisem może nabrać zupełnie innego sensu.

„Język potoczny utrwala różnicę miedzy ręcznie malowanymi obrazami, takimi jak dzieła Goi, a fotografiami, gdyż mówi się, że artyści „tworzą” rysunki i obrazy, podczas gdy fotografowie „robią zdjęcia”. Jednak obraz fotograficzny, nawet jeśli jest śladem (a nie konstrukcją złożoną z różnych śladów fotograficznych), nie może być po prostu przejrzystym odbiciem czegoś, co się wydarzyło. Zawsze jest obrazem przez kogoś wybranym. Robić zdjęcia to ujmować w ramy, a ujmować w ramy – to wykluczać. Co więcej, manipulowanie zdjęciami daleko wyprzedza erę fotografii cyfrowej i sztuczki z użyciem Photoshopa. Fotografowie zawsze mogli przedstawiać nieprawdziwie. Obraz malarski albo rysunek uznajemy za fałszerstwo, gdy się okaże, że nie stworzył go artysta, któremu go przypisywano. Fotografię – albo dokument filmowy w telewizji lub Internecie – uznajemy za fałszerstwo, gdy się okaże, że oszukuje widza w scenach, które rzekomo przedstawia” (s. 58).

Istotną kwestią – zapowiadaną już przez tytuł książki – jest dla Sontag cierpienie widoczne na fotografii. Eseistka zdaje się uważać tak jak cytowany przez nią Edmund Burke, że ludzie lubią oglądać obrazy cudzego cierpienia. „Jestem przekonany, że czerpiemy pewną przyjemność, i to niemałą, z widoku prawdziwej niedoli i cierpienia innych – napisał w A Philosophical Enquiry into the Origin of Our Ideas of the Sublime and Beautiful (…) – Nie ma widoku, za którym bardziej byśmy równie ochoczo gonili, jak za widokiem niezwykłego i wielkiego nieszczęścia” (s. 117).

Nie tylko więc wojenne fotografie i obrazy udręki drugiej osoby, zwłaszcza pochodzącej z odległego miejsca, nie budzą w nas rzekomo współczucia ani litości, lecz ciekawość, a na pewnym poziomie radość: z tego że to cierpienie nie jest naszym udziałem, że jest dalekie i jako takie nas nie dotyczy. Dziś jednak trudno powiedzieć, abyśmy gonili za obrazami cudzego nieszczęścia – jeśli pozostać przy gonitwie jako metaforze, to właściwiej byłoby powiedzieć, że obrazy ścigają nas. Stąd ta skryta  „przyjemność” z cierpienia innych, obcych, przybiera teraz inną postać i pozwala nam na usprawiedliwiający brak zainteresowania cudzym losem, przełączenie kanału w telewizji, opuszczenie nieinteresującej strony internetowej. Nasze znieczulenie bierze się jednak nie z tego, że jesteśmy potworami, pisze Sontag, lecz wskutek działania mediów, które nasycają nas obrazami i rozcieńczają w ten sposób swój przekaz.

„Jako przedmioty kontemplacji obrazy okrucieństw mogą zaspokajać różne, całkiem odmienne potrzeby. Pomagają zbroić się przeciwko słabości. Znieczulają. Każą uznać istnienie nienaprawialnego” (s. 118).

Pisząc O fotografii Sontag wierzyła, że rozwiązaniem może być „ekologia obrazów” – ograniczenie ich liczby w prasie i telewizji, umiejętne ich wydzielanie, aby nie prowadzić do przesytu. W Widoku cudzego cierpienia już tej wiary nie podziela. Nie sposób czegoś podobnego osiągnąć w „społeczeństwie spektaklu”, jakim jesteśmy. Pociesza nas jednak, że to, „że nie zwaliły nas z nóg, że   n i e  d o ś ć  cierpimy, oglądając te obrazy, nie świadczy o naszym upośledzeniu” (s. 138).

Widok cudzego cierpienia to świadectwo rozwoju Sontag jako eseistki – jej pisanie jest jeszcze bardziej wycyzelowane niż zapamiętałam z O fotografii – ale też zapis zmian, jakie zaszły w technologii i mediach od roku 1977, kiedy spisywała swoje pierwsze spostrzeżenia dotyczące zdjęć, do 2003 roku, gdy opublikowała kontynuację swoich przemyśleń. Obie te kwestie są powodami równej wagi dla tego, by zapoznać się z tymi dwoma książkami.

Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia (oryg. Regarding the Pain of Others)
przeł. Sławomir Magala
wyd. Karakter, Kraków 2010

Reklamy

11 myśli na temat “Fotografie: totemy spraw. Widok cudzego cierpienia, Susan Sontag

    1. a teraz już nie chcesz? mam nadzieję, że wpleciesz.
      czytam teraz „wojnę i wojnę” László Krasznahorkaiego i też w kilku miejscach uderzające nawiązania. raczej niezamierzone.

  1. Dość przewidywalnie – lubię to :) Tylko nie zgadzam się, że „W miarę jak fotografowanie upowszechniało się jako rozrywka dla każdego, przestawało być jedynie sztuką”, bo z fotografią jako sztuką od początku był problem. Najpierw się malarze obrazili, że co ta sztuka nacisnąć migawkę, potem się zrobiła czymś instrumentalnym, używanym zawsze, wszędzie i przez każdego (reportaż, turystyka itd., więc co to za sztuka), teraz się kłócą zwolennicy fotografii analogowej z cyfrową – wg tych pierwszych fotografia cyfrowa w ogóle nie jest fotografią (a co dopiero sztuką). No i faktycznie mamy taki zalew obrazów, że o ekskluzywności można zapomnieć – przypomniałem sobie tę instalację Erika Kesselsa, na którą się składa ponad milion zdjęć wydrukowanych z Flickra, Fejsa i skąd tam jeszcze:
    http://www.bbc.co.uk/news/entertainment-arts-15756616

    1. Nieprzewidywalność pozostawiam innym – i też to lubię :)
      W cytowanym przez Ciebie fragmencie właściwie też się z sobą nie zgadzam. Tzn. mam świadomość uproszczenia, jakiego tam nadużyłam. Pamiętam o antagonizmie malarze-fotografowie, ale celowo o nim nie wspomniałam, aby nie odchodzić zanadto od tematu. Poza tym wydaje mi się, mimo wszystko, że fotografia była kiedyś szerzej uznawana za gałąź sztuki niż teraz, w wielkich chwilach aparatów cyfrowych. Może nie u jej początków, ale w pierwszej połowie XX wieku.
      Zresztą może mylę się w tych odczuciach.
      Dzięki za link do E. Kesselsa – bardzo mi z nim dziś po drodze.

  2. widze, ze sontag skupila sie glównie na interakcji: fotografia-czlowiek, pozostawiajac gdzies fotografie jako taka. a fotografia – w odróznieniu od hologramu – to odwzorowanie 3-wymiarowej przestrzeni na plaszczyzne czyli w 2D. co juz samo z siebie te rzeczywistosc deformuje

    harvardzki psycholog steven pinker nie zgadza sie z teza, ze mamy z natury sadystyczne sklonnosci i ból innych sprawia nam przyrodzona przyjemnosc. uwaza natomiast, iz sa jednostki, kt przechodza granice i kt po jakims czasie zachowania sadystyczne czy ich oglad zaczyna sprawiac coraz wieksza przyjemnosc. czyli: znaj proporcja, mocium panie

    1. faktycznie, z tego co pamiętam po lekturze „Widoku cudzego cierpienia” wyłącznie skupiła się w nim na relacji człowiek-fotografia. nie posądzałabym jednak Sontag o zaniedbanie samej kwestii przestrzeni w obrazie – zdaje się, że pisała o tym szerzej we wcześniejszej książce, w „O fotografii”.

      a propos poglądów S. Pinkera: Sontag również pisała o proporcji. z tym że bardziej w kontekście wyborów tego, co wypada pokazać, a co lepiej ukryć przed szerszą publicznością. takie dawkowanie cierpienia na obrazkach.
      właściwie tej kwestii proporcji i zasad, ile cierpienia można pokazać, aby to nie był sadyzm, poświęciła Sontag sporo stron, rozważając jak postępowano kiedyś (np. dawniej zdjęcia zabitych nie mogły pokazywać ich twarzy), a jak wygląda to teraz (kiedy już w sumie nie ma takich ograniczeń).

      1. masz racje – nie czytalam nic sontag o fotografii (a sie wypowiadam), widzialam tylko program dokumentalny o niej. moze jeszcze siegne – ale zrazilam sie do niej po „w ameryce”

        jezeli moge sie wlaczyc w dyskusje „czy fotografia j uznana sztuka” – paradoksalnie chyba od niedawna faktycznie j. w stanach kolekcjonuja stare fotografie, do czego przyczynil sie m.in. mój ulubieniec, piekny sam wagstaff. nie pamietam znanych i „drogich” nazwisk – ale szwedzko-amerykanski john anderson, kt robil zdjecia siuksom zostal teraz doceniony

        1. „W Ameryce” też nie wspominam najlepiej (mówiąc delikatnie), ale nie warto się zrażać. moim zdaniem, Sontag jest znacznie (znacznie) lepszą eseistką niż powieściopisarką. ciekawe, jak osoba tak precyzyjna w eseju może być tak egzaltowana, gdy opiera się na wyobraźni.

          a pana od Siuksów zaraz sobie przegoogluję. znowu mi do czegoś pasuje.

  3. Susan Sontag od bardzo dawna mnie ciekawiła: uczyłam się o niej na historii fotografii, ale jakoś nigdy nie zagłębiałam w to, co ma do przekazania i jak widzi fotografię samą w sobie, jako sztukę (a może wręcz coś odwrotnego?)
    Dziękuję za przypomnienie o niej i podarowanie tytułu, po który na pewno sięgnę :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    [http://biblioteczka-pandorci.blogspot.com/]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s