Dziennik z wysp Aran i z innych miejsc, Nicolas Bouvier

„Jeśli nie pozwalamy, aby podróż trochę nas oszpeciła, to lepiej zostać w domu”, pisze Nicolas Bouvier w Dzienniku z wysp Aran i z innych miejsc. I jadąc do Irlandii, Korei i Chin, które opisuje w tej książce, jest wierny tym słowom: pozostaje obojętny na choroby, wyniszczającą go gorączkę i bezsenność, możliwość zranienia się czy (w bardziej frenetyczne dni na wyspach Aran) ryzyko śmierci. Wszystko po to, by pełniej odczuć podróż i specyfikę danego miejsca, lepiej poznać siebie czy, jak pisze, „stworzyć jeszcze jedną szansę tym próbom ucieczki do przodu lub do tyłu”.

Wyspy Aran, Irlandia

Nicolas Bouvier otrzymuje zlecenie na wykonanie zdjęć na wyspach Aran. Zabiera aparat i kilka niezbędnych rzeczy i dociera na miejsce z kilkoma przesiadkami lotniczymi. Nie raz lot trwa krócej niż 5 minut. Inny sposób na przemieszczanie się między tymi trzema położonymi u zachodnich wybrzeży Irlandii wyspami to płynięcie promem. Lecz teraz jest luty (1985) i promy nie kursują. Lot jest jedyną możliwością.

Zaraz po przybyciu Bouvier lokuje się w pustym o tej porze roku hotelu. Swoim przybyciem wywołuje zdziwienie u miejscowych. Właściciel hotelu wielokrotnie podkreśla, że teraz nic tu nie ma, latem są kwiaty, ale teraz – nic. Przez cały pobyt Bouvier musi znosić więc podejrzliwe spojrzenia. Nikt mu nie wierzy, że ma zrobić zdjęcia pejzaży właśnie teraz, gdy przecież jest zima, wieje porywisty wiatr i nie ma kwiatów, szaro, nic nie ma.

Lecz Bouvierowi podoba się, że „nic” nie ma. W to „nic” od początku wątpi. Godzinami włóczy się po wyspie, niebezpiecznie często i blisko podchodząc do ostrych klifów, które są granicami wszystkich trzech wysp. Od pierwszych dni spala go gorączka, która zabija sen i psuje apetyt. Jest kryzysowo przemęczony. Im bardziej jednak opada z sił, tym więcej chodzi i widzi.

„Powietrze tej irlandzkiej wyspy łączy w sobie zalety szampana, kokainy, kofeiny, miłosnych porywów, a biuro usług turystycznych pomija je w swoich prospektach” (s. 38).

Im lżej, pomimo choroby, oddycha mu się tym upojnym powietrzem, tym lepiej wczuwa się w atmosferę tego miejsca. Z ciekawością wysłuchuje starszego mężczyzny, wujka właściciela hotelu, który pomiędzy jedną a drugą drzemką dzieli się z nim swoimi przemyśleniami czy lokalnymi historiami. Również tymi o magii i rzucaniu uroków i o tym, jak się przed nimi chronić.

Pusan, Heinsa, Wyspa Dzedzu – Halla-san, Korea

Bouvier przyjeżdża do Korei w 1970 roku, by wejść na Halla-san – wulkan, którego wybuch stworzył przed wiekami wyspę Dzedzu, dzięki któremu to tysiąc dwieście metrów kwadratowych lądu wynurzyło się spod wody wśród „kłębów pary, siarki, magmy, bombardując niebo z nieprzyzwoitym rykiem rozpalonymi odłamkami skały” (s.105).

W tej części Dziennika z wysp Aran… pisarz relację o swojej podróży przez Koreę, a w szczególności o wędrówce przez wyspę Dzedzu, łączy z obszernymi fragmentami dotyczącymi historii tego kraju. Z 1970 roku przenosi nas do 1628, kiedy

„wszędzie można spotkać konie na wolności, władzę częściowo sprawuje społeczność kobiet, które nurkują na głębokość dwudziestu metrów po ostrygi perłowe lub muszle i uprawiają magię” (s. 107).

Wspinając się na Halla-san zapada na zdrowiu. Zatrucie żołądkowe całkiem go wypłukuje z sił, w efekcie z podróży wraca znów wyczerpany i wychudzony. Kto jednak nie pozwala podróży się oszpecić, ten niech lepiej zostanie w domu.

Pomimo zmęczenia – a może dzięki niemu – uważnie przygląda się spotkanym ludziom. Tak charakteryzuje Koreańczyków:

 „(…) z byle powodu toną w łzach. Po chwili o wszystkim zapominają; świat odzyskuje równowagę. Paplają wtedy z sąsiadami (…). Aczkolwiek, uśmiechając się, powiadomią cię o śmierci swego ojca i są twardzi jak głaz, jakaś fraszka, elegijne wspomnienie nieszczęśliwej miłości lub księżyca w nowiu rzuca ich na kolana. Dwadzieścia wieków rygorystycznego konfucjanizmu utwardziło ich i usztywniło, nie zmieniając jednak dogłębnie ich natury. Impulsywny, romantyczny, kuglarski, uczuciowy naród, który rozczula byle głupstwo, ale od razu bierze się w garść: gdy tylko łzy obeschną, Koreańczycy niezwłocznie przystępują do nowych dzieł. Kto przyjeżdża z Japonii, musi się przyzwyczaić do tej zmienności nastrojów, której zresztą wcale się nie wstydzą. Nunmulde opnym saram (człowiek, który nie umie płakać) nie wzbudza ich zaufania, to człowiek o złym sercu, innymi słowy: nicpoń. I z pewnością nie dlatego, że brak im wigoru: żaden azjatycki lud nie przeżył tak okrutnej wojny, zachowując tyle energii i zapału. To dlatego, że płacząc rozładowują się jak drętwy elektryczne lub niektóre węgorze. Dość spojrzeć, jakie mają potem dziarskie i rozradowane miny ” (s. 104).

Xian, Chiny

Chińskie miasto Xian, które „mgłę darzy większym szacunkiem niż błękitne niebo”, Nicolas Bouvier zwiedza z przewodnikiem. I choć opisuje samo miejsce w charakterystycznym dla siebie stylu łączącym impresje z historią, najwięcej uwagi poświęca mężczyźnie, który oprowadza go po zabytkach. Od pierwszych zdań robi z niego głównego bohatera tekstu. Ten niski, muskularny jak dżudoka mężczyzna lapidarnie oświadcza pisarzowi na początku znajomości, że chciał zostać historykiem, zawód przewodnika w ogóle mu nie odpowiada, a do jego wykonywania skłoniły go, cytując, „o-ko-li-czno-ści-na-tu-ry-ży-cio-wej”.

Zwiedzając Xian pod jego opieką Bouvier przejmuje optykę przewodnika i wraz z nim, z pewnym zaciekawionym dystansem, obserwuje te Chiny codzienne i zwyczajne, „breughlowskie Chiny”, w „szarfach mgły”, nie bacząc specjalnie na zwiedzane pagody. Wyższą ostrość ustawia na mijane targi czy traktorzystę, który nie chce przepuścić jadącego szybciej autobusu. Czyli bardziej atmosfera niż cokolwiek innego.

Krótko podsumowując – bo niezamierzenie się rozpisałam – w Dzienniku z wysp Aran… najciekawsze są dwie ostatnie części, te poświęcone Korei i Chinom. Wypełniająca połowę książki relacja z irlandzkich wysp Aran jest momentami monotonna; chwilami zdaje się, że Bouvier zaraża nas swoją gorączką. By odzyskać trzeźwe spojrzenie, porzuca się tę lekturę i wraca do niej, licząc na szybkie przeniesienie do Azji. Które na szczęście w końcu następuje i jest wybawieniem, zarówno dla pisarza, jak i czytającego.

Nicolas Bouvier, Dziennik z wysp Aran i z innych miejsc. Kartki z podróży
przeł. Krystyna Arustowicz
wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2000

Reklamy

2 myśli na temat “Dziennik z wysp Aran i z innych miejsc, Nicolas Bouvier

  1. Wspaniale, że napisałaś o tej książce…Nicolas Bouvier to jeden z najciekawszych pisarzy podróżników. Kiedyś czytałam ją po francusku i podczas pobytu w Irlandii dotarłam do wysp Aran, ale tylko na kilka godzin, a żeby rzeczywiście wejść w klimat, trzeba chyba tam pozostać kilka tygodni a najlepiej miesięcy…Pasjonujące opisy Korei i Chin, tam jeszcze nie byłam.

  2. Aż żałuję, że go dopiero teraz odkryłam (czy uczciwiej stawiając sprawę: odkryto go przede mną i to od razu w trzech tomikach). Na wyspach Aran chyba faktycznie należałoby pobyć kilka tygodni. Z chęcią spędziłabym tam lato (lato w swetrze) – takie wywiane skrawki lądu, gdzie dalej nic, tylko woda, mocno mnie pociągają.
    A o wyprawie do Korei i Chin nawet nie wspomnę. Zresztą może kiedyś się uda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s