Doświadczenie vintage, a nawet hardcore. Mapa i terytorium, Michel Houellebecq

 „Świat jest byle jaki”.

„Ludzkie życie to zazwyczaj nic takiego, sprowadza się do ograniczonego ciągu wydarzeń”.

„Prawdę mówiąc, nie miał żadnych szczególnych spraw do Boga, przynajmniej nie w tej chwili”.

„W sumie grzejnik był jego najdawniejszym towarzyszem”.

 

1.

Właściwie najnowszą książkę Michela Houellebecqa Mapa i terytorium można by było streścić w formie tych czterech zdań. Ich pesymistyczna wymowa i obywająca się nawet bez żalu ostatnia konstatacja gładko wprowadzają w nastrój, który dominuje w tej powieści – głęboki smutek, melancholia, depresja. Jeśli jednak jest to w przeważającej mierze ta ostatnia, to w specyficznym wydaniu o łagodnym przebiegu: w dołek wpada się stopniowo, a jego dno jest miękkie, puchowe, wygłuszone. Te słowa zresztą dobrze opisują całą książkę, w której mimo wszechogarniającego przygnębienia, obserwuje się wszystko jakby z dystansu, patrząc poprzez zmiękczający każde wydarzenie filtr.

Smutek jest tak czysty i miękki, że zaciera wszelkie kanty.

Trudno zresztą o ostrość czegokolwiek w bezpiecznym świecie Jeda Martina. Pochodzący z zamożnej rodziny, wyposażony w wykształcenie i wygodne mieszkanie, szybko zaczyna, niemal wbrew sobie, świecić triumfy w świecie sztuki. Najpierw jako fotograf map i przedmiotów, a później malarz-portrecista ich wytwórców. Przyzwyczajony do samotności, żyje bez przyjaciół, a jego jedynymi formami kontaktu z rzeczywistością są przez długi czas coroczne wigilie z ojcem i codzienne zakupy w hipermarkecie (kiedy wypowiada jedyne słowo w ciągu całego dnia, „nie”). Nie tęskni za niczym innym. Nie ma w nim żadnych pragnień do tego stopnia, że gdy staje się bogaty, nie wie, na co wydawać pieniądze i co ma dalej z sobą zrobić.

W sumie po co żyje taki człowiek bez pragnień? Czy jest do czegoś potrzebny otoczeniu? Sobie na pewno nie. Innym? Komu?

2.

Na pewno nie swoim rodzicom.

Relacja Jeda z ojcem, architektem i szefem przedsiębiorstwa, zamyka się w milczeniu. Czuje się ten ciężar obowiązku, jaki obaj wypełniają spędzając ze sobą raz do roku jeden wigilijny wieczór. Gorączkowe poszukiwanie przez Jeda tematu, które kojarzy się raczej z pierwszą randką niż ze spotkaniem z rodzicami, jego nerwowe wyruszanie na spotkanie, odliczanie mijającego czasu poprzez uważne studiowanie zmieniających się talerzy i ich zawartości, próby wywołania jakiejkolwiek reakcji u  towarzysza kolacji. A wszystkie te wysiłki napotykają tylko jedną odpowiedź – niemą obojętność po drugiej stronie stołu.

Czy można powiedzieć, że Jed na swój sposób kocha ojca? Szanuje? Można, ale wydaje się to niepotrzebnym nadużyciem. W ojcu Jeda najbardziej interesuje wiedza o samobójstwie matki. Dopiero na parę spotkań przed śmiercią ojca, gdy ten jest już poważnie chory, pęka między nimi bariera i pozwala Jedowi inaczej spojrzeć na rodzica – nie jak na odnoszącego sukces właściciela firmy, której poświęcał tyle czasu i energii, lecz jak na niespełnionego starca, utopijnego fantastę i frustrata bez choćby jednego powodu, by żyć.

Jego decyzja o eutanazji to jedyne, co wytrąca Jeda z równowagi. Gdy bije kobietę w szwajcarskim zakładzie, w jakim skończył swoje życie ojciec, po raz pierwszy i ostatni przestaje być apatyczny i wycofany. Cios za ciosem dopinguje się go w tym.

3.

Ulgi nie można szukać w wierze. Możliwość wiary w Boga w ogóle nie jest brana pod uwagę przez Jeda. Jeśli wchodzi od czasu do czasu do kościoła, jeśli stoi wśród tłumu żałobników na pogrzebie, to zastanawia go nie tyle religia, co pusta skorupa, która po niej pozostała. Na księży patrzy jak na ostatnich przetrwałych z wymierającego gatunku. W modlącej się w nawie bocznej dziewczynie widzi przede wszystkim piękno jej tyłka w białych spodniach. Właściwie po co wchodzi do kościoła? Fascynuje go spokój, jaki w nim panuje, i jednocześnie w podskórny, nieakceptowany przez niego sposób budzi obawy. Dlatego szybko z niego wychodzi, chcąc otrząsnąć się z tego wrażenia.

Podobne odczucia budzi religia w komisarzu Jasselinie, prowadzącym śledztwo w sprawie zabójstwa powieściowego Houellebecqa. „W sumie działanie Kościoła wydało mu się znacznie bardziej uprawnione w przypadku pogrzebów niż narodzin czy ślubów. Kościół był tu w swoim żywiole, miał c o ś  d o  p o w i e d z e n i a  na temat śmierci; w wypadku miłości było to zdecydowanie bardziej wątpliwe”. (s. 288)

4.

Nie przez cały czas jest jednak tak posępnie. Przez moment wydaje się wręcz, że Jed ma szansę na szczęście. Gdy spotyka Olgę („jedną z pięciu najpiękniejszych kobiet Paryża”), przez chwilę – bo czym jest tych kilka miesięcy – żyje zwyczajnie i prosto, jak inni śmiertelnicy planuje słoneczne długie weekendy na prowincji i smakuje leniwe śniadania we dwoje.

Pech chce, że ona postanawia wyjechać, a Jed, nienawykły do podejmowania ważnych decyzji w życiu osobistym (i właściwie w żadnym), po prostu na to jej pozwala. Nic dwa razy się nie zdarza i tym razem. Od przegapionych okazji tylko ziemia staje się bardziej jałowa.

Pocieszające jest jednak to, że w Mapie i terytorium była choć ta jedna szansa. To pewien postęp (cóż, zależy z której strony patrzeć) w stosunku do poprzednich książek Houellebecqa, w których nawet tego brakowało.

Pewną optymistyczną, mimo wszystko, możliwością był zaczątek przyjaźni między Jedem a powieściowym Houellebecqiem. Zanim jednak na dobre zaczęła się pojawiać między nimi jakakolwiek bliskość, pisarz został brutalnie zamordowany.

5.

Właściwie po co Houellebecq wprowadza swoje alter ego do powieści? Czy jest taki jak siebie opisał (bynajmniej nie tak znowu antypatyczny, jak wydaje się sobie wydawać)? Dlaczego decyduje się brutalnie siebie samego (i psa) zamordować? Akt autorskiego seppuku, jak z tej sceny powieści, w której Japończyk wygląda, jakby się zastanawiał, czy się nie zabić widelcem? Poza czy kpina? Bo trudno to poważnie traktować. Na serio można wziąć za to jego słowa: „W literaturze czy muzyce właściwie nie sposób zmienić nurtu; możesz mieć pewność, że cię zlinczują. Z drugiej strony, jeśli w kółko robisz to samo, oskarżą cię, że się powtarzasz i chylisz ku upadkowi, ale jeśli się zmienisz, to ci powiedzą, że jesteś niespójny i rozproszony”.

6.

Mimo że wprowadzenie wątku kryminalnego jest nagłe i, pomimo przeczytanych wcześniej tekstów o Mapie i terytorium, niespodziewane, powieść wcale nie jest jednak niespójna czy rozproszona. Wręcz przeciwnie. W trzeciej części, w której komisarz Jasselin prowadzi śledztwo, zazębiają się pewne kwestie widziane z innej niż Jeda perspektywy.

Jasselin, jak się okazuje, mieszka w bliskim sąsiedztwie Jeda. Choć prowadzi zupełnie inny tryb życia i wykonuje inny zawód, wcale nie wydaje się tak różny. Choćby w postrzeganiu religii. Wraz z komisarzem można zacząć „myśleć o tych wszystkich ludziach, którzy bez żadnej szczególnej przyczyny, bez wspólnych zainteresowań mieszkają w sercu jednego i tego samego miasta, podążając oddzielnymi drogami, czasem (coraz rzadziej) połączeni seksem lub (częściej) zbrodnią. Lecz po raz pierwszy ta myśl – która na początku jego kariery policjanta fascynowała go, skłaniała do drążenia, do poszukiwania prawdy, do wchodzenia w głąb ludzkich relacji – wzbudziła w nim jedynie niejasne znużenie”.

Plus, wątek kryminalny to kontynuacja tej kpiny Houellebecqa z nas, ludzi, których przecież mają bawić losy celebrytów (stąd ich tłumy przewalające się przez powieść) czy intrygować sprawy kryminalne rodem z krwawych seriali.

7.

Wszystko jest smutne w tej smutnej książce. Przygnębia nawet to, co z pozoru powinno choć trochę ożywiać, czyli twórczość. W końcu Jed odnosi sukces jako artysta, w końcu Houellebecq to ponoć znany francuski powieściopisarz. Żaden z nich jednak nawet w najlżejszym stopniu nie wydaje się umieć tym cieszyć. Tworzenie wiąże się z bolesnym procesem oczekiwania, podporządkowania się intuicji i jeszcze raz oczekiwania.

„Jak mówił Houellebecq, opowiadając o swojej karierze powieściopisarskiej, można robić notatki, próbować składać zdania, lecz aby zabrać się za pisanie powieści, trzeba poczekać, aż wszystko stanie się zwarte i niezbite, aż pojawi się autentyczna konieczność. Człowiek nigdy sam nie decyduje o pisaniu książki, dodał; książka jest jak blok cementu, który zaczyna tężeć, a możliwości działania autora ograniczają się do bycia na miejscu i czekania w rozpaczliwej bezczynności, aż proces powstawania książki sam z siebie się rozpocznie”.

8.

Miało być jeszcze o zmierzchającym kapitalizmie, znudzeniu ekonomią (postawa Hélène, u której stopniowo zanika zainteresowanie tą dziedziną, a w jego miejsce pojawia się tylko coraz gorsza opinia o studentach) i wyśmiewaniu idiotycznej PR nowomowy, ale zamiast tego skupię się na czymś, co wydaje się o wiele ważniejsze. A mianowicie na kwestii grzejnika.

Sam w sobie grzejnik niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie na tyle, aby autor zdecydował się go opisać. Ale odgrywa znaczącą rolę w tej powieści, w której produkt w ogóle jest nader istotny. To na produktach koncentruje się na początku Jed Martin i poświęca im serię fotografii. Do namiętności względem trzech produktów idealnych przyznaje się powieściowy Houellebecq. To żałosne, lecz to one potrafią jeszcze zapewnić największą frajdę i porządek w chaotycznym świecie, w którym możliwość kupowania wciąż tej samej kurtki, laptopa czy modelu butów daje ułamkowe szczęście, a obecność wciąż tego samego grzejnika – złudzenie czyjejś obecności. Ostatecznie „przeżył Houellebecqa, pomyślał Jed, zerkając na urządzenie, które przywitało go ponurym pomrukiem, niczym rozzłoszczone zwierzę”.

Grzejnik, choć przyciężkawy, służy Houellebecqowi, temu niezabitemu, do zabawy. Podobnie jak Jed na fotografiach, pisarz umieszcza go w centrum powieści, czyni z niego graniastą oś fabuły, przekomarza się w tym swoistym product placemencie, zresztą zgodnie z tym, o czym rozmawiał (pisarz zamordowany) z Jedem na ich pierwszym spotkaniu:

Jed: „Zastanawiam się natomiast, czy pan mógłby ten kaloryfer wykorzystać literacko”.

Michel: „Można sobie wyobrazić taki thriller: duże zamówienie, na parę tysięcy kaloryferów, na przykład w celu wyposażenia wszystkich klas szkolnych w jakimś kraju. Łapówki, interwencje polityków, seksowna dziewczyna z działu marketingu rumuńskiej firmy produkującej kaloryfery… I w takim kontekście mógłby się pojawić długi opis, na kilka stron, zarówno tego kaloryfera, jak i konkurencyjnych modeli”.

9.

Całość zamyka kilka klamr. Jed powraca nie tylko do sprawy grzejnika, który przetrwał wszystko i wszystkich, ale przede wszystkim przeprowadza się do rodzinnego domu na wsi. Kompozycja czy raczej pejzaż powieści coraz bardziej rozpływa się, ostrość zanika, a sama osoba Jeda zostaje ujęta w „nawias spokoju” i wygłuszona na tle wizji roślinnej apokalipsy. „(…) przyjdzie mu teraz opuścić świat, do którego nigdy nie należał, jego i tak nieliczne kontakty z ludźmi zaczną powoli wysychać i znikać, zostanie zamknięty w swoim życiu jak we wnętrzu audi A6 o idealnym wykończeniu, spokojnym i pozbawionym radości, definitywnie obojętnym”.

10.

Wbrew temu co sugeruje tytuł tekstu, lektura Mapy i terytorium nie jest doświadczeniem ani trochę hardcorowym, ale za to bardzo vintage, gdzie za styl idealny uważa się ten klasyczny, smutny w swej elegancji i pełen tęsknoty za minionym.

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium (oryg. La carte et le territoire)
przeł. Beata Geppert,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011

Reklamy

6 uwag do wpisu “Doświadczenie vintage, a nawet hardcore. Mapa i terytorium, Michel Houellebecq

  1. no i widzisz jak ci ladnie wyszlo! :-)

    sprawa grzejnika intryguje mnie. tzn.samego tlumaczenia – bo co prawda na poczatku jed wezwal chorwackiego (a powinine byc polski) hydraulika do naprawy ogrzewania, ale we francuskiej wersji rozmawia pod koniec z „chauffe-eau” czyli piecykiem do grzania wody. czy w polskiej wersji wystepuje tylko jeden rodzaj grzejnika typu kaloryfer?

  2. :)

    a to ciekawe. w polskim wydaniu mowa jest tylko o grzejniku. z początku wynika, że pod mianem grzejnika kryje się kaloryfer. ba, później rozmawiają H z Jedem o kaloryferach (literalnie). dziwiło mnie takie nadużywanie słowa „grzejnik” w ogóle, bo przecież kaloryfer wydaje się bardziej pasować do ogrzewania mieszkania. z kontekstu użycia słowa w życiu bym nie odgadła, że mogą też mówić o urządzeniu do grzania wody.

    teraz grzejnik stracił jednoznaczną sylwetkę. i przeobraził mi się w junkerso-kaloryfer.

      1. to jest myśl!
        rety, ale niech za daleko i na zbyt długo nie odlatuje. w końcu będziemy chcieli o tym przeczytać

  3. A u mnie właśnie w najbliższych planach czytelniczych. Dobrze się zapowiada, gdyż za stylem klasycznym zdążyłam się stęsknić.
    Pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s