Karaibski żar i bunt zombi. Kraj bez kapelusza, Dany Laferrière

Po dwudziestoletniej emigracji pisarz, nazywany przez matkę i ciotkę Starym Gnatem, wraca do ojczyzny – na Haiti. Zmieniło się jednocześnie wszystko i nic. Takie same są posiłki szykowane przez matkę, ci sami są pożenieni przyjaciele. Port-au-Prince tak jak przed 20 laty podzielone jest na dzielnice bogatych i nędzarzy – skrajne jak ich geograficzne położenie. Chodzą jednak głosy, że wszystko to jest iluzją: Stary Gnat coraz częściej słyszy, że na Haiti mieszkają już tylko zombi.

„Kraj bez kapelusza” Dany’ego Laferrière’a to opowieść o powrocie do przeszłości: do miasta opuszczonego bez pożegnania, do pozostawionych bez słowa przyjaciół, do przyzwyczajonej do tęsknoty matki, ale też do drzew mangowca, nieporównywalnego z niczym hałasu i skwaru. Z każdym dniem pisarz-narrator coraz bardziej uświadamia sobie, jak bardzo za tym wszystkim tęsknił.

Jednak reemigracja to nie tylko szczęście powitań. To również przyjazd do kraju odmienionego politycznie: po prawie czterdziestu latach upadła w nim dyktatura. W miejsce dyktatorów i rządów junty pojawili się za to amerykańscy żołnierze, z ramienia ONZ czuwający nad świeżo odzyskanym spokojem w kraju. To ich obecność i krwawa historia są odpowiedzialne za nastroje społeczeństwa – ludzi rozdartych między leniwą, pozbawioną złudzeń inercją a ambicjami bez szans na spełnienie („Jest nas siedem milionów Haitańczyków i każdy z nas chce zostać prezydentem tego kraju. Nie jakiegoś innego. Inne się nie liczą. Liczy się tylko Haiti”.)

Gdy więc po Haiti roznosi się plotka, że miasteczko Bombardopolis opanowali Haitańczycy-zombi, którym do życia wystarcza jeden posiłek raz na trzy miesiące, mało kto się tym tak naprawdę przejmuje. Trzeba tylko szczelniej zamykać drzwi i okna na noc, to wszystko. Resztą – obserwacją, zbieraniem danych, raportowaniem – niech zajmą się Amerykanie.

Stary Gnat włóczy się dniem i nocą po rodzinnym mieście, płynnie poruszając się pomiędzy dwiema rzeczywistościami: krajem na jawie i krajem we śnie. Podział ten zresztą okaże się wkrótce czystą iluzją. Póki jednak trwa, podnieśmy głowy i spójrzmy w niebo:

„Podnoszę oczy w stronę gwiaździstego nieba. Banalny, codzienny gest tysięcy ludzi w tym mieście. Dla mnie to coś innego, bo to już dwadzieścia lat, jak nie oglądałem tych gwiazd. I księżyca przez gałęzie tego drzewa. Nieba nie są do siebie podobne. To niebo znam, bo przeszedłem je wzdłuż i wszerz. Na niebie są drogi. Już mniej ludzi na ulicach. Sylwetki, które unikają spotkania. Noc; białe koty są szare, koty czarne – niewidzialne. Wspinam się na wzgórze Nelhio, z rękami w kieszeniach. Dokładnie w ten sam sposób, jak wtedy, kiedy miałem dwadzieścia trzy lata. Podejmuję moje życie w chwili, w której je zostawiłem. Oddycham pełną piersią. Wolny, nocą w Port-au-Prince”. (s. 95-96)

Tak jak jawa i sen współtworzą świat, tak Dany Laferrière harmonijnie zgrywa w swojej prozie literaturę piękną i reportaż z Haiti. W czystych, zapisanych słowami obrazach celebruje przyjaźń, wspomina niespełnione miłości i rozkoszuje się powrotem znanych smaków, zapachów i bezstresowego biegu czasu. Jest w tych fragmentach coś cortazarowskiego, kiedy tak radość i intensywność życia podszywane są rozczarowaniem, pięknym smutkiem i westchnieniem.

Lecz „Kraj bez kapelusza” przywodzi też na myśl „Dziennik rumowy” Huntera Thompsona – z wątkami autobiograficznymi osadzonymi w tropikalnym klimacie, w miastach, po których należy włóczyć się, poddając się upałowi, przypadkowi i ciekawości. Trzeba tylko uważać, aby niespodziewanie nie przekroczyć granicy między tym a tamtym światem – bo po tej wizycie czeka nas tylko cierpka konkluzja…

Porywająca, nastrojowa lektura, w której czuje się, że takie fragmenty jak ten poniżej to nie tylko stylistyczna poza:

 „Po krótkiej toalecie wracam wielkimi susami do koślawego stolika, żeby na nowo walić, niczym wariat, w tę maszynę do pisania, która towarzyszy mi od pierwszej książki. Stare małżeństwo. Mamy za sobą ciężkie czasy, moja stara. Dni z. Dni bez. Gorączkowe noce. (…) Zapisuję wszystko to, co widzę,  wszystko, co czuję. Prawdziwy sejsmograf. Nagle unoszę remingtona na wyciągniętych rękach w stronę twardego, przejrzystego południowego nieba. Pisać szybciej, ciągle szybciej. Nie żeby ktoś mnie popędzał. Miotam się jak szalony, podczas gdy dookoła mnie wszystko dzieje się tak powoli. Ledwie skończę jedną historię, napatacza się kolejna. Przelewają się”. (s. 14-15)

Dany Laferrière, Kraj bez kapelusza (oryg. Pays sans chapeau)
przeł. Tomasz Surdykowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2011

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s