Samotni pośród koszmaru. 49 idzie pod młotek, Thomas Pynchon

Zamężna od czterech lat Edypa niespodziewanie dla siebie zostaje wykonawcą testamentu swojego byłego, Piersa Inveraritiego – nadzwyczaj bogatego cwaniaka, który posiadał akcje praktycznie w każdym lokalnym interesie. Edypa początkowo chce się z tego wykręcić, ale okazja do wyrwania się z rutyny jest zbyt kusząca. Wyjeżdża więc do kalifornijskiego miasta, w którym żył i bogacił się Inverarity. Tam, tuż po przyjeździe, przez moment – ale tylko moment – wydaje się być szczęśliwa w ten specyficzny sposób, kiedy za największe szczęście uważa się odczucie ulgi.

A jest po czym odetchnąć. Dowiadujemy się mało, ale wystarczająco wiele. Wiodąca życie mieszczańskiej żony, Edypa przesiaduje przez większość dnia sama, oporządzając dom. Od czasu do czasu wyrwie się w wielką przygodę typu bal gospodyń domowych, na którym króluje fondue ze „zbyt dużą ilością kirszu”. Mąż, radiowiec prześladujący sam siebie wspomnieniami z czasów, gdy był sprzedawcą samochodów, wraca późno, zbyt zmęczony, by zrobić coś ponad sięgnięciem po piwo i wzuciem kapci.

Co tu dużo pisać, życie Edypy przed otrzymaniem zaskakującej wiadomości było nudą. Thomas Pynchon namaszcza ją jednak na bohaterkę swojej psychodelicznej powieści „49 idzie pod młotek” i młodej kobiecie nie pozostaje nic innego jak poddać się zatrważającemu, obezwładniającemu nurtowi zdarzeń.

W grę wchodzą: przenikanie tajemnic ogromnej korporacji Yoyodyne, w której Inverarity miał spory pakiet akcji; śledzenie spisku obejmującego całe Stany, a kto wie, może cały świat, dotyczącego działania tajnej poczty, z której usług jednak korzysta większość obywateli; picie, romans, dochodzenie prawdy i spotykanie się z coraz przedziwniejszymi personami.

Od natłoku zdarzeń i ich niespokojnego, rytmicznego, otumaniającego z siebie wynikania można dostać bólu głowy. I dostaje się – nawet kilka razy – jednak brnie się w tę fabułę dalej i dalej, by dowiedzieć się, o co tak naprawdę Pynchonowi chodzi. Bo pytanie, czy amerykański pisarz, uważany za czołowego twórcę postmodernistycznego, z nas, szanownych czytelników, kpi, czy tylko udatnie steruje zaplątaną i bezbronną Edypą, ukazując co? – jej obłęd, jej narastającą obsesję, istniejącą tylko w niej teorię spisku? – pojawia się bardzo szybko, a znak zapytania następujący po nim narasta, pulsuje jak neon i zaczyna przypominać przekrzywioną latarnię*.

Po przeczytaniu całości bardzo pragnie się odpowiedzi twierdzącej na tę drugą część pytania. Nikt przecież nie chce być wystrychniętym na dudka. Ale do końca i na długo po nim nie ma pewności.

Pomijając fabularne Pynchona fanaberie, można skupić się na dusznej atmosferze jego książki. Samotność, zgorzknienie, smutek, brak satysfakcji, niechęć do korporacji, a może nawet do całej współczesności, która najpierw uczy oczekiwać, a później rozczarowuje – te odczucia wykluwają się gęsto z tych stron zapisanych np. w ten sposób:

„Potem nagle, kiedy dorastają, okazuje się, że muszą zrzec się swoich praw i sprzedać je potworowi w rodzaju Yoyodyne. Grzęzną w jakimś ‘projekcie’ albo ‘grupie działania’, albo dla odmiany w ‘zespole problemowym’ i giną w ogólnej anonimowości. Nikt nie żąda od nich wynalazków, mają tylko grać jakiś epizod w projektanckim rytuale, z góry ułożonym w myśl odpowiedniej instrukcji. Co za przyjemność, Edypo, być samotnym pośród koszmaru? Jasne, że będą się garnąć do siebie, utrzymywać kontakty. Zawsze poznają, kiedy natrafiają na swego, nawet jeśli zdarza się to raz na pięć lat”.

A gdy już ci zawiedzeni rozpoznają się, połączy ich może

„obsesyjne dążenie, żeby ‘dać coś z siebie’ – nawet, gdyby tym czymś była sama tylko obecność”.

Mimo że „49 idzie pod młotek” jest książką dowcipną, często skłaniającą do wybuchów śmiechem, nie tak wcale głęboko pod powierzchnią pełza w niej rozpacz, jakieś desperackie zniechęcenie, z którego wynika drwina i z którego wyrasta grożący nam przed nosem długi, kościsty paluszek. Jakaś brodata postać w pasiastych spodniach, właściciel paluszka, staje nam przed oczami i z sardoniczym uśmieszkiem kiwa nim, powtarzając w kółko przymilnym głosikiem: „oj ti ti ti, oj ti ti ti”.

* Tylko sprawdzam Waszą uwagę…

Thomas Pynchon, 49 idzie pod młotek (oryg. The Crying of Lot 49)
przeł. Piotr Siemion
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s