Innego piekła nie będzie. Droga, Cormac McCarthy

Gdy śnię o końcach świata, wyglądają właśnie tak jak rzeczywistość w „Drodze” Cormaca McCarthy’ego. Szare, pozbawione słońca pustkowie, w którym drzewa trzaskają i łamią się, kruche i martwe jak zapałki, a zza każdego zakrętu może wyrosnąć obcy człowiek – jak zapowiedź przyspieszonej śmierci w cierpieniu.

Jak skończył się świat? Lub raczej, w odniesieniu do „Drogi” – dlaczego tak skończył? Pewną podpowiedzią są unoszące się nad wszystkim popioły – żrące, toksyczne, każące ostatnim ludziom zakrywać twarze płóciennymi maskami. To one otulają Ziemię zatrutą pierzynką, nieprzepuszczającą ani promienia światła. Z jego braku rośliny usychają, nic nowego nie kiełkuje. Zwierzęta już dawno wymarły lub ludzie je zjedli.

Skąd te popioły? McCarthy wspomina, że „zegary stanęły o 1.17”. Wtedy wszystko się zaczęło. Przestał działać prąd. Miasta stanęły w pożarach. Pioruny cięły nocne niebo. Zatrzęsła się ziemia – zresztą wciąż co pewien czas powracają trzęsienia ziemi. Zrobiło się zimno. Tych, którzy wcześniej przeczuwali, że to nastąpi, pewnie wcześniej uważano za szaleńców. Teraz ci domniemani wariaci działają szybko i pełni opanowania odkręcają wodę i napełniają nią wannę – póki ta jeszcze leci z kranu.

Po wszystkim – upiorna cisza. Popiół jak trzepocące trupie resztki po świecie, którego przyszłość wymazano z kalendarza.

Najbardziej przerażająca jest jednak pustka. Pustka jak ostrzeżenie. Stoją w niej pozbawione mieszkańców domy – budynki, które już nigdy nie będą wytęsknionym azylem i tłem rodzinnej sielanki. Trwają też asfaltowe drogi i kamienne mosty. Krajobraz nicości. Jedynym losem, jaki czeka tu niewyćwiczonego w czujności przechodnia, jest – przy odrobinie szczęścia – śmierć z głodu lub, w wersji dla pechowca, z rąk zdziczałych, uzbrojonych kanibali.

Innego piekła nie będzie.

Ojciec i syn, którzy przemierzają tytułową „Drogę”, trenują w trwodze i szczególnej uwadze już od wielu lat. Młodszy z nich, urodzony już po kataklizmie, nie zna innego życia. Z lękiem sięga nawet po podaną mu przez ojca puszkę coca-coli. Idą we dwóch, tylko sobie życzliwi, tylko wobec siebie lojalni, przez ten wyprany z koloru, beznadziejny po-świat, by dotrzeć na południe. Tam, u brzegu oceanu ma ponoć być lepiej. Wędrują jak średniowieczni pątnicy, jak oni biedni i wygłodniali, przez byłe Stany Zjednoczone, mając za jedyną radość odnalezienie schronu na najbliższą noc i czegoś do zjedzenia.

Ludzie zabijają się między sobą i zjadają, a oni, dwaj słabnący z kartki na kartkę wędrowcy, wciąż wierzą w piękno, dobro i Boga. My jesteśmy dobrzy? – dopytuje ojca synek. Tak, my niesiemy ogień. Tą wymianą zdań utwierdzają się w tym, że postępują właściwie, co kilkanaście stron. Czy postępują? Czy warto jeszcze żyć w tym nowym samotnym świecie? Jaka przyszłość czeka chłopca, jeśli uda mu się przeżyć, w tej rzeczywistości, w której nikomu nie przyszłoby nawet do głowy spytać małego człowieka o to, kim będzie, gdy dorośnie?

Jest coś pięknie złowieszczego w tej książce Cormaca McCarthy’ego, w stylu, w jakim została napisana: czystym i ostrym jak precyzyjny nóż, zadającym ciosy skrywanym lękom. Czytaniem tej książki można skutecznie pozbawić się dobrego nastroju na parę wieczorów. Trudno z niej wypełznąć z powrotem do lśniącego blaskami, kuszącego ofertami nie do odparcia świata. Lepiej od razu położyć się spać. I śnić o katastrofach i apokalipsach, permutować proroctwa na swój własny wzór i pożytek.

Cormac McCarthy, Droga (oryg. The Road)
przeł. Robert Sodół,
Wyd. Literackie, Kraków 2008

Appendix 

„W tamtym czasie wyczerpały się już zapasy żywności i po kraju szalał mord. Świat wkrótce zaludnili mężczyźni, którzy zjadali dzieci na oczach ich rodziców, a miasta opanowały bandy poczerniałych łupieżców, którzy drążyli tunele wśród ruin i wypełzali z gruzów białych od walających się zębów i oczu, niosąc w nylonowych siatkach nadpalone, nieokreślone puszki jedzenia jak klienci w kantynach piekła. Miękki czarny talk przetaczał się po ulicach niczym kałamarnica rozwijają swe sploty na morskim dnie i zakradało się zimno, i zmierzch nadciągał wcześnie, a padlinożercy schodzący z pochodniami ze stromych kanionów wyciskali stopami dziury w nawianym miałkim popiele, dziury, które zamykały się za nimi bezgłośnie jak oczy. Na drogach pielgrzymi osuwali się, padali i oddawali ducha, a posępna, oblepiona mgłą Ziemia kręciła się poza Słońce i powracała, tak niewidoczna i nieoznaczona jak ścieżka jakiegoś bezimiennego siostrzanego świata w pradawnym mroku odległej przestrzeni”.

*

 „Martwe bagno. Martwe drzewa w szarej wodzie niosącej przeżytki szarego mchu. Kupki miałkiego popiołu przy krawężniku. (…) Być może w chwili zagłady świata będzie można wreszcie zobaczyć, jak został stworzony. Oceany, góry. Nieporadny kontrspektakl rzeczy przestających istnieć. Wszechogarniająca jałowość, nienasycona i przenikliwie doczesna. Cisza”.

(Stron powyższych cytatów nie jestem w stanie podać, gdyż dysponuję jedynie kindlowym e-bookiem, gdzie zamiast stron funkcjonują – procenty postępu w lekturze. Aha, minusik dla czytnika.)

Advertisements

9 uwag do wpisu “Innego piekła nie będzie. Droga, Cormac McCarthy

  1. Bo może to jednak jest nieśmiałe „Tak”.
    Hm.
    Ale co do zakończenia podtrzymuję. W sprawie fabuły. Bo ostatni akapit bardzo mi się podobał.

  2. Może to kwestia starzenia się ;-) ale ostatnio mam wielką chęć na tego typu klimaty. Zagłady, wypalenia, poszukiwania bez celu. Toteż gdy tylko usłyszałem o „Drodze”, to od kilku tygodni widnieje na mojej @czytania i @obejrzenia liście ze znakiem, że potraktować ją priorytetowo. Acz zastanawiam się, co wybiorę pierwsze: książkę czy ekranizację.

  3. Że się tak wepchnę przed Joannę – książkę koniecznie na początek. Film jest ok, ale siła rażenia o wiele mniejsza. No i warto najpierw samemu sobie wypracować te obrazy, a nie podkradać gotowce z ekranu i widzieć w ojcu zarośniętego Viggo Mortensena :)

    1. Tak też zapewne będę starał się uczynić, gdyż zawsze uznawałem pierwszeństwo wyobraźni nad wizualizacją. Ciekaw jestem tylko, czy „Droga” to powieść, którą da się czytać w autobusie, bo jak na razie to jedyne miejsce, w którym jestem w stanie sięgnąć po książkę:D

      1. Popieram readeatslipa: najpierw książka, potem film. Osobiście w pierwszej kolejności oglądałam film, a później czytałam powieść i to przeszkadzało mi w jej „czystym” odbiorze. Przypominałam sobie sceny filmowe, filmowe pejzaże i, co w sumie najmniej ważne, pamiętałam fabułę. Summa summarum, psuło to efekt.

        „Drogę” da się czytać w autobusie. Przy czym uważaj, żebyś nie przegapił swojego przystanku.:)

        1. Zwykle bywało tak, że lektura poprzedza u mnie lekturę – m.in. ze wspomnianych przez Ciebie względów ograniczania wyobraźni. Choć ostatnio np. odczuwam niesamowity niedobór czasu (stąd lektury w rozchybotanym autobusie, które są nie raz wyzwaniem) i kusi by wpierw obejrzeć film, by przekonać się, czy historia jest w moim guście. Ale chyba nie chcę aż tak ułatwiać życia mojej wyobraźni i niedługo odwiedzę bibliotekę:)

  4. Nie znoszę McCarthy ego. W jego powieściach dojrzewanie to zderzenie się ze złem. Koszmarny to świat w nieomal w każdej książce. Jak zauważa autorka nie ma żadnej nadziei, bo kim będzie chłopiec gdy dorośnie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s