Czytanie na Kindle’u

Czyli o tym, jak przekonuję się, że jestem oldschoolem.

Od pewnego czasu czytam również na Kindle’u. Jak dotąd to sprytne urządzenie wielkości notesu towarzyszyło mi przy lekturze trzech książek. Początkową ciekawość i ekscytację zastąpiło lepsze poznanie się i przyzwyczajenie – jak to u nas ludzi często bywa. A to pozwala już na spojrzenie z dystansu. W moim przypadku to dystans niewielki, bo Kindle leży tylko na innym stoliku, gdy ja go tu na blogu i z kanapy, nielojalna użytkowniczka, obmawiam.

Ale czy to właściwie obmowa, jeśli ma się do powiedzenia o kimś lub o czymś prawie same dobre rzeczy? Trudno bowiem Kindle’owi cokolwiek zarzucić. Czytanie na nim to prawie same plusy. Po pierwsze, jest lekki, niewielki i pojemny – w jednym małym urządzeniu możemy zgromadzić do 3,5 tys. książek i wciąż z tą samą łatwością przenosić je z miejsca na miejsce. Czego nie sposób powiedzieć o książkach tradycyjnych. Wystarczy tylko na moment zamknąć oczy i przypomnieć sobie ostatnią przeprowadzkę. Ile to było kartonów? Pięć, dziesięć, trzydzieści? A w nich same książki. I królestwu temu, kto potrafi je dźwigać w tę i z powrotem po schodach.

Mały, zwinny Kindelek zajmuje niewiele miejsca w torbie i wygodnie trzyma się go w dłoni. Jedną ręką można też na nim „przewracać” strony, więc czytanie w tramwaju czy autobusie staje się z dnia na dzień niemal zbyt łatwe dla tych, którzy przywykli do balansowania na platformach komunikacji miejskiej bez trzymania.

Twórcy pomyśleli o takich jak ja, którzy z czytaniem są za pan brat od czasów, kiedy istniała konkretna godzina snu i trzeba było kryć się z latarką pod kołdrą, by czytać dalej. Mówiąc wprost, dla tych, którzy mają problemy ze wzrokiem. Czcionkę i interlinię można dowolnie dopasować do wymagań naszych zmęczonych po pracy oczu. A sam ekran jest matowy i nie nadweręża wzroku. To bardzo fajne.

Trochę smutne jest z kolei to, że przy lekturze na Kindle’u nie trzeba pamiętać o notesie i ołówku. Wszelkie komentarze czy zaznaczenia robi się bowiem bez ich użycia – kilka kliknięć, klawiatura o maleńkich guziczkach i voila! – powstaje cyfrowy zapisek. Co więcej, po lekturze oszczędza się czas na wertowanie książki, by wyłuskać te notatki. Wystarczy spojrzeć do odpowiedniego katalogu, w którym wszystkie systematycznie się gromadzą.

Czytający po angielsku a dociekliwi mogą zapomnieć o słowniku, gdyż mają go w ręku trzymając Kindle’a: klik, klik i proszę, zagadkowe przed chwilą słowo staje się znane, oswojone dzięki wyświetlonej na ekranie definicji.

Co tu dużo mówić: bajka!

Ale.

Czujecie, że to trzyliterowe słówko, które wszystko podaje w wątpliwość, zawisło nad nami, jak ciężkie milczenie po tym, gdy ktoś palnął przy stole gafę? Nie ma dokąd uciec przed tym ciemnym zmieszaniem, żalem za nietakt i brakiem miejsca na podzianie oczu. Chyba że jest się gospodarzem i lubi się zmywać naczynia.

Wracając jednak do Kindle’a: oczywiście, są minusy. Można patrzeć na nie przez palce, można je przemilczeć. Lecz trudno o nich zupełnie zapomnieć. Zwłaszcza gdy wychowało się na papierowych książkach, wśród regałów uginających się od słodkich, celulozowych ciężarów. Pewnie następne pokolenia już nie będą miały takich wątpliwości. Możliwe, że ci z Was, którzy lubią konkrety i fakty, wzruszą tylko ramionami.

Otóż – imponderabilia.

Ciężar książki. Jej okładki. To jak układa się w ręce, gdy się ją czyta. Papier. Szelest przewracanych kartek. Ośle rogi. Faktura. Odcień bieli. Dotyk. Odcisk brudnego palca – swój lub przyjaciela. Ten furkocący dźwięk, który wydają wertowane tomy. Zapach – przede wszystkim zapach.

Brak w Kindle’u tych fizycznych cech sprawia, że czytanie na nim jest dla czymś mniej zapamiętywanym i konkretnym. Na czytniku nie do końca czuję, że czytam książkę. (Ostrzegałam: imponderabilia.) Bardziej coś na kształt długiego artykułu. Jasne, treść ta sama – a przecież ona jest clou książki, yhm – ale odczucia inne. Jakby słowa były tu jeszcze bardziej ezoteryczne niż zazwyczaj. Jakby ich właściwości komunikacyjne zamazywały się, rozpraszały na ekranie (w sposób przyjazny oku, oczywiście), ze strony na stronę znikały. W efekcie treść staje się trudniej uchwytna.

Jak dotąd przeczytałam na Kindle’u trzy książki i jedno wydanie The New Yorkera. Jest to już pewne doświadczenie, ale możliwe, że to pierwotne postrzeganie nowicjusza zmieni się, stępi się ostrość pierwszych reakcji, a czytanie na czytniku będzie w pełni substytucyjne w stosunku do książek papierowych. Na razie jednak na czytniku testuję to, czego pewnie nie kupiłabym w innym przypadku – np. cykl George’a R.R. Martina „Pieśń Lodu i Ognia” (który notabene świetnie się czyta w deszczowe wieczory, kiedy czuje się w kościach, że zima naprawdę nadchodzi).

A Wy? Jakie są Wasze doświadczenia z Kindle’m czy innym czytnikiem e-booków?

Reklamy

18 myśli na temat “Czytanie na Kindle’u

  1. Mam podobne odczucia. Nie wszystkie książki chciałabym czytać na Kindle’u. Świetnie czytało mi się wciągający kryminał, teraz czytam najnowszą część cyklu Martina, to te książki się nadają, Martin może nawet trochę mniej niż sensacja. Zauważyłam też, że lepiej czyta mi się książki, które mam również w wersji papierowej, tak jakby sama świadomość, że mam je gdzieś do „pomacania” wystarczała. Z drugiej strony, nic mi nie przeszkadzało, gdy czytałam na Kindle’u w podróży, nie brakowało mi wtedy szelestu, zapachu, niczego… I być może do tego właśnie Kindle się najbardziej nadaje…

    1. Padmo, przeczuwam, że w podróży jest niezastąpiony. Te chwile jeszcze, na szczęście, przed nami.
      I chyba spapuguję rozwiązanie z możliwością „pomacania” książki. Może pomoże, może wystarczy?

  2. Jeszcze nie testowałam, ale jestem skłonna zakupić. Myślę, że w moim przypadku to będzie jednak gra na dwa fronty :) Lecz nie przesądzam niczego, o nie :)
    Serdeczności

  3. Cały czas się – wstępnie – zastanawiam nad kupnem, ale to, że 1) można robić notatki (!), 2) jest wbudowany słownik – bardzo mnie przekonuje. No i wiadomo, to nie to samo co papierowa książka, 3,5 tys. pdf-ów to nie zakurzona biblioteka i regały z drabinką, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego, się fajnie uzupełniają. Zazdroszczę :)

      1. Notatki można robić, trzeba tylko przystosować się do tych małych guziczków. Mnie też ta funkcja bardzo odpowiada.

        A co do pdf-ów, to Bazyl ma rację – akurat w tym formacie nie polecałabym czytać. Kindle je „widzi”, ale nie dostosowuje do wielkości ekranu typografii. W efekcie męczy się człowiek, męczy. Są za to takie przyjazne rozszerzenia jak mobi czy prc. Ale ich to już naprawdę nie idzie w żaden sposób ustawić na regałokształtnych półkach. Bardzo bezcielesne.

        A samego kindle’a polecam gorąco. :)

  4. Pamiętasz może zbiór „Listów” Tomasza Manna?
    A jak sądzisz – będzie kiedyś z takim samym pietyzmem wydawany zbiór e-maili któregoś ze współczesnych?
    I czytany?

    Jesteśmy świadkami i mimowolnymi uczestnikami śmierci recepcji i refleksji linearnej. Co oznacza – niestety – również początek agonii literatury. Przynajmniej w takiej formie, jak ta, dotychczas znana. Czytniki odejdą gdy skończy się literacka padlina, którą mogą się żywić. Nadchodzi coś nowego.

    1. Zakończenie zabrzmiało złowieszczo, ale z ukrytą pod tą złowieszczością nadzieją. We mnie jest nadzieja, bardzo siebie niepewna, że jednak literatura przetrwa w takiej formie, jaką znamy. Choćby tylko dla garstki najwytrwalszych zapaleńców i ich dzieci, i ich dzieci, i dzieci tych dzieci. Zresztą nie musiałaby ta latarenka literatury być niesiona li i tylko w takiej linearnej sztafecie.

      A „Listy” pamiętam i też już się zastanawiałam: czy teraz maile pisarzy zaczną być wydawane (choćby w formie nośnika elektronicznego), czy wszystkie ich tweety i fejsbucze wynurzenia będą zbierane w jednym tomie? Badacze ich twórczości będą się nad nimi pochylać i biedzić?

      Mimo wszystko żyjemy w ciekawych czasach.

  5. Asiu, ciekaw byłem kiedy zdradzisz papier ;)

    Mam też pytanie: czy na Kindle’u można robić eksport tych notatek i przenosić je powiedzmy na laptopa? Dla mnie rzecz o tyle ważna, że Kindle może się zepsuć i co wtedy? Pięć lat robienia notatek i podkreśleń do kosza? Zakładam oczywiście, że eksport zrobić się da, ale nawet jeśli to dostaję notatki z marginesów bez fragmentów, do których się odnoszą? Też trochę bez sensu, jeśli tak to jest rozwiązane.

    Aaa i jest jeszcze aspekt prywatności (i – choć to inna notka – aspekt faktycznej kontroli nad zbiorem zgromadzonych na Kindle’u książek) : http://wojtekwalczak.wordpress.com/2010/05/01/czytniki-czytaja-czytelnikow/

    Pozdrawiam!

    1. Wojtku, na razie nazwałabym to raczej tylko „skokami w bok”. Trochę się przed „zdradą” wzdragam.;)

      Zadałeś pytanie, na które sama szukam odpowiedzi. Boję się sprawdzić w praktyce. Obawiam się jednak, że te nasze pieczołowicie wstukane notatki, ważkie dla nas zapiski powstałe przy fragmentach książek, które wyrzucimy (co za brutalny akt) z czytnika, znikną wraz z usuniętą książką.
      Ale to tylko moje smutne przeczucie. Niedługo – gdy zrecenzuję jedną z przeczytanych na kindle’u książek – sprawdzę to i podzielę się odkryciem.

      Aha, i już widzisz, zamiast wracać do pracy, przeklikuję się do Ciebie.

      Też pozdrawiam i to nad wyraz serdecznie!

  6. JJ:
    Eeetam. Zaraz złowieszczo. Zwykłe, lekko smutne skonstatowanie faktu. Literatura ma najzwyczajniej słabiutkie szanse, bo linearnie uporządkowanaenarracja (i percepcja) znajdują się w zaniku. Nawet tego nie zauważamy, nie rejestrujemy co nowe nośniki robią z naszą pamięcią, zdolnością koncentracji, śledzenia wątku. Zmienia się język, zmienia się struktura utworów. Pokolenie dzisiejszych 20-latków już nie potrafi się skupić na Czarodziejskiej Górze, a przecież przed I Wojną jedynie w Niemczech wydano jej (i sprzedano) ponad 5 milionów egzemplarzy. Pokolenie dzisiejszych 10-latków zmęczy się każdym tekstem dłuższym niż ekran czytnika.
    A poza tym: zastanawiałaś się, że jesteśmy ostatnim pokoleniem pamiętającym czasy, gdy kultura i cywilizacja mogły przetrwać pomino wyłączenia prądu elektrycznego na okres dłuższy niż 6 tygodni? Ostatnim.
    Nie wzywam do palenia czytników. Warto jednak zdawać sobie sprawę w czym (aktywnie) uczestniczymy.

  7. Ja nawet teoretycznie Kindla rozważałam, dopóki nie dostałam w prezencie gadżetu zwanego Ipadem. Wiem, że może bez porównania, bo i ekran podświetlany, i Ipad nie do tego został pomyślany itd, ale…
    Jedno muszę przyznać – pdfy się dobrze czyta. Jestem szczęśliwa, że nie muszę nad nimi ślęczeć z komputerem na kolanach. Wygodnie jest siedzieć z małym tabletem i przewracać wirtualne strony, gdzie się chce, w pociągu, w parku, nie myśląc o baterii.
    Z drugiej strony – e-booki. Na początku czytałam namiętnie, zaciekawiona nowym nośnikiem… Po przeczytaniu kilku natychmiast pognałam do biblioteki, grzebać w zakurzonych tomiszczach. Wreszcie bliskość papieru i prawdziwych, niewyświetlanych liter. Wreszcie wyciągam w metrze, czy w autobusie moją lekturę bez stresu (a jak są brudne kawałki, to zasłaniam okładką, żeby wścibski współpasażer nie widział co czytam;). A potem (jeśli nie biblioteczna akurat) oceniam zniszczenia, z dumą stawiam na półce, pożyczam chętnym znajomym i często ją… tracę. ;)
    Zatem czytnik tylko do pdfów mój romans z drukiem jest trwały ;)
    Pozdrawiam!
    PS Widzę, że Telemach jak zawsze zmiany postrzega melancholijnie i katastroficznie ;)

  8. @Czara:
    „Widzę, że Telemach jak zawsze zmiany postrzega melancholijnie i katastroficznie ;)”

    Naturalnie, że tak ;)
    To się nazywa w terminologii niemieckiej (przejętej również przez Francuzów) Kulturpessimismus. Jestem tam w dobrym towarzystwie. ;)

    A tak poważnie: wiń proszę nie mnie, lecz Baudrillarda. Bo to głównie jego pogląd. Ja przekazałem tylko w wersji soft (nader złagodzonej). Mimo, że w znacznej części podzielam. Mój pesymizm bierze się z obserwacji, że pomiędzy odbiorcą, a znaczeniem wyrasta coraz grubszy mur techniki. I (naturalnie) pośredników. Wszyscy oni (pośrednicy) pragną umocnić i rozbudować swą niezbędność. Wszyscy oni pragną (co jest zrozumiałe) zarobić, wszyscy myślą w kategoriach rynku, nie zaś sensu i znaczenia (Bo: klasyczny wydawca był przyjacielem, mecenasem i opiekunem autora. Był z niego dumny. Autor był chlubą wydawnictwa. Ten świat odszedł bezpowrotnie na moich oczach w ciągu ostatnich 30 lat. I nie ma szansy powrócić).

    Czaro – ja wolałbym optymistycznie. Jednak gdy pomyślę, że czytasz na swym I-padzie książki, które nigdy by nie powstały jeśli dzisiejszą technikę mielibyśmy przed stu laty – robi mi się smutno i nieprzyjemnie. A wierz mi – nie powstałyby. Odchodzi świat analogowy. Powoli, ale odchodzi. Pozostaną (i powstaną) wysepki analogowego luksusu. Reszta, większość, będzie żyć w cyfrowym uzależnieniu. Używając techniki, której nie będzie potrafiła zrozumieć (ja wiem i rozumiem jak wygląda cały proces produkcji i dystrybucji książki – w przypadku Ipada jestem – podobnie jak nieomal każdy – zupełnie bezradny, Umiem naciskać na guziki, ale nie rozumiem dlaczego to działa. I tak jest ze wszystkim.

    Moc pozdrowień.
    t.

  9. Wolę papier, ponieważ przy okazji kompensuję i realizuję potrzebę zbieractwa i dzięki temu nie znoszę (już) do domu kamieni, biletów autobusowych, pocztówek, znaczków….

  10. A jakie wrażenia mają oczy? ;-) W sensie – męczą się, czy to coś zupełnie innego niż czytanie z ekranu laptopa? Bo ja po dwóch książkach czytanych z laptopa zdarłam sobie oczy. Efekt – czerwone jak u angory przez dwa dni.

  11. Oczy mają jak najlepsze odczucia. Zupełnie inaczej niż czytanie na laptopie. Tak sprytnie urządzili czytnik, że ani tło ekranu nie jest białe, tylko takie lekko beżowe, ani sam ekran nie męczy – nie emituje żadnego światła, nie odbija się w nim światło. Oczu króliczka nie ma i nie będzie.:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s