Wiece i jazz

„Berlin. Miasto dymu” to kontynuacja komiksu „Berlin. Miasto kamieni”, w którym Jason Lutes ukazał historię zmierzchu Republiki Weimarskiej. Z planszy na planszę, Lutes prowadzi nas poprzez kolejne wiece polityczne, marsze i zgrupowania, by pokazać, jak niemieckie społeczeństwo rozpaczliwie szuka dla siebie dróg rozwoju po zakończeniu I wojny światowej. W tej czarno-białej wędrówce towarzyszą nam poznani w pierwszym tomie trylogii początkująca rysowniczka Marthe i publicysta Kurt Severing. Do nich dołączają kolejne postaci.

Od pierwszych stron poznajemy jedną z nowych twarzy komiksu – czarnoskórego muzyka jazzowego, Kida Hogana, który przyjeżdża wraz z zespołem by grać w jednym z berlińskich klubów. Prześladuje go sen o wężu, powracający jak złowieszcze przeczucie, że nastąpi coś nieodwracalnego, coś, czego nie sposób uniknąć. Gdy gra, zapomina jednak o wszystkim. My zresztą też.

Plansze, na których Lutes ukazuje nam zespół muzyków w pracy, należą bowiem do najlepszych w tym tomie. Dynamiczne, plastyczne, grają niemal słyszalnie, przenosząc nas w świat Berlina z drugiego tomu: miasta dławiącego się dymem fabryk, ale też wdychającego dym z papierosów i cygar wypalanych na niekończących się imprezach. Dym snuje się w kawiarniach, w klubach i znad kosza, do którego Kurt wrzucił w ogień wszystkie swoje notatki i papiery. Miasto coraz posępniej ubiera się w szarość, a zza mgły coraz mniej liczni dostrzegają drogę, jaką powinni wybrać.

Choć „Berlin. Miasto dymu” pod względem graficznym stoi na prawie równie wysokim poziomie co tom pierwszy, nie obejdzie się tym razem bez rozczarowania. Jest ono spowodowane wpadką psychologiczną, jaką poniósł Lutes kreśląc dla nas portret Marthe. Młoda rysowniczka po zamieszkaniu z Kurtem przestaje się z nim powoli dogadywać. Ich poglądy stopniowo stają się coraz bardziej rozbieżne, a na dodatek Kurt nie ma w sobie tolerancji dla poszukiwań Marthe – ani tych muzycznych, ani tym bardziej towarzyskich. Gdy dochodzi między nimi do ostrego spięcia, wiemy, że rzecz nie potrwa zbyt długo. Nie spodziewamy się jednak, że nagle, dosłownie ze strony na stronę, Marthe zostanie lesbijką. To mocno niewiarygodne. O ile wierzymy, że emocje i alkohol mogły ją ponieść na improwizowanej orgietce dla bogatych, o tyle w trwałą konsekwencję tych niespodziewanie rozbudzonych namiętności trudno uwierzyć.

Studzi to czytelniczy zapał.

Również miejskie scenerie nie zachwycają tak jak w tomie pierwszym. Jednak spójna stylistyka całej historii, plansza z morderstwem i (nade wszystko) plansze z muzyką – one pozwalają nam patrzeć przez palce na to, w co Lutesowi nie uwierzyliśmy. Snują swój własny dym, przesłaniający nam niedociągnięcia i wciągający nas powoli, mdłymi skrętami w dalszą opowieść, od której odrywamy się dopiero przy pytaniu „Jaki los czeka Republikę Weimarską?”, jakie zamyka ten tom.

Z ciekawością czekam na ostatni, zamykający całość trzeci tom, „Berlin. City of Light” – na razie Jason Lutes nadal nad nim pracuje. A jako że powstanie nowego tomu zajmuje około 4-5 lat, nowego komiksu możemy wypatrywać najwcześniej w 2012 roku. Poczekamy…

Jason Lutes, Berlin. Miasto dymu (Berlin. City of Smoke),
przeł. Wojciech Góralczyk,
Kultura Gniewu, Warszawa 2011

Reklamy

4 myśli na temat “Wiece i jazz

  1. „miejskie scenerie nie zachwycają tak jak w tomie pierwszym” – szkoda, to studzi mój czytelniczy zapał, bo najbardziej podobały mi się w tym komiksie właśnie obrazy miasta: dworzec, pociąg, ulice, samochody, realne prawie jak na zdjęciach.

  2. Kiwam głową potakująco i z pełnym zrozumieniem. Monosylaba, funkcja fatyczna.
    Brakowało tych miejskich plansz bardzo.

  3. A w mojej wojewódzkiej poważny komiks jest traktowany po macoszemu. A mnie, skromnego żuczka, po prostu nie stać na albumy :( A tu co i rusz ktoś pisze o.

  4. Cóż rzec, Berlin faktycznie trochę kosztuje.:(
    W ogóle ceny albumów sprawiają, że komiksy są częściej niż książki pożyczane sobie przez znajomych. Jeden egzemplarz czyta od 8 do 10 osób. Wtedy taka inwestycja – w jakiś pokrętny, na pewno nie ekonomiczny sposób – się zwraca. Tak to sobie tłumaczę przynajmniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s