Siekierki: bujnie, psio i wsiosko

„Wyobraziłem sobie, że na Siekierkach mogła się jakimś dzieciom ukazać Matka Boska w krzakach. Potem, że tam przybywa tłum w czasie deszczu, krzaki szumią, łąka pełna, Wisła wzbiera, wszyscy czekają na cud. Siekierki pasują mi też do Biblii. Pojechałem przed szóstą autobusem. Na Siekierki. Wysiadłem na kocich łbach pod topolami. One tu idą rzędem. Skręciłem do wału wiślanego. Wzdłuż ogrodzenia budującego się obserwatorium imienia Kopernika. Ścieżką koło koniczyn. Rosną tu różne zielska, kwiaty. Im bliżej wału, tym gęściej. Wał i topole widać z mojego okna. Dochodziłem do wału między gęstymi żółtymi guzikowcami. One biją w nos. Patrzałem, czy tu mógł Abraham składać ofiarę z Izaaka. Tak. Mógł. Na stoku wału, w plątaninie tych ziół, dalej Wisła. Tu Bóg wstrzymał siekierę. Być może, że ułatwiła mi to nazwa – Siekierki. To tak naszło jakoś z dwóch stron. Wszedłem na sam wał. Okazało się, że za wałem znów jest łąka z dzikimi ziołami i dopiero Wisła. Bliżej Warszawy ta łąka zamieniła się w lasek. Zagrodzony. Coś tam jest. Budynek. Może dwa. Dalej Czerniaków. Stanąłem twarzą do tych drzew. Usłyszałem za sobą krótki oddech. Ludzki. Obróciłem się, słysząc oddech coraz bliżej i tętent. Biegnie. Człowiek. Nie jeden. Kilku. Rzędem. To oni tak oddychają. Sportowcy? Jeden w żołnierskich spodniach”. (125-126)

*

„Wiem, dlaczego elektrownia na Siekierkach kojarzy się z zamkiem. Jest wielka, graniasta. Ma wysoko długie rzędy okien, oświetlonych. I te oświetlenia falują od odległości na ciepłym powietrzu. Mrugają.

Siekierki

Byłem teraz, w środku nocy na Lotaryńskiej i na moście. Przedtem mnie kusiło jechać na plac Dąbrowskiego. Bo ten księżyc. Ale zaraz pomyślałem, że to ja między ziemią a tym księżycem tu w oknie – że ja stąd wzięty do Śródmieścia na balkon zmienię się. Bo zmieni się cały układ. Tu on wisi blisko, zalatuje Wisłą – ten księżyc – poświata daleka, piołunowa. Siekierkowskie psy.

Wchodząc na most, uświadomiłem sobie, że chcę księżyca w wodzie. Księżyc był. Jasny, okrągły. Drugi element – woda. Była. Lśniła. Dobry element. Bo do księżyca musi być coś drugiego. Tak jak do wszystkiego.

Ale mnie się chciało czegoś trzeciego. Odbicia. Spięcia. Byłem ciekaw, na jaki sposób będę rozczarowany. Na razie widziałem inne światła w wodzie. Szczególnie te po drugiej stronie – do Śródmieścia. Dużo ich. Pomyślałem, żeby przejść na tamtą stronę, ale potem przyszło mi do głowy, że stąd wydają się lepsze, podświetlone światłami na moście. Doświadczenie uczy mnie wciąż nieprzechytrzania. A ja nie zawsze słucham. Ale posłuchałem. Zresztą na drugą stronę mostu bardzo trudno przechodzić przez różne bariery.

(…)

Wracałem drugą stroną, twarzą do Pragi. Światła się rozlazły, co było do przewidzenia. Szło naprzeciwko mnie dwóch młodych. Podpici? Z bliska zaczęli się wydawać niepodpici. Ten młodszy nawet wydał się delikatniejszy. Powiewała mu biała koszula i mówił coś, tak że mu się dziwnie wykrzywiały usta. To z delikatności czy z ordynarności? Mijali mnie. Powiew mi doniósł ostrość ich mowy. Jeden nagle zrobił zwrot głową i powiedział bardzo głośno

– Spierdalaj, chuju!

Nie wiem, czy do mnie, czy do tamtego, jako przytoczenie cudzego zdania.

Zamyśliłem się, czy na innych planetach też jest tak duży procent tego rodzaju żywiołu mowy. Chyba też. Tylko cudzego nie czuje się tak skrótowo, piorunowo, wszystkimi fibrami.

Delikatności jest mało w kosmosie – zdaje mi się. A i z tej małej ilości wiele delikatnych objawów sami ośmieszamy”. (121-122)

Miron Białoszewski, Chamowo, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, strony w nawiasach

Chichot wsobny, a potem już tylko milczenie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s