Defetystyczna niedziela

„Czym stał się świat? Zbiorowiskiem istot, które coraz to bardziej zatracają to, co można by nazwać życiem wewnętrznym i kulturą ducha. Życie stało się życiem naskórka, który coraz to szybciej i zachłanniej chce dojść do czegoś, czego nie potrafi sobie nawet uświadomić, zagłuszając się tymczasem szybkością, rozrywką, opychaniem się wszystkimi zdobyczami cywilizacji bez miary, ponad wytrzymałość nerwów i mózgu (11.6.1942)”.

Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”, s. 296

Powróciłam do lektury „Szkiców…”, choć to nie jest deszczowy weekend. Ale ta niedziela ma w sobie coś tak głęboko schyłkowego, co zastępuje cały deszcz, cięcia strug i ściany wody (tu: wspomnienie piątkowej ulewy). Niewykluczone, że nastrój ten wywodzi się ze zbyt wczesnego przebudzenia – w niedzielę, o 6 rano, wbrew woli, a jednak bez przymusu – i z mgły unoszącej się nad łąką, gdy piłam pierwszą herbatę, szarą damę, patrząc przez okno.

Zakończę pogodniej. Nie czas szerzyć szarość.

„Niedziela. Śliczny, słoneczny dzień. Przepadam za sobotami i niedzielami. Nasza patronka już wie z góry, że jeżeli ktoś do nas telefonuje, to należy powiedzieć Monsieur et madame sont sortis* – i mamy święty spokój. Dzisiaj rano otworzyłem okiennice i od razu siknęło do pokoju słońce (28.6.1942)”. / s. 300

*państwo wyszli

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Defetystyczna niedziela

  1. Jeszcze kilka stron Baumana i zabieram się za Bobkowskiego…
    Faktycznie niedziela o charakterze, nawet ośmielę się użyć słowa, fatalistycznym!
    Już czuję w kościach nowy rok szkolny…Nie, dobrze, nie dobrze.
    Pozdrawiam. M.

  2. Bobkowski od dłuższego czasu leżał na moim biurku. Wracałem do niego raz po raz. Porwała mnie jego szalona i pełna życia jazda rowerem po Lazurowym Wybrzeżu, która miała miejsce dokładnie w czasie, kiedy na całej Europie kładł się cień hitleryzmu i ludzi zaczęło ogarniać szaleństwo – ale już raczej nie będące afirmacją życia, a wręcz przeciwnie: siejące śmierć i zniszczenie.
    Kiedy jednak Bobkowski dotarł do Paryża, miałem wrażenie, że z tych jego notatek uleciała para, ruch i finezja jazdy niemal bez trzymanki. Ale to nie trwało długo. Kiedy wyjechałem poza moje Wielkie Miasto (nota bene w miejsce niezbyt odległe od tego, w którym Bobkowski dokonał żywota), tam w ukropie tropiku i blisko dżungli chowałem się przed słońcem właśnie z książką Bobkowskiego, który stał mi się towarzyszem na kilka długich dni – a jego zapiski znów nabrały tempa… może nie tyle karkołomnego, co… łamiącego głowę, a już na pewno pobudzającego mózg do ogarnięcia myśli oryginalnej, jeśli nie skrajnie indywidualistycznej.

    A teraz próbuję od tego wszystkiego ochłonąć i uporządkować sobie w rozpalonej nieco głowie to, czym zainfekował mnie Bobkowski.

    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s