Spacer po Nowym Jorku

Deszczowe polskie lato zachęca do wyruszania w dalekie podróże. Im słoneczniej i cieplej, tym lepiej. Gdy wyczerpią się zapasy wolnych dni, gdy opustoszeją kiesy, nie pozostaje nic innego, jak zabrać się za czytanie o podróżach. A jeśli nie o podróżach, to chociaż o odległych miastach, w których nigdy się jeszcze nie było, a do których chciałoby się wyruszyć. Choćby jutro. Choćby dzisiaj.

Takim miastem, do którego spakowałabym się w ciągu godziny (uwierz, Tomku), jest Nowy Jork. Do lektury przewodnika subiektywnego po tym mieście, klawiatury Kamili Sławińskiej szykowałam się od roku – gdy wreszcie nadszedł czas „Nowego Jorku”, przyszło wraz z nim lekkie jak szampan oczarowanie i niestety, rozczarowanie, też jak po szampanie.

Kamila Sławińska, dziennikarka, warszawianka, która w 1998 roku przeprowadziła się za ocean do, jak wyjaśnia, mężczyzny, którego nigdy wcześniej nie widziała, opisuje fascynujące ją miasto, pardon, Miasto – Nowy Jork, który po pierwszych negatywnych doświadczeniach młodej emigrantki stał się dla niej prawdziwym domem. Domem, z którego nie chce wyjeżdżać ani na chwilę, bo ma poczucie, że traci przy każdym opuszczeniu go coś wartościowego, coś, czego w żaden sposób nie uda jej się odzyskać.

„Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” powstał na podstawie pisanego przez Kamilę Sławińską bloga. I czytanie tej książki również przypomina przeglądanie bloga – całość skomponowano z krótkich, urywkowych podrozdziałów, posegregowanych według tematyki. Są zatem „wpisy” o nowojorczykach, o miejscach na spacery, o jedzeniu, o sztuce, o muzyce, o zakupach. Ta konstrukcja przypadła mi do gustu.  Dzięki niej, tak jak przez większość książek o krótkich rozdziałach, przez „Nowy Jork” pędzi się w czytaniu na złamanie karku. Słowa gubimy jedynie na własne życzenie, z premedytacją, kiedy chcemy jak najszybciej zapomnieć przeczytaną właśnie banalną pointę wieńczącą skądinąd bardzo dobry „wpis”.

Oprócz konstrukcji i zazwyczaj lekkiego pióra autorki (spuśćmy zasłonę milczenia na te ciążące zakończenia), nie zawodzi również dobór tematów. Kamila Sławińska dotrzymuje obietnicy i faktycznie zabiera nas na wędrówkę poprzez mniej znane miejsca Nowego Jorku. Ignoruje to, co znajduje się w każdym przewodniku, nie pisze o Empire State Building i zapierających widokach. Nie. Zamiast tego, pokazuje nam parki, do których (nie) można wyprowadzać psów. Zamiast tego, każe nam podnieść głowy do góry i zobaczyć beczki na szczytach budynków, z których ich mieszkańcy czerpią ciepłą wodę, a które dla niej są nieodłącznym, charakterystycznym wyłącznie dla Nowego Jorku elementem architektury. Jeździmy z nią metrem posłuchać jedynych po tej stronie Atlantyku wróbli. Chodzimy na wystawy, podglądamy życie nowojorczyków, dajemy prowadzić się narracji i wczuwamy w tempo życia najbardziej znanego z filmów, książek i muzyki amerykańskiego miasta.

Do którego jeszcze bardziej chce się przez to pojechać.

Niestety, nie wszystko zachwyca równie mocno jak samo miasto stające się w naszych oczach coraz silniejszą osobowością. Przez to, że przewodnik Kamili Sławińskiej powstał z jej subiektywnych odczuć i wyborów ścieżek, przez większość czasu mamy do czynienia z autorką – co ona pomyślała, jak jej się szło (lekko czy nie) etc. Dopóki Sławińska nie staje się snobką, dopóty jest to całkiem urocze. Jednak gdy opis wystawy otwiera chełpliwym „poszliśmy na wystawę w piątek, wtedy gdy inni idą po strawę dla ciała, my poszliśmy po strawę dla ducha” – powoduje to lekki szczękościsk. Tacy jesteśmy lepsi, my, Kamila Sławińska? To wywyższanie się nad resztę bliźnich przydarza się niestety autorce nad wyraz często, przez co zaczyna się ją odbierać jako ździebko pretensjonalną.

Zresztą – jednak podnoszę tę zasłonę milczenia spuszczoną parę akapitów wcześniej – ten akcent przebrzmiewa również w innych aspektach jej pisania. Czytamy frapujący fragment jej książki, kiwamy głowami z zadowoleniem nad dobrze napisaną relacją, a tu – bach! Jakże nas nie sieknie Sławińska trącącym banałem zakończeniem. Gdyby nie to, że nie popieram dewastowania książek, kilka podsumowań zamalowałabym czarnym markerem, by nikt więcej nie zawstydził się przy ich lekturze tak jak ja.

W czasie lektury powracały do mnie nieustannie wspomnienia o „Dzienniku amerykańskim” Julii Hartwig. Choć napisane w odstępie kilkudziesięciu lat, są podobne – dotyczą tego samego miasta, obie książki zbliżone są do siebie formą (blog/dziennik – zapis początkowo tworzony bynajmniej nie z myślą o publikacji). Jednak jakże solidna przepaść dzieli pisanie obu pań. Subtelna w słowach Julia Hartwig nigdy nie zniżyłaby się do banalnej pointy – wolała pozostawiać otwartą furtkę niż domykać zbyt oczywiście rozmaite kwestie, które nigdy przecież nie są jednoznaczne. Będąc bardziej osobistą w relacjonowaniu, Hartwig mimo wszystko ani przez chwilę nie drażniła jakąkolwiek narzucającą się innym postawą, nie zgrzeszyła snobizmem czy próżnym wywyższaniem się nad innych. A o doskonałości jej języka – tak mgliście szaro nastrojowego – nawet nie chcę pisać w kontekście Kamili Sławińskiej. Zwłaszcza że na porywający styl pisania bynajmniej Sławińska nie stawiała. Jedyne, co, zdaje się, chciała osiągnąć, to opisać to wyjątkowe miasto na swój własny, oryginalny sposób. I to jej się szczęśliwie udało, summa summarum z korzyścią dla nas, pozostających po tej stronie oceanu, wypatrujących przeciwległego brzegu bezskutecznie.

Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny
wyd. W.A.B., Warszawa 2008

Reklamy

6 uwag do wpisu “Spacer po Nowym Jorku

  1. Zabawne, czuję się, jakby ktoś deptał mi po czytelniczych piętach, albo raczej – jakbym kopiował cudzą listę lektur, bo też przygotowałem sobie żółte tomiszcze Sławińskiej na najbliższe dni :) Oby pretensjonalność Sławińskiej nie była z gatunku Bobkowskiego (to jest jednak wyjątkowa książka, skoro tak do niej wracam).

    1. Widziałam Sławińską w Twoich planach i jestem ciekawa, jak będzie brzmiał readeatslipowy werdykt. :) Bobkowskiego i Sławińskiej nie stawiałabym w jednym zdaniu – jednak różnica jest, moim zdaniem, miażdżąca. Choć językowo Sławińska niezgorsza. Ale niestety nie to pamiętam najlepiej z lektury. Tak czy owak, czekam na opinię zwrotną.

  2. U mnie Sławińska znajduje się w poczekalni też jakoś od roku, po lekturze recenzji Verdiany z Bnetki. Po Twojej – niewykluczone, że stanie najpierw na „Dzienniku” Pani Julii, a „Przewodnik niepraktyczny” poczeka na wolny czas… Kiedyś tam… Dzięki za ciekawy, jak zawsze, wpis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s