Jak Eco kusił włoskim komiksem

Z tej książki biorą się początki mojego zainteresowania komiksem. Czytałam ją w autokarze w drodze do Brukseli. Obok drzemał Adam, a ja jak zwykle w czasie podróży nie mogłam spać. Na szczęście był ten opasły, czarno oprawiony tom – „Tajemniczy płomień Królowej Loany”, czyli książka Umberto Eco o antykwariuszu, który po utracie pamięci próbuje ją odzyskać przeglądając książki, komiksy i plakaty filmowe, które dawniej go fascynowały.

Choć komiksom Eco poświęcił tylko rozdział, najlepiej pamiętam te właśnie fragmenty. Możliwe, że dzięki tym wielobarwnym planszom, które z co drugiej strony przyciągały uwagę. Zamarzyło mi się wtedy mieć taki album komiksowy, najlepiej włoski i sprzed wielu, wielu lat. Udało mi się taki kupić jakiś czas temu na targu używanych książek pod Rzymem – stary komiks o kowbojach. Niewiele z niego rozumiem, bo nie znam włoskiego, ale już samo posiadanie go, możliwość wzięcia go do ręki i przerzucenia od czasu do czasu kolorowych, choć mocno wypłowiałych rysunków wystarcza. Po kolejnym zetknięciu się z nim na terenie mieszkania, przypomniałam sobie o początku tego wszystkiego – o Eco i „Płomieniu…”. Stąd dziś kilka fragmentów o włoskim (i nie tylko) komiksie lat 30. i 40. XX wieku.

***

Do tyłu pięści

„(…) wróciłem na strych, gdzie wyłowiłem paczkę związaną sznurkiem, zawierającą około trzydziestu zeszytów (po sześćdziesiąt centymów sztuka) przygód Buffalo Billa. Nie były ułożone w porządku chronologicznym. Widok pierwszej okładki spowodował we mnie wyładowanie tajemniczych płomieni. Brylantowy medalion. Buffalo Bill, z odchylonymi do tyłu zaciśniętymi pięściami, z posępnym błyskiem w oczach, rzuci się zaraz na bandytę w czerwonej koszuli, grożącego mu pistoletem”. (s. 150)

 

Zagłada

„Za kolekcją „Topolino” leżało kilka roczników „Avventuroso”, gdzie wszystko było inne. Pierwszy numer nosił datę czternasty października 1934 roku.

Sam nie mogłem go kupić, bo miałem wtedy mniej niż trzy lata. Powiedziałbym też, że nie kupili mi go tatuś i mamusia, bo zawierał historie przeznaczone nie dla dzieci: były to komiksy amerykańskie skierowane do odbiorców dorosłych, choć umysłowo niezupełnie dojrzałych. Miałem więc do czynienia z egzemplarzami, w których posiadanie wszedłem później drogą wymiany. Natomiast z pewnością kupiłem starsze o kilka lat albumy dużego formatu w wielobarwnych okładkach, przedstawiających sceny z zawartych wewnątrz opowiadań – na wzór filmowych zwiastunów.

Zarówno sam tygodnik, jak i te albumy musiały otworzyć mi oczy na nieznany świat. Poczynając od pierwszej przygody na pierwszej stronie pierwszego numeru „Avventuroso”, zatytułowanej Zagłada świata”. (s. 237)

 

Krak-krak

„Przeglądając inne albumy, w rosnącym natężeniu tajemniczych płomieni, każących mi połykać tom za tomem, odkrywałem bohaterów, o których nie było nigdy mowy w moich szkolnych podręcznikach. Czino i Franko, noszący jasnoniebieskie koszule Patrolu Kości Słoniowej, przetrząsali dżunglę w symfonii bladych barw. Ich zadanie polegało także na poskramianiu nieposłusznych plemion, lecz przede wszystkim – na zwalczaniu przemytników kości słoniowej i handlarzy niewolnikami, wykorzystujących ludność kolonii (iluż złych białych przeciw dobrym o czarnej skórze!). Podczas polowań, zarówno na handlarzy, jak i na nosorożce, ich karabiny nie huczały bang-bang lub wręcz bum-bum jak w naszych włoskich komiksach, ale krak-krak; owo krak musiało wcisnąć się jakoś w najtajniejsze zakątki moich płatów mózgowych, do których usiłowałem się włamać, bo słyszałem jeszcze teraz te dźwięki jak egzotyczną obietnicę, wskazującą mi inny świat. I znowu dźwięki, lub raczej ich alfabetyczna transkrypcja, w większym stopniu niż obrazy uprzytomniały mi istnienie śladu, który wciąż się wymykał.

Arf arf bang krak blam buzz kai spot cziaf cziaf klamp splasz krakl krakl krancz deleng gosz grant honk honk kai meou mambl pent plop puut roarr dring rambl blomp sbem buiz skrankete slem puf puf slerp smek sob galp sprenk blomp skwit slum bam tamp plek kleng tomp smasz trek uaaag vrum dżidep juk splif oug zing slep zum zzzz sinf…

Hałasy. Widziałem je wszystkie przeglądając jedno pisemko za drugim. Od małego przywykłem do flatus vocis – gry, powiewu dźwięków. Z różnych odgłosów przypomniałem sobie „ciach” i pot wystąpił mi na czoło. Spojrzałem na ręce – drżałem. Dlaczego? Gdzie przeczytałem ten dźwięk? A może tego jednego nie przeczytałem, lecz usłyszałem go?” (s. 240)

 

Nas szpiegujący

„Inny świat, mogący poważnie zaszkodzić poprawności języka, którego uczono mnie w szkole. Tłumaczeniom z angielskiego daleko było bowiem do doskonałości (pewna postać z opowiadań o Mandrake’u mówiła: „Tu jest królestwo Saki… Jeśli się nie mylę, on może być nas szpiegujący”, a na okładce jednego z pierwszych albumów serii widniało imię bohatera tytułowego we włoskiej wersji Mandrache). Jakie to jednak miało znaczenie? Nie ulega wątpliwości, że w owych albumach będących na bakier z gramatyką napotykałem bohaterów różnych od tych, których zalecała mi kultura oficjalna. Może właśnie dzięki tym rysunkom w wulgarnych (lecz jakże przyciągających!) kolorach spojrzałem inaczej na Dobro i Zło”. (s. 243)

Umberto Eco, Tajemniczy płomień Królowej Loany
przeł. Krzysztof Żaboklicki,
wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2005

Reklamy

5 uwag do wpisu “Jak Eco kusił włoskim komiksem

  1. Dostałem „Tajemniczy płomień” kilka lat temu i do dziś nie przeczytałem, mimo szczerych chęci (bo tam coś chyba też pisze Eco o fotografii, prawda? tak mi się kojarzy). A powieść w ogóle fajna, czy tylko z racji komiksów o niej piszesz?

    1. O fotografii było raczej niewiele, z tego co pamiętam. A ogólnie – cóż, gdy czytałam jakieś 4 lata temu, całkiem mi się podobało. Ale co bym teraz sądziła o tej książce? Nie wiem. Bardzo możliwe, że wrażenia nie byłyby już takie pozytywne.

  2. będąc w Rzymie w styczniu rok temu, natknąłem się na jeden z najlepszych sklepów z komiksami.
    na ścianach wisiały wielobarwne, duże plansze, z autografami, z dodatkowymi szkicami odręcznymi.
    sklep bardziej przypominał galerię sztuki współczesnej.
    był swietnie zaopatrzony, nie tylko we włoskie przekłady, ale także miał regały z komiksami po francusku i angielsku.
    prowadził go starszy pan. pamiętam, że miał na sobie żółty, jasny, sweterek.
    żywo i życzliwie rozmawiał z jakąś parą młodych ludzi.
    nie potrafiłem wyjść z tego sklepu….

    a inny bardzo fajny sklep z komiksami miałem okazję zobaczyć w Palermo.

  3. To jest pretekst, żeby wybrać się do Palermo. Zwłaszcza że jeszcze nie byłam na Sycylii.
    W ogóle – może przez tego Eco, ale nie tylko przez niego – z komiksem nadal najbardziej kojarzą mi się Włochy. Mam wrażenie, że Włosi z większym szacunkiem podchodzą do komiksów, więcej ludzi się nimi tam interesuje – nie traktują ich tak po macoszemu.

  4. we Francji, Belgii, Szwajcarii jest chyba jeszcze większa atencja.

    Sycylię polecam!
    obiecałem sobie, gdy wyjeżdżałem, że będę wracał na tę wyspę co kilka lat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s