Recenzja

Jestem recenzją. Pojawiam się na łamach, z przekonaniem mówię na stronie, bywam opiniotwórcza i przydatna. Do twarzy mi w różnych formach. Wiedzą o tym moi liczni partnerzy, ci, którzy mnie tworzą, czyli recenzenci. Ponoć czasem ktoś mnie czyta i do czegoś – np. do wysuwania koniuszka języka i wniosków – go to prowadzi. Nie wiem, czy w to wierzę. To znaczy w wysunięte wnioski (sterczące jak włoski na ramionach, gdy chłodno), bo w koniuszek języka to i owszem, wierzę.

Jako recenzja mogę łamać karierę. Mogę być krytyczna, złośliwa, szydercza, subiektywna, pozytywna – choć pozytywne nastawianie to u mnie rzadkość. Gdy jestem zbyt na „tak”, czytający, zwłaszcza polscy, kręcą nosami z niedowiarstwem – że niby przyjęłam łapówkę, że jestem stronnicza. Ci, o których sądzę, mówią o mnie często „zła” i boleją nad złym piarem, jak nad stłuczonym kolanem czy lustrem.

Ale mnie wszystko jedno, bo jestem niezawisła, od nikogo zależna. W politykę żadną się nie mieszam, bo jestem przede wszystkim kulturalna. Interesuję się literaturą, teatrem, filmem. Pojawiam się od czasu do czasu w kontekście wystaw malarskich itp. Mówię swoje, dorzucam trzy grosze, wypowiadam opinie, feruję sądy, ździebko upupiam i z wdziękiem gnębię. Oceniam, pluję i muchy łapię. Zbijam bąki. Nie robię kokosów.

Lubię być krótka i dosadna, w słowach nie przebieram. Kończę się pointą. Lub jej brakiem. Nieważne. I tak wcześniej czy później, a raczej to pierwsze niż to drugie, ląduję w koszu na śmieci.

[próby zabawy w Ignacego Karpowicza]

***

„Balladyny i romanse” Ignacego Karpowicza frapują od pierwszej chwili. Tej, w której przedstawia się nam chińskie ciasteczko, na dodatek mówiąc o sobie jako ‘ono’ („nazywom się”, dla przykładu). Oryginalną formę rzucając w kąt, zaczynamy zastanawiać się, o czym do diabła będzie to książka. Niby balladyny, niby romanse, a tu – ciasteczko z przepowiednią? Od strony do strony poznajemy jednak kilku bohaterów i wiele różnych pojęć „zaprzyjaźnionych” z ciasteczkiem (m.in. entropię, opis przyrody, kurtynę, prawdę). A wszystko to ciekawe, bo.

Bo zwyczajni w sumie ludzie, tacy jak sprzedawczyni w spożywczym Olga, jej bratanica i studentka polonistyki Anka, osiemnastoletni Janek, który wziął się nie wiadomo skąd i włamał się na dłużej, korpo-Kama w ciąży, wykładowcy Rafał i Bartek – wszyscy oni żyją w zwyczajnym świecie, który znamy. Znamy zbyt dobrze, bo wszystko to takie polskie, z naciąganiem na europejskość. Ich styl życia, dążenia, relacje z przyjaciółmi, już o zjazdach rodzinnych nie wspomnę. Żyją sobie spokojnie i już to Karpowicz potrafił uczynić ciekawym, dzięki językowym gierkom i skojarzeniom, bawieniem się formami i perspektywami, przerzucaniem się pomiędzy losami postaci – jakby sam Karpowicz był nie tylko wszechwiedzącym narratorem, ale i jednym z mieszkańców miasta miast, góry gór itd., czyli dowcipnym bogiem.

Z bogów (greckich, chrześcijańskiego i egipskich) zrobił to, o czym pewnie wielu już myślało – wyluzowanych, przedsiębiorczych bądź leniwych, zwykłych ludzi. Zwykłych plus nieśmiertelnych plus wszechmocnych. Nike to właścicielka firmy o tej samej nazwie. Hermes to kurier. Jezus ma kompleks na tle wszechwładnego ojca i daje mu się manipulować. Atena to sztywniara, którą mało kto lubi. Afro(dyta) lubi zaszaleć. Mieszanie ich w nieprawdopodobne pary, zwyczajne ich niebiańskie i ziemskie sprawy, wszystko oparte w kontekście naszej super epoki z Internetem, komórkami i czym tam jeszcze – to po prostu boska zabawa (dla czytającego, i jak podejrzewam dla piszącego).

Na szczęście, to coś więcej niż zabawa, choć pod pozorem zabawy się rozgrywające. „Balladyny i romanse” to drwina ze współczesnego (polskiego) życia. Karpowicz kpi z korporacyjnych dążeń. Wskazuje palcem bezcelowość wszystkiego. Ukazuje w całej okazałości papko-życie bez innych celów niż finansowe, wszędobylską samotność, brak wiary w cokolwiek, a już na pewno w bogów.  Strasznie smutno ten ogół musiałby wyglądać z perspektywy niebiańskich panów. Musiałby, gdyby oni w ogóle się interesowali losem ziemian. Tak naprawdę, to egoiści tak jak wszyscy i ludzie nigdy ich nie interesowali. Dbają tylko o własne interesy, chuchają na swoją próżność i zaspokajają fantazje. Szczytem egoizmu jest zamknięcie nieba i piekła i ucieczka na ziemię. (I zabranie ludziom kawy i żelazek.) Bogowie wolą życie na ziemi i śmierć jak każdy. Taką teraz mają fantazję. A po nich choćby potop.

Potężna to księga, skrojona na miarę naszych pop-czasów. Jedna z tych powieści, o których mogę powiedzieć (cytując wyrażenie Wojciecha Kuczoka), że nie chcę się z nich wyprowadzać.

Ignacy Karpowicz, Balladyny i romanse
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

Reklamy

12 uwag do wpisu “Recenzja

  1. Moi przyjaciele zachwyceni Gestami, moze słowo zachwyceni nie bardzo tu pasuje, ale wystarczajaco im sie podobała, by mi ja dzisiaj podrzucić, zatem na weekend pod namiot z dobra ksiązka pojadę.
    Balladyny i romanse sa właśnie w obiegu, więc pewnie trochęczasu minie zanim podzielę sie z Toba swoimi wrazeniami.
    Pomysl na bycie recenzja, boski:)
    Pozdrawiam

  2. Balladyny i romanse” Ignacego Karpowicza wciągają od pierwszej chwili.
    Nie da się (nieśmiała sugestia) inaczej? Bo mnie to przeraża i odstrasza.

  3. Naturalnie, że lepiej. Choćby ze względu na porę roku i café frappé ;)

    A tak poważniej: przy Twych stałych wysokich lotach (to nie komplement, to trzeźwa konstatacja faktu) to zdanie lekko mnie dotknęło swą, jakby tu powiedzieć, kolokwialną przewidywalnością. Pomijam już domyślną normatywność przekazu (bo wciąga = wciąga recenzenta, wciąganie dotyczy zawsze kogoś) – to Twoje prawo. Mnie się to zdanie skojarzyło jednoznacznie z widzianą niegdyś socreklamą: „Kupcie. Bo dobre. ”

    Ale może to tylko mój problem i znów się niepotrzebnie czepiam. Przeczytałem przecież z wdzięcznością i przyjemnością. :)

  4. Skoro to nie komplement, to nie dziękuję, za to postaram się utrzymać wysoki lot. A samo słowo, przyznaję, jest kolokwialne i przewidywalne w pisaniu o książkach / filmach, więc właściwie – a co, kto mi zabroni – zmieniam na „frapują”. Ze względu na café frappé również. ;)

  5. „Balladyny i romanse” to z całą pewnością mój najlepszy książkowy zakup ostatnich czasów. Kupiłam ją na początku roku, gdy tylko dostała Paszport Polityki, ale udało mi się przeczytać dopiero kilka tygodni temu i gdy odkładałam tę książkę (z niechęcią!) pomyślałam sobie: „O Boże, jak dobrze, że mam ją na własność” :) Świetnie oddałaś „styl karpowiczowski” tak a propos :)

  6. Dziękuję za miłe słowo, dziękuję – dygam z wdziękiem (mam nadzieję). A z posiadania własnego egzemplarza również cieszę się niepomiernie. Większe szanse, że się kiedyś jeszcze do tej prozy powróci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s