Pociągiem przez literaturę

Lato w pełnym rozmachu, upał rozbuchany. Nic, tylko myśleć o wakacjach, planować wojaże, palcem kreślić mapy wypraw. A jak już jeździć, to najlepiej wzdłuż i wszech. Jeśli wzdłuż i wszerz, to koniecznie tym rodzajem transportu, który ma liczne przewagi nad innymi. Tym stukająco-turkoczącym, ślamazarnym i trzęsącym odrębnym środowiskiem życia – czyli po prostu pociągiem. Nie to co w autobusie – można tu wstać, przejść się, innym za kurtynkę zajrzeć. Nie to co w samolocie – jest, gdzie nogi wyciągnąć i nie tylko machające rękoma stewardessy spieszą uatrakcyjniać lokomocję. Płynna trwa podróż, ciągnie się krajobraz nieprzerwany i, co już podkreślał po wielokroć Paul Theroux, nie ma zachwiania w continuum przestrzeni, klimatu, języka. Wszystkie zmiany można obserwować przez okno, a jeżeli jest się typem odpowiednio wytrwałym, niepodatnym na kolejowego śpika, to kto wie, może i je się zauważy, uchwyci granicę jednej panoramy, jej ukryte przerywane linie, jak łączą się z kolejnym obrazkiem, tworząc złudzenie naszej rzeczywistości, w którą nie zawsze chce się wierzyć, w którą nie zawsze się wierzy.

Metafizykę odstawiając na boczny tor, możemy wgryźć się w psychologię współpasażerów. Kto nosi w sobie duszę hazardzisty, może wejść w zakład z samym sobą o skład zjadanych przez współpodróżnych kanapek lub trunków chlupoczących w ich bidonach.

13.05., piątek, godz. 21:51. Sms od m.:

„Jedziemy rowerowym przedziałem z Warszawy gdzieś na północ, do destynacji znanej tylko z nazwy. Na Mazowszu przedział rowerowy służy jako: palarnia, piwa pijalnia, miejsce obściskiwania się par bogatych w niejasne życiowe doświadczenia. Za oknami noc, w przedziale półmrok. Odechciewa się Warszawy. Oj tak”.

Całą rozprawę o bidonach i urokach podróży kolejami napisał już Wieniedikt Jerofiejew w poemacie prozą „Moskwa-Pietuszki”. Odpowiednio zaopatrzony (czytaj: trunki i cukierki) i przystosowany do parogodzinnej podróży (czytaj: zaprawiony), wsiada Wieniczka do pociągu na Dworcu Kurskim w Moskwie i jedzie. A gdy jedzie, to przytrafia mu się i metafizyka, w tym nie tylko boje aniołów i diabła o jego duszę, ale też wzniosłe a zabawne na każdy temat rozważania, ale też i wzmiankowaną wcześniej psychologię przychodzi mu badać czy, rozważniej byłoby napisać, przegapiać. W przedziale dzieli się opowieściami ze współpodróżnymi, losy ich wszystkich są podobne, gusta w napitkach nie inne, to i podróż toczy się lżej, szybciej, płynniej. Tak płynnie, że właściwie można rozpuścić się w sobie i odpłynąć do zupełnie innych krain, gdzie czeka ukochana „płowowłosa diablica” z dzieckiem, do tych krain utopijnych, do których Wienieczka jedzie i jedzie, i jedzie, i do których, po raz kolejny, nie dojeżdża.

Nigdy z kimś podobnym Wienieczce nie podróżowałam. Owszem, zdarzali się namiętni zjadacze kanapek. Tak, trafiali się zagadujący, ale temat zazwyczaj nie wykraczał poza pogodę i wygodę (lub jej brak). Pamiętam, raz jedna nieznajoma z Wrocławia długi czas perorowała przy mnie o tym, że inaczej podróżują pociągiem poznaniacy, a inaczej wrocławianie. Otóż ci pierwsi mieli mieć cechy outsiderskie, pełni mieli być chęci zaszycia się, a najlepiej wsadzenia nosa w książkę i ignorowania współpasażerów, podczas gdy drudzy nad przyjemności lektury przedkładać mieli nawiązywanie rozmowy i wszelkich kontaktów towarzyskich, gdyż im właśnie to sprawia radość. (Niniejszym potwierdzam prawdziwość obu tych poglądów. Czy teraz mogę już czytać dalej?)

U Wienieczki trafia się dziadek z wnuczkiem, ale zupełnie inne to postaci niż te nieznajome starsze panie, które są przekonane, że najbardziej na świecie chcemy poznać etapy rozwoju ich wnusia. Nie, nic z tych rzeczy. Dziadka interesuje tylko, co wiezie ze sobą Wienieczka i czy go poczęstuje.

Na szczęście, „Moskwa-Pietuszki” traktuje nie tylko o piciu. Pomiędzy sporządzaniem kolejnych drinków i ich łykaniem, toczą się najrozmaitsze dyskusje o filozofii, historii, kulturze i polityce, a we właściwej proporcji rozcieńczone dowcipem, śpiewem i dygresjami przyswaja się je lekko, niezauważenie łykając także tragiczną goryczkę, którą są zatrute wszystkie te rozmowy radzieckie.

A jak Rosja Radziecka, to już niedaleko kolej transsyberyjska, a od tego to ledwie rzut kamieniem do podróży przez Azję z Paulem Theroux (Wielki bazar kolejowy) i innych skojarzeń z pociągami, w których można np. zginąć (Agatha Christie, Orient Express) i pod które można się rzucić (Lew Tołstoj, Anna Karenina), w których można podjąć wiążące na całe życie decyzje (Alice Munro, Szansa) i wsiadając do których podświadomie zmieniamy nasze życie (Pascal Mercier, Nocny pociąg do Lizbony).

Skąd taki pociąg do kolei w literatach? Nie wiadomo. Może im też zdarza się rozmarzyć w taki upał rozbuchany, w taki gorąc rozpuszczający o turkocie, o stukocie, o stuporze – tak specyficznych dla podróży koleją.

À propos:

Wieniedikt Jerofiejew, Moskwa-Pietuszki (oryg. Moskwa-Pietuszki)
przeł. Barbara Dohnalik
wyd. Orbita, Warszawa 1991

Reklamy

11 myśli na temat “Pociągiem przez literaturę

  1. Bardzo lubiłam podróżowanie pociągami:) Można spotkać gamę różnorodnych osób, a po drugie poczytać, choć nie zawsze w spokoju. A „demon ruchu” czytałam, miałam, pożyczyłam i już nie wróciło. Pozdrawiam serdecznie

  2. „Moskwa-Pietuszki”: moja lektura na egzamin z literatury rosyjskiej. Fakt, jest w niej całe morze intertekstualnych zagadek, odniesień do różnych kultur. Warto poczytać o samym Jerofiejewie, wtedy też inaczej patrzy się na ten tekst. Na pewno jest okrąg i niemożność dojechania do Pietuszek. Różnie tłumaczona i interpretowana.

      1. Polecam, polecam, wisi notka u mnie. Oczywiście jest to powieść typowo polska, czyli szczątkowa fabuła, o Polsce i naszych ukochanych rodakach, wyliczanie wad, plucie jadem, ale dobrze napisana i z ciekawymi refleksjami. Trochę bernhradowska w stylu.

        1. Właśnie przeczytałam.
          I teraz tak się zastanawiam: z jednej strony brzmi ciekawie i jasne, o ukochanych rodakach i ich peregrynacjach z kubkiem latte chętnie poczytam, a z drugiej – martwi mnie ta szczatkowa fabuła. Marzy mi się, podobnie jak kiedyś Pilchowi, taka epicka polska powieść, o wszystkim, ale mniej jadowita, a bardziej przekrojowa, z rozmachem. Ciekawe, czy doczekam.
          A po „Trociny” siegne wkrótce.

          1. Coś tam się dzieje, są fabularne niespodzianki, ale nie więcej, niż zazwyczaj. Czasem się zastanawiam, czemu nasi pisarze nie potrafią snuć historii, zawsze ta Polska; jak mam ochotę na fabułę, to czytam jakąś amerykańską powieść, albo po prostu zagraniczną. Też bym chciał doczekać :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s