Saga, kokon i płeć

„Middlesex” Jeffreya Eugenidesa to książka, którą ustawia pierwsze zdanie:

„Urodziłem się dwukrotnie – po raz pierwszy jako dziewczynka, w dzień wyjątkowo pozbawiony smogu, w Detroit, w styczniu 1960 roku i ponownie jako nastolatek na oddziale pomocy doraźnej w okolicach Peteskey w stanie Michigan, w sierpniu 1974 roku”.

Wiemy praktycznie wszystko, co potrzebujemy wiedzieć, a reszta? Reszta wyrasta z tego zdania. Wyrasta jednak w dwóch kierunkach – w przeszłość i w przyszłość, a momentami staje w miejscu i teraźniejszość wydaje się zawieszeniem, jedną z tych chwil, kiedy nic się nie dzieje. A przecież to właśnie ona jest tą maszynką, która mieli przód, aby stał się tyłem. Co jest czym, już pozostawiam dowolnej interpretacji.

Za bardzo interpretować nie trzeba książki Eugenidesa. Jak to u Amerykanów, wszystko bezpośrednio i wprost powiedziane, bardzo easy-going. To cecha, którą można się zachwycić i którą można znielubić. Chociażby na przykładzie „Middlesex”, by daleko nie szukać. Ale od początku – to na pewno spodobałoby się amerykańskiemu pisarzowi, a i nam zaaplikuje tak niezbędny w ten chaotyczny poniedziałek Ordnung.

Rozrost w tył

Od napęczniałego od informacji pierwszego zdania akcja rośnie najpierw w tył, czyli w przeszłość, czyli do czasów dziadków Calliope. Mieszkają oni w maleńkiej wiosce, w chatce na wzgórzu i są rodzeństwem. On – bujnie imprezuje, by zagłuszyć zakazane uczucie wobec swojej siostry. Ona – hoduje jedwabniki i zarabia na jego hazardy. Skoro już zyskali miano „dziadków Calliope”, domyślacie się na pewno, że namiętność nie dała się zagłuszyć, a wręcz przeciwnie rozbuchała na równi z pożarem wojny, który ogarnęł ojczyznę rodzeństwa /dziadków.

Dalej akcja toczy się już w Stanach jako saga rodzinna. Rodzą się kolejne pokolenia, rodzina rozrasta się, jak narracja Eugenidesa, dwukierunkowo, z tym że wprzód i wszerz. Drzewo genealogiczne wypuszcza nowe gałęzie, zapowiedź kolejnych liści. A wraz z nimi zwija się wokół własnej osi wadliwy gen, błąd w DNA, który prowadzi do tego, do czego pije już pierwsze zdanie książki. Ale to za chwilę. Jeszcze na moment zatrzymajmy się przy emigranckiej rodzinie i jej losach.

Jest to przykład współczesnej sagi. Kolejnej po np. twórczości Zadie Smith, która w zabawny i kąśliwy sposób łączy oba tematy: czyli emigrację i historie rodzinne. Zarówno u Zadie, jak i u Jeffreya całość opowiadana jest w podobnym tonie, podobnie skonstruowana, a po lekturze pozostaje ten sam gorzki posmak. Czy już nie powstanie rzecz na miarę „Buddenbrooków” Thomasa Manna? Marzy mi się taka współczesna saga rozpisana na wiek XX i XXI, która nie chciałaby przede wszystkim nas zdumieć i wciągnąć, a raczej skłoniła do powolnej lektury i do melancholijnej refleksji.

Dawnych sag już nie ma – godzę się z tym i przeskakuję dalej, chodźmy!, tym razem

Do przodu

Wyskoczmy razem w 50 lat później, kiedy rodzi się Calliope, a nieuważny lekarz przegapia dość istotne różnice między dzieckiem, które nazwał dziewczynką, a dzieckiem, które nazwałby chłopcem. W tej części historii, w której Calliope/Cal odkrywa, że nie jest taki, jak koleżanki ze szkoły, w tej części najbardziej nam współczesnej i namacalnej, zakotwiczone są dwa tematy: poczucie własnej spójności i tożsamość płciowa. Nie tylko Cal poszukuje odpowiedzi na pytanie, kim jest. Odpowiedzi tej szukają również wszyscy członkowie jego rodziny, na tym odległym im kiedyś kontynencie amerykańskim próbując pojąć, kim są i kim powinni zostać; zdecydować, co odrzucić i pozostawić za sobą jako przeżytek (niepotrzebny już kokon?) i niepasującą już tradycję, a co zabrać w drogę i przekazać młodszym pokoleniom.

Ale kolejnym pokoleniom, czyli właściwie komu? Bratu hippisowi, który nie wie, co zrobić ze swoją przyszłością, czy Calowi/Calliope, który(a) nie wie, czy ma w ogóle przyszłość i jeśli tak, to jako kto: mężczyzna czy kobieta? W tej części interesujące są przede wszystkim nie tyle emocje Cala, nazywającego się w pewnym momencie obojnakiem, co warstwa naukowa, podejście psychiatryczne, które zakłada, że możliwe jest wychowanie dziecka wbrew jego biologicznym cechom i że to wychowanie może być istotniejsze niż genetyka i biologia. Same ciekawe sprawy.

Czytałam o „Middlesex”, że jest to książka kontrowersyjna, szokująca. Mnie nie wydała się ani taka, ani taka. Brak wrażliwości? Obojętność? Czy wszechobecny unisex? Skoro  role społeczne obu płci się przenikają, stopniowo się zacierając, skoro moda jest wspólna (i prezentowana przez mężczyznę stylizowanego na kobietę) i kosmetyki, to i płeć na dobrą sprawę może być jedna? Wszystko unisex, Cal/Calliope jako żywy przykład.

Do środka

Jeszcze sprawa rzuconego w tytule tekstu kokonu. Bardzo zgrabnie Jeffrey Eugenides tworzy z niego motyw przewodni. Wprawnie rozplata nitkę jedwabnika i wczepia ją w niepokojące sny babci Calliope, przemyca kokony w jej walizce emigrantki, przechowuje przez lata i przywołuje w przenośniach. Jest w tym powracającym kokonie i jedwabnikach pewien rytm, jak znacznik upływającego czasu i jak ogólny symbol wszystkich przemian, które zachodzą w rodzinie Calliope.

Świetna książka do przeczytania, jeśli szuka się niezakłócanej niczym ucieczki od rzeczywistości. Bardziej ‘tak’ niż ‘nie’, choć nie powala jak wielka literatura, jak taki np. wszechwładny T. Mann. Ale przecież nie zawsze chodzi o to, aby totalnie powaliło.

Jeffrey Eugenides, Middlesex
przeł. Witold Kurylak
wyd. Sonia Draga, Katowice 2008

Reklamy

2 myśli na temat “Saga, kokon i płeć

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s