Rok grubych książek

Dni coraz dłuższe, coraz jaśniejsze przynoszą też więcej odkrytych przestrzeni do czytania. Książkę chce się już czytać nie tylko w wygodnym fotelu, w ciepłym świetle lampy, ale i na spacer ją zabrać, na przejażdżkę rowerem czy choćby tylko wyciągnąć na, jakby ekspediowane z południowych stron świata, krzesła ogrodowe. Wszystko sprzyja czytaniu. W znośnej temperaturze, znośnej, bo powoli, powolutku  zaczynamy przypominać sobie nieznośne jej stany, które zacznie przybierać nie wiadomo, czy za tydzień, czy za dwa miesiące, w znośnej zatem jeszcze temperaturze, przyjemnie otulającej ciepłem, zachęcającej do nagrzewania skóry, wystawiamy książkę na ciosy jasne, rozpływające się, wybielające litery na stronach.

Ten rok, z tą wcześnie, bo w kwietniu, rozpoczętą porą ciepłą, skazany jest na bycie  rokiem grubych książek. Zdarzyły się już opasłe tomiszcza do tej pory, a będzie ich – wraz ze wzrostem na Celsjuszowej cezurce – przybywać.

Do przeczytanych już, niezaprzeczalnie grubych Gentlemanów, Zbyt wiele szczęścia, Niepocieszonego i Middlesexa (dwóch ostatnich recki bardzo wkrótce) dołączą Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza, Listy do córek tegoż, Muzeum niewinności Pamuka, dwa tomy Opowiadań Cortazara, dwa tomy opowiadań Nabokova, a kto wie, może nawet czekający życzliwych mu czasów Shōgun Jamesa Clavella, za który oboje z Tomkiem boimy się od dłuższego czasu zabrać. Już o tym, że jak co lata będę czytać kolejny tom Różoukrzyżowania Henry’ego Millera – z wcale nie tajemniczych względów lektura jego książek jakoś szczególnie dobrze rozwija się w klimatach tropikalnych, skwarnych i roztapiających – nie będę w ogóle wspominać. Na zbyt oczywistą oczywistość może to zakrawać.

Grube książki. Szczęśliwy dla nich nastał czas. Ich waga, ich nieporęczność, ich zdolność do przykucia nas na długie tygodnie do siebie, ich podobne kotwicom zdolności do zacumowania nas w jednym punkcie, w jednym fotelu na przedłużający się okres, kiedy odporni jesteśmy pokusom towarzyskich zaproszeń, kiedy czar podróży jakby słabnie. Wszystko to, co teraz jest zaletą, jeszcze nie dalej niż dwa miesiące temu, było obciążeniem, zarzutem i wadą. Budziło strach niemalże. Każda książka, byle nie ta gruba. Gruba to więzienie, dodatkowe w stosunku do mrozów, trzymających nas spolegliwych względem pogody, lecz coraz wredniejszych wobec bliskich w czterech ścianach domów. Opasły tom jeszcze w marcu był nie przyjemnym ciężarem, a nie dającą się w żaden sposób podźwignąć kulą u nogi czy, właściwiej, ręki.

Dobre czasy nastały. Korzystne dla ignorowanych dotąd grubasów.

Advertisements

20 uwag do wpisu “Rok grubych książek

  1. Oj tak…teraz faktycznie taki czas,że chce się czytać,chociaż… kiedy się nie chce??? :)
    Grube tomiska mnie fascynują,ale poza tym stoją na mojej półce i trochę straszą. ;)

    1. Bazyl, też myślałam o „Lodzie”, ale to rzecz będzie, w moim przypadku, pożyczona, a jej właściciele wciąż przez nią brną, brną – może dobrną do końca w Roku grubych książek i będą dla mnie na nią szanse? ;)

  2. Jest coś takiego w wiośnie, że odwagi dodaje. Także tej pozwalającej sięgnąć po grubsze książki. A dłuższe dni, zieleń zachęcająca, by się na niej rozłożyć, powodują, że z jednej godzinki mimowolnie robią się dwie i ani się człowiek obejrzy, a już jest w połowie Grubej Książki. A książki w połowie się nie porzuca, prawda?
    PS. Od jakiej liczby stron (mniej więcej) zaczyna się dla Ciebie kategoria „grubej książki”?

    1. Nie porzuca się książki w połowie – to zdanie brzmi jakoś tak stroficznie i równie wiosennie, jak sama wiosna. A może to tylko poranek bez kawy. Przekonamy się za parę godziny, gdy znów je przeczytam..

      Kategoria „gruba książka” – od około 500-600. Zaszeregowanie zależy jeszcze od formatu – jeśli książka ma rozmiar bliższy A4 niż szkolnym zeszytom, to otrzymuje plakietkę „gruba książka” już po przekroczeniu 300 stron. Może to złudne, ale wydaje mi się, że taka osiągnęłaby 500, gdyby ją zmniejszyć. A dla Ciebie? Ile stron jest cezurą w tej kategorii?

      1. Hi hi, nie chciałam, by zdanie o porzucaniu brzmiało jak jedenaste przykazanie: „Nie będziesz porzucał książki w połowie” :)

        Dla mnie też od 500 stron zaczyna się „gruba książka”. Do 300 stron jest cienka, między 300 a 500 – średnia. Od. ok. 700 jest bardzo gruba. Ale wiem, że czasem wydawcy oszukują i drukują 400 stron maczkiem, więc takie coś także zaliczam do grubych.

        1. Spokojnie, jeszcze do przykazania temu zdaniu daleko ;)
          Ale kategorycznie się z nim zgadzam i dlatego niezwłocznie przenoszę się na taras z książką. Z grubą, a jak!

  3. Jak pięknie napisany post jest ten post. „…wystawiamy książkę na ciosy jasne, rozpływające się, wybielające litery na stronach…”, o tak. „Shoguna” polecam – nomen omen – gorąco, 1200 stron, a czyta się jednym tchem. Jedna z moich żelaznych pozycji w jubileuszowym plebiscycie Biblionetki. Osobiście, o ile lubię grube książki, nie lubię książek otyłych, stąd szerokim łukiem omijam współcześnie nagminnie tworzone pełne pustosłowia tomiszcza. Wyjątkiem „Lód”, który mimo że miejscami w takowe pustosłowie się osuwa, to jednak ogrom pysznej literatury w nim zawartej z nawiązką to rekompensuje i ostatecznie plasuje go wśród moich najulubieńszych powieści. Ale jest to – jak dla mnie – książka zdecydowanie zimowa, na długie ciemne wieczory. Pozdrawiam wiosennie.

  4. Taki ladny ten post. A ja sie tak bardzo boje czytac grube ksiazki zwlaszcza podreczniki i niestety rzado udaje mi sie dobrnac do konca. A tu skad pisze tyle grubych ksiazek do przeczytania i tylu studentow w bibliotekach i to ze z tymi ksiazkami slabo mi idze tak bardzo zdradza ze jestem cudzoziemka…

  5. Jak tylko skończy się ten gorący okres matur, biegnę do biblioteki i wypożyczam tylko te naj naj najgrubsze :) I będę się nimi delektować co prawda nie w pięknym ogrodzie, ale na balkonie. Zawsze to coś ;) Pozdrawiam

  6. Ach! Zgadzam się w zupełności… Munro przeczytana :) W kolejce „Muzeum niewinności”. I jakoś tak Twój tekst skłania mnie do sięgnięcia po tę właśnie książkę.

    1. Kala, i jak Munro? Mnie też już mocno kusi „Muzeum niewinności” – ponad rok przerwy w czytaniu Pamuka, zdaje się wystarczy, można sięgać ;)

    1. Litero, przez swoją objętość właśnie – Shōgun to zdecydowanie zapowiedź długiego czytania. Z doświadczenia wiem, że trudno ostatnio czytało mi się aż tak obszerne książki – wizja straszliwego utknięcia etc. Poza tym nie przeraża – wręcz przeciwnie, fascynuje. Zwłaszcza odkąd mamy grę planszową „Wojny ryżowe”. ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s