Reportaż w XIX wieku

Kilka niespiesznych refleksji,
w których niespieszność przekłada się na ilość znaków

Ważę w ręku „Podróże po Azji Środkowej” Bronisława Grąbczewskiego. Czym jest ta ponad 700-stronicowa księga:  reportażem z Kaszgarji, Hindukuszu i Tybetu? książką podróżniczą? wspomnieniami ze służbowych wyjazdów? literackim atlasem Azji? Te strony, spisane na początku XX wieku, wymykają się szufladkom. Ale i też trudno zestawiać próby opisania świata lat 1885-1890 z perspektywy odkrywcy i człowieka zapełniającego białą plamę na mapie ze współczesnymi relacjami z wojen, rządów dyktatur i wypraw na np. wieś polską, wieś niespokojną po porywającą historię społeczną.

Nieprzeparta ciekawość

Przede wszystkim Bronisław Grąbczewski nie jest dziennikarzem ani pisarzem, lecz rosyjskim generałem, gubernatorem Astrachania, hetmanem kozackim, a zarazem polskim szlachcicem, synem powstańca styczniowego. Człowiekiem, który spędził w Turkiestanie, na Dalekim Wschodzie i w Astrachaniu 35 lat i wrócił do Warszawy dopiero w 1910 roku. Motywacje Grąbczewskiego do opuszczenia domu i do wyjazdu są podobne współczesnym podróżnikom. Jak wyznaje: „Ciągnęła mnie zagranicę* nieprzeparta ciekawość poznania krajów, które były w owym czasie zupełnie nieznane” (s.26).

Ciekawość zatem – ta sama, która wypchnęła z portu Kolumba i ta sama, która wyruszyć w drogę Marco Polo. Ta sama, która nęci dziś turystów do spakowania plecaków i niewygód transportu; ta sama, która w znaczącej mierze każe dziennikarzom być dziennikarzami.

I na tym właściwie koniec cech wspólnych pomiędzy „Podróżami po Azji Środkowej” a współczesną literaturą podróżniczą czy reportażami.

Bez czapki nieprzyzwoicie

Nic dziwnego. Wyruszający dziś na wyprawę w jakąkolwiek stronę świata mają do swojej dyspozycji regały pełne opracowań i przewodników, zdjęcia w Internecie, encyklopedie, relacje znajomych wreszcie. Grąbczewski podróżował w epoce, w której jadąc nie wiedziało się, co się zastanie na miejscu. Spora część  świata była jeszcze nieznana, „egzotyczna”. Nasz dzielny generał podróżuje więc uzbrojony w notesy i aparat fotograficzny. Wyrusza nie tylko na misję dyplomatyczną i wojskową, ale również – o ile nie przede wszystkim, jak można wyczytać między wersami – aby zobaczyć, poznać, zrelacjonować.

Zadziwia go wszystko. Zapisuje wszystko w makroszczególe: jak wygląda krajobraz Kaszgarji, jakie rośliny widzi i jak dokładnie wyglądają, do czego służą miejscowym, jakie żyją tu zwierzęta, jak dokładnie wyglądają i do czego służą miejscowym. Zapisuje dokładny ubiór spotykanych osób. Ich nakryciom głowy i zwyczajom z nimi związanymi poświęca kilka akapitów. Przelicza wszystkie zastane miary, wagi i waluty na rosyjskie.

Tworzy encyklopedię.

I niestety, momentami czujemy się, jakbyśmy czytali encyklopedię. Wszystkie te wyliczenia, opisy, mogą mocno znużyć w trakcie lektury, dlatego trzeba ją sobie umiejętnie dawkować. Na szczęście, pomiędzy listy szczegółowych obserwacji, Grąbczewski wplata zabawne, czasem cierpkie anegdoty ze swoich spotkań z azjatyckimi możnowładcami. Częstuje nas opisami ówczesnych miejscowych zwyczajów, np. o ucztach, o piciu czaju czy wreszcie o czapkach:

„Według etykiety chińskiej jest rzeczą w wysokim stopniu nieprzyzwoitą być przy gościu u siebie w mieszkaniu bez czapki na głowie. Gość wchodzi także w czapce na głowie i na pewien czas siedzi w niej. Potem już, po przyjęciu i spożyciu oficjalnej filiżanki herbaty, po wzajemnych ceremoniach, wolno jest zdjąć oficjalną czapkę z piórem i zastąpić ją czarną jedwabną krymką, z czarnym pomponem na środku. Gość i gospodarz zdejmują czapki jednocześnie i także jednocześnie wkładają krymki, przyglądając się sobie zpodełba*, żeby jeden nie ubliżył drugiemu przedwczesnem zdjęciem czapki z głowy”. (s. 66)

Interesują Grąbczewskiego wszelkie osobliwości, również te obserwowane w stosunkach społecznych Azjatów. Z uwagą obserwuje sposób wymierzania kar w Kaszgarii – przykuwanie rąk i nóg do drewnianych uprzęży, skonstruowanych tak, że winowajca nie może ani usiąść, ani samodzielnie położyć się na ziemi.

Pilny kartograf

Jego kronikarski zapał nie ustaje ani na chwilę. Możemy tylko zgadywać, jak bardzo  dopingowała go chęć jak najwierniejszego utrwalenia każdego skrawka lądu, który zobaczył i którego dotknął. Jadąc do Kaszgarji, prawie nic o niej nie wiedział. Dopiero na miejscu usłyszał, że powinien sprawić sobie jak największe białe wizytówki, bo bez nich nie załatwi nic z chińskimi urzędnikami, oceniającymi ludzi według wielkości ich kart wizytowych. To między innymi dzięki takim pedantom jak Grąbczewski, wyruszający na wyprawę „Rowerem przez Chiny” Jacek Hugo-Bader był już obznajmiony z tym zwyczajem i do Chin, oprócz roweru, zabrał również wizytówki z nadanym mu chińskim imieniem.

W tym swoistym dzienniku Grąbczewski jest kartografem zwyczajów, strojów i zachowań dalekich kultur, których całe wyobrażenie jego rodaków zależy od liter, ilustracji i kilku czarno-białych fotografii.  Przez to „Podróże po Azji Środkowej” są monumentalne w swojej niejednoznacznej kategorii. Ten jednak, kto zdecyduje się zabrać na wyprawę z generałem Bronisławem, musi nastawić się na liczne trudy w podróży, często ogarniające znużenie i zmęczenie –  wywołane nie tylko pokonywanymi odległościami.

 

* Pisownia oryginalna, pozostawiona przez wydawnictwo – zresztą bardzo słusznie – momentami zdumiewająca.

Bronisław Grąbczewski, Podróże po Azji Środkowej (1885-1890)
Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s