Poezje strażnika trzód

Czyli o „Poezjach zebranych Alberta Caeiro” – heteronima Fernanda Pessoi.

Portugalski poeta i autor „Księgi niepokoju”, Fernando Pessoa zrobił coś niesamowitego: wyimaginowanych przyjaciół z dzieciństwa, których miał niemal każdy (prawda?), przeobraził w dorosłe pełnokrwiste byty literackie, obdarzone poglądami, talentami, zaletami i wadami, połączone przyjaźniami i antypatiami. Heteronimy te (nazwa wprowadzona przez Pessoę) są tak niezależne, że wypowiadają się o Pessoi w sposób lekceważący, na jego życzenie traktując go jak cień i tło ich dyskusji. „Był Fernando Pessoa, ale jakby go nie było. Ferndando Pessoa czuje rzeczy, ale nie rusza się nawet wewnętrznie” – pisze jeden z heteronimów, Alvaro de Campos w „Notatkach do wspomnień o moim Mistrzu Caeiro”.

Jednym z takich wyimaginowanych bytów jest poeta Alberto Caeiro, z którego „Poezjami zebranymi” – w których tylko tłumacz na język polski, Wojciech Charchalis, nie jest postacią fikcyjną – można sobie poobcować. Poobcować, bo przecież nie zwyczajnie przeczytać. Spieszę z odsieczą wyjaśnień.

Alberto Caeiro da Silva urodził się w Lizbonie w 1889 roku, jednak większość życia spędził na wsi, w regionie Ribatejo. Zajmuje się głównie byciem i niemyśleniem. W tym niemyśleniu jednak sporo przemyśliwa o niemyśleniu, zwłaszcza w pierwszej części książki „Strażniku trzód”:

„Moje myśli są pogodne.
Żal mi, że wiem, że są pogodne,
Bo gdybym tego nie wiedział,
Byłyby wesołe i pogodne,
A nie pogodne i smutne”. / s. 33

Przyznaje, że:

„Myślę i piszę tak samo, jak kwiaty mają kolory,
Lecz mniej doskonale w formie,
Gdyż brak mi boskiej prostoty
Bycia jedynie swoim zewnętrzem”. / s. 56

W ogóle prostota jako idea (za takie postawienie sprawy Caeiro pewnie by się obraził) odgrywa tu wielką rolę.

Caeiro jest wyznawcą prostoty – wyzbycia się wszelkich interpretacji, wyrzeknięcia się wszelkich poszukiwań, zlekceważenia sensów, prawd i potrzeb. Za jedynie istotne uważa to, co się widzi i nie pozwala ani sobie, ani nam na przypisywanie temu jakichkolwiek znaczeń:

„Jeśli ktoś w słońcu zamyka oczy,
Zaczyna nie wiedzieć, czym jest słońce,
I zaczyna myśleć wiele rzeczy pełnych ciepła.
Lecz otwiera oczy i widzi słońce,
I już nie może myśleć o niczym,
Bo słoneczne światło warte jest więcej niż myśli
Wszystkich filozofów i wszystkich poetów.
Słoneczne światło nie wie, co robi,
I dlatego nie błądzi, i jest powszechne i dobre”. / s. 40: Strażnik trzód

Dlaczego Caeiro uważa, że najlepiej być jak słońce? Bo:

„Taka oto jest działalność człowieka na świecie.
Nic nie zabieramy i nic nie zostawiamy; przemijamy i zapominamy;
A słońce jest zawsze punktualne, codziennie” / s. 86

Według Caeiry, który nazywa siebie „ tylko tym czymś nienawistnym, tłumaczem Natury” (s. 74), jedynym naszym zadaniem na świecie jest „istnieć wyraziście i potrafić to robić bez myślenia o tym” (s. 76), ponieważ  „wystarczy istnieć, by być kompletnym” (s. 122).

Podoba mi się jego postawa „pasterska”, niechętna zbitym koło siebie prostopadłościanom domów i kamienic:

„W miastach życie jest mniejsze
Niż tutaj, w moim domu na szczycie tego pagórka.
W mieście wielkie domy zamykają na klucz widok przed nami,
Skrywają przed nami horyzont, odpychają daleko od całego nieba nasze spojrzenia (…) / s. 44

Podoba mi się – zwłaszcza na wiosnę – ta skorość do impresji i zachwytu pięknem świata w każdej postaci. Kilka wierszy ma kilka trafnych fraz, jednak całość nie zachwyca – może ze względu na zbyt częste korzystanie z powtórzeń; może przez arogancję Caeiry, który gardzi wszystkimi, bo nikt nie dorówna mu w owej prostocie czy raczej w dążeniu do prostoty; może przez to zawiązywanie supłów, które podwajają, potrajają, nie przepoczwarzając, myśl, którą mógł zamknąć w jednym zdaniu. Zdaniu, które miałoby szansę wtedy być mocne i wystarczające, jak uderzenie pięścią w stół. Lecz oczywiście to zbyt wyrazisty, zbyt dynamiczny i zbyt silny wyraz dla Alberta Caeiry, który aspiruje do roli łagodnego „tłumacza Natury” i który podpisuje się pod słowami:

„Tak, istnieję wewnątrz swego ciała.
Nie niosę słońca ani księżyca w kieszeni.
Nie chcę podbić światów, bo się nie wyspałem,
Ani zjeść na obiad świata z powodu żołądka.
Obojętny?
Nie, syn ziemi, który gdy skoczy, jest nieprawdziwy,
Ta chwila w powietrzu nie dla nas,
I jest zadowolony, dopiero gdy stopy ponownie uderzą mu o ziemię,
Ciach! O rzeczywistość, której nie brak” / s. 166

Fernando Pessoa, Poezje zebrane Alberta Caeiro (oryg. Poesias de Alberto Caeiro)
opracował i przetłumaczył Wojciech Charchalis
Czuły Barbarzyńca press, Warszawa 2011

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Poezje strażnika trzód

  1. Na podstawie Twojego omówienia (książki jeszcze nie czytałam) Caeiro wydaje się podobny do Soaresa, przypomina go dystansem do świata, rozpływaniem się w sobie. Nie mogę się doczekać lektury. :)

    1. Hm, Soares jednak ma większy dystans do świata i bardziej się rozpływa w sobie. Caeiro stara się mocno stać na ziemi, jest o wiele konkretniejszy. Najlepiej przekonaj się sama. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s