Francuska powieść. Literalnie

Houellebecq nie pisze o nim* inaczej niż „autor ‘Francuskiej powieści’”. Znany francuski prezenter telewizyjny, copywriter i pisarz, Frédéric Beigbeder to przede wszystkim czarujący bon vivant. Gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, zmieni zdanie po przeczytaniu jego najnowszej książki.

Czterdziestoparoletni pisarz to mężczyzna-dziecko. Bimba przez życie z gracją i wdziękiem, dzięki szczęściu, beztroskiemu podejściu do wszystkiego i talentowi, którym oczarowuje rodaków i mieszkańców n (gdzie n>10) krajów, na których języki przetłumaczono jego książki. Pewnej nocy zbytnio folguje swojej fantazji, wciągając kokę z maski samochodu. Przyłapany na tym przez policję, trafia do aresztu na 2,5 dnia. Odcięty od kochanki i przyjaciół, pozbawiony książek, telefonu i innych rozpraszających gadżetów próbuje przypomnieć sobie swoje dzieciństwo. Wakacje na wsi, łowienie z dziadkiem krewetek, odwieczne bycie ciamajdowatym młodszym bratem, zdradliwe rumieńce, rozwód rodziców, historia wszystkich sybarytów w rodzinie – wszystko, co mniej lub bardziej bolesne  przypomina sobie Beigbeder. To, co dotąd spychane na dno pamięci, celowo zapomniane, wypływa na powierzchnię.

Wyprawy w przeszłość zabijają nudę, zmęczenie i bezsenność godzin spędzonych w celi. Dzięki nim daje się jakoś znieść nieprzyjemną twardą rzeczywistość, która z czterdziestolatka ma wreszcie uczynić odpowiedzialnego dorosłego człowieka. Ponoć tak się na końcu dzieje. Jednak w przypadku deklaracji takich impulsywnych mężczyzn jak Beigbeder nigdy nie można być pewnym na 100%.

Tytuł książki jest bardzo wobec niej adekwatny. To przede wszystkim coś francuskiego. Nieuchwytne coś przywołujące na myśl sposób pisania Colette, co objawia się przy lekturze prześwietlonych letnich wspomnień, pachnących słonym nadmorskim jodem i drzewami. Syndrom Colette kryje się w Beigbederze w opisach scen rodzinnych, ale tylko tych z epoki dziadków. Tu już jednak nie o styl chodzi, a o podobny klimat zdarzeń, również zahaczających o nonszalancką arogancję godną arystokracji, takiej np. ciotki Colette z „Klaudyny”.

Gdy tkwimy wraz z pisarzem w celi więziennej, gdy wspominamy draki i dragi, jest już w tym coś, co przypomina dekadencką rozpustę Houellebecqa. Echa prozy Michela dźwięczą też w przywołanych przez Beigbedera słowach Françoise Sagan: „Bierze się narkotyki, bo brak energii, życie jest nudne, ludzie są męczący i wyczerpały się już wielkie idee, o które warto walczyć” (s. 66).

Co boli przy czytaniu tej książki? Bo niestety ból się pojawia. No może nie tyle ból, co dąs na pisarza, lekkie wykrzywienie. Na końcu rozdziałów – napisanych lekko i dowcipnie, z pewnym dandysowatym, ale jednak dystansem do siebie – Beigbeder zamieszcza pointę, wysuwany przez siebie wniosek. Najczęściej jest tak banalny, jak tylko może być w danej sytuacji. Dlaczego więc w ogóle się tam pojawia? Na to pytanie szukałam odpowiedzi przez 186 stron. Aby nie być gołosłowną, proszę bardzo, jeden z moich momentów auć:

„(…) to przypominało szczęście, wyglądało na szczęście, ale to nie było szczęście. Powinniśmy być szczęśliwi, ale tak nie było, więc udawaliśmy” (s. 152).

Beigbeder przesadza również w empatii, pisząc:

„Kiedy zasiadałem na ławie przysięgłych w Paryżu, z lekkim sercem wysyłałem gwałcicieli i morderców do więzienia na osiem, dziesięć, dwanaście lat. Dziś byłbym bardziej pobłażliwy. Wszyscy obywatele, którzy są wzywani na przysięgłych, powinni na krótko pójść do więzienia, żeby wiedzieli, na co skazują oskarżonych”. /s. 86-87

Rozdmuchiwanie swojej sytuacji kontynuuje pisząc, że państwo zafundowało mu tortury w centrum miasta. Nigdy nie siedziałam w więzieniu, ale jednak to, że jest ciemno i zimno, odbiega od mojego wyobrażenia o torturach.

Gdyby wyciąć te ostatnie zdania wieńczące (o tak, to odpowiednie słowo) każdy etap opowieści, byłoby ok, przy założeniu że:

“Literatura przypomina nam to, cośmy zapomnieli: pisać to znaczy czytać w sobie. Pisanie ożywia wspomnienia, czasem niewiele się różni od ekshumacji” (s. 18).

A tak, przez te nieszczęsne pointy – otrzymujemy przyjemność z cierpnącymi co pewien czas ustami.

 

* w nieprzetłumaczonej jeszcze na polski najnowszej książce, La carte et le territoire

Frédéric Beigbeder, Francuska powieść (oryg. Un roman français)
przeł. Anna Michalska
Wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2010

Reklamy

7 uwag do wpisu “Francuska powieść. Literalnie

    1. Czaro, na moją opinię niestety trochę poczekasz, bo nie wiadomo kiedy można spodziewać się polskiego tłumaczenia, a po francusku umiem powiedzieć tylko, że nie umiem nic powiedzieć po francusku.

  1. Do Houellebecqa straciłem cierpliwość po trzech powieściach, Beigbederowi wystarczyła jedna (99 francs), ale to pewnie dlatego, że byłem już lekturze po jego słynniejszym pobratymcu. Nie widzę między nimi większych różnic. W którymś momencie neurotyczny charakter ich twórczości zaczął mi bardzo mocno przeszkadzać. I iim dalej od tych lektur, tym gorzej o nich myślę.

    1. None, myślę jednak, że Houellebecq jest lepszym pisarzem niż Beigbeder. Większy rozmach, zwłaszcza w snuciu depresyjnych wizji. Beigbeder wydał mi się znacznie od swojego kolegi pogodniejszy. Czytałam jednak tylko jedną jego książkę, więc moje porównanie jest okrojone ilościowo.
      Osobiście raczej lubię niż nie lubię Houellebecqa, ale w wielu momentach jest po prostu niesmaczny. Za to wspomniane już depresyjne wizje – niezrównane. Rozumiem jednak, że nie każdego muszą zachwycać.

  2. Ach, po cytacie myślałam, że już jesteś „po”. Myślę, że wydawnictwo WAB nie będzie zwlekać z tłumaczeniem widząc, że przynajmniej na francuskim rynku M.H. bije sprzedażowe rekordy. Dla mnie Houllebecq ma tendencję do nieznośnego intelektualizowania swoich powieści, taka jest też ostatnia, ale czyta się ją miło i brak jest niesmaczności. Beigbedera znam tylko z prasy, ale jawi mi się podobnie jak Tobie – lekkie pióro i powierzchnia rzeczy.

    1. Niestety, takie informacje tylko z przeszukiwań własnych i/lub informacji prasowych. ;)
      Z Houellebecq’iem różnie właśnie bywa, ale mimo wszystko czytam, coś mi się w tym jego pisaniu podoba, czyli ostatecznie „na plus”. Czekam już na tę najnowszą jego książkę i mam nadzieję, że WAB się z nią pospieszy. Zwłaszcza że ostatnio z Michelem miałam do czynienia jeszcze w Portugalii, czyli, lekko licząc, ponad dwa lata temu.

  3. Co byście powiedzieli na hipotezę, że ta największa literatura jest zawsze optymistyczna? A w każdym razie zawsze daje nadzieję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s