O czym mówię, kiedy mówię o czytaniu

W zeszłotygodniowym „Przekroju” zestawiono wstydy nasze polskie, wśród których znalazł się m.in. i całkiem oczywiście niski poziom czytelnictwa w Polsce. Nie to mnie jednak ucieszyło, ale to, że wreszcie zakwestionowano jakość tego, co Polacy czytają, jeśli czytają.

Wyobraź sobie, że jesteś w supermarkecie. Jeszcze zza wejściowych bramek uwodzi Cię zapach pieczywa wytwarzanego w tym zadziwiająco tłumnym o każdej porze  przybytku. Niesiony pożądliwym powonieniem, idziesz tam, gdzie w końcu trafia każdy – do pieczywa. Jeżeli czytasz te słowa, to znaczy, że jesteś jedną z 38 osób na 100, które sięgają po bułki i interesują się literaturą.

Myśl o tym, że większość osób kręcących się po sklepie nie czyta, jest tyleż przerażająca i katastrofalna, co nudna. Już dawno przestałam, jeśli to w ogóle robiłam – Wam pozostawię ocenę prawdopodobieństwa takiej możliwości – odliczać co 38 osobę  spotkaną osób spotkanych przy serach, napojach i warzywach, by kreślić w wyobraźni wielkie szkarłatne litery na czołach ludziom trafiającym się pomiędzy potencjalnymi czytelnikami. Dlaczego przestałam? Dlatego, że stwierdzić w Polsce, że „62 procent z nas nie miało w zeszłym roku kontaktu z książką”, to jak zauważyć, że z botwiny robi się chłodnik. Co też powiesz? Naprawdę? Jako skończona pesymistka i cyniczka, nie dziwię się już temu, że inni nie czytają. Dziwię się za to – i w tym tkwi pozostały jeszcze we mnie w zanikającym stopniu romantyzm – co ludzie nazywają książkami.

Bo kiedy mówię o czytaniu, to mówię o czytaniu na poważnie. Żadne romansidła nie wchodzą w grę. Żadne horrory i thrillery pisane bez składu i ładu. Żadne poradniki uwodzenia, podręczniki do rachunkowości, książki z przepisami na modne drinki. Nie. Wszelkie namiastki i tzw. czytadła traktuję bezlitośnie. Kilkoma kliknięciami rozpędzonych po klawiaturze dłoni wyrzucam je poza nawias [kwadratowy, bo bardziej radykalny]. W pełni zgadzam się z redaktorami „Przekroju”, że:

Zbyt łatwo jest cieszyć się tym, że ktokolwiek czyta cokolwiek. Łatwo też – co się już chyba stało – zamknąć literaturę w ciasnej przestrzeni, w której możliwa jest tylko „akademia ku czci wielkiego pisarza/pisarki” albo literatura stricte „czytadłowa”, a jakakolwiek estetyczna czy intelektualna waga tekstu pisanego może zaistnieć tylko nieautonomicznie – w przekładzie na doraźną publicystykę lub uzysk polityczny albo w charakterze nieistotnego dodatku do celebryckiej postaci autora.

Co czytają, jeśli mają kontakt z książką? Czy rozumieją to, co czytają? Czy zastanawiają się nad słowami, które przeczytali? Czy tli się w nich jakakolwiek nad książką refleksja? I to dopiero mnie ultainteresuje: ile osób, które sięga w sklepie po pieczywo, odpowiedziało „tak” na te pytania?

Jakie jest Wasze zdanie? Dobrze, że ludzie czytają cokolwiek i trzeba cieszyć się z każdej chłonącej słowo owieczki, nawet jeśli wyrazy są wyświechtane, metafory koszą trawę, a banał zabija osobowość? Czy serce rośnie Wam dopiero, gdy poznacie jakość słowa czytanego? O czym mówicie, kiedy mówicie o czytaniu?

 

Advertisements

32 uwagi do wpisu “O czym mówię, kiedy mówię o czytaniu

  1. och, a mnie sie wydaje, ze w PL ludzie nadal czytaja ksiazki! popatrz tylko na blogosfere – o ksiazkach pisza ludzie róznych zawodów, nie tylko spece od. poza tym czytelnicy ci maja duze spektrum zainteresowan – czytaja dla siebie, dla wlasnej przyjemnosci. w SE, gdzie mieszkam, czytaja glównie kobiety. czytaja aktualne kryminaly albo innen „hity” wylansowane w mediach. faceci raczej, o ile, to literature fachowa (albo magazyny lowiecko-pornograficzne). mnie sie wydaje, ze najwazniejsze j znalezc w ksiazce cos dla siebie- przynajmniej ja tak mówie o ksiazkach, co mnie poruszylo, zaskoczylo, zachwycilo.

    1. Jasne, mamy blogosferę – i fajnie. Jednak ile jest tych naszych blogów? 100? 150? Ciekawią mnie ci ludzie, którzy czytają, a o tym nie piszą. Ci pozostali z 38% czytających Polaków. Mieli „kontakt z jedną książką” – kontakt, ile w tym dyplomacji! – co to była za książka i dlaczego mieli ją w rękach. Interesuje mnie wszystko to, co nie wynika z tej „tak” i „nie” statystyki.

  2. mój niehumanistyczny umysł nie mógł się powstrzymać: „38 osób na 100” = 38%, „odliczać co 38 osobę spotkaną przy serach” = 2,6%

  3. Zwracam uwagę na to, co ludzie czytają. Nie potrafię wyzbyć się zniechęcenia gdy widzę jak ludzie nazywają czytaniem kartkowanie gniotów, o których nie można po lekturze nawet porozmawiać. Dlatego tak, zgadzam się z Tobą.

  4. Manfred Spitzer w „Jak uczy się mózg” mówi, że lepsze jest czytanie czegokolwiek niż nieczytanie niczego, bo nawet takie „bezwartościowe” lektury pozwalają na utrzymanie mózgu w jako takiej kondycji, ale… i tak lubię sobie pobiadolić, że ludzie czytają tyle bzdur, zamiast sięgać po coś, co naprawdę zmusza do wysiłku i myślenia, po lektury, z których coś w człowieku zostaje. Rodzaj lektur nie wpływa nijak na moją ocenę poszczególnych osób jako ludzi, ale często nawet z tymi czytającymi bardzo dużo trudno znaleźć wspólny czytelniczy język. Sama próbuję zachęcać kogo się da do czytania np. dobrej literatury faktu (bo i tu zdarzają się śmieci) czy popularno-naukowej. Pozdrawiam!

    1. Mnie trudno znaleźć wspólny język z osobami, które nie czytają lub mają zupełnie inne gusta czytelnicze. Książki zajmują zbyt wiele mojego czasu, abym mogła nawiązać nic porozumienia z osobami nieczytającymi (zwłaszcza w ogóle). Na dodatek, dość często mam – wiem, brzydki – zwyczaj rozpoczynać znajomość od zadania pytania: „Co czytasz?” Za dobrą literaturę faktu jest u mnie plus. Również pozdrawiam!

  5. Ja się często rozglądam po znajomych i rodzinie i wydaje mi się, że ci, którzy czytają, czytają naprawdę, nie poradniki, ale książki. OK, najczęściej są to czytadła, ale jeśli romanse, to w ilościach sporych, ewentualnie jakiś Coehlo, „Cień wiatru” itp. I mnie to cieszy, generalnie cieszę się, jak widzę kogoś z książką, bo naiwnie wierzę, że od tego Harlequina bliżej już do jakiejś przyzwoitej powieści obyczajowego niż od kompletnego nieczytania… Ten temat mi ogólnie bardzoleży na sercu, bo przecież sądząc po ilościach książek wydawanych w Polsce oraz czytając opinie branżowe można stwierdzić, że rynek książki ma się w Polsce dobrze. Czyli czyta nas coraz mniej, ale za to czytamy dużo. Czy to znaczy, że pogłębiają się jakieś przepaści między poszczególnymi grupami społecznymi? No i czy w ogóle możemy coś na oto poradzić?

    1. „Czy pogłębiają się jakieś przepaści między poszczególnymi grupami społecznymi?” – ciekawa kwestia. Myślę, że jakieś się pogłębiają. Chociażby w ilości tematów do rozmowy, ale to zbyt płaski, powierzchowny przykład, z czego zdaję sobie sprawę. Temat do rozważenia.

  6. Jakie jest Wasze zdanie?

    Nasze zdanie jest takie, że wybrzydzanie na miałkość gustów czytelniczych w naszym kraju, jest (chyba) trochę jałowe. O wiele bardziej interesująca wydaje mi się (nieistniejąca) dyskusja na temat „dlaczego tak jest?”
    I co można zrobić (jak również kto powinien) aby to uległo zmianę.
    I czy jest to (wewogle) możliwe. A jeśli tak, to jakie warunki wstępne powinny/muszą być spełnione.

    I jeszcze jedno: czy wystarczy nam, aby „nowe pieniądze” czytały – dajmy na to – Donnę Leon lub Leona deWintera w dobrym tłumaczeniu, czy musi to być co najmniej Philip Roth. A jeszcze lepiej – co najmniej Pynchon. Na początek.
    Zapominamy, że nie mamy obiektywnych narzędzi/kryteriów, przy pomocy których możemy mierzyć jakość literatury. I wyznaczać arbitralnie granicę pomiędzy dobrym i złym czytelnictwem.

  7. Kiedy jem bułeczki, to zdarza mi się myśleć o czytaniu. Kiedy czytam, to w zasadzie nie myślę o bułeczkach.
    Co to może znaczyć?
    Może to, że bułeczki nie mają jednak żadnego związku z czytaniem? A czytanie z bułeczkami?
    (To nic, że czasem niektóre książki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. W przeciwieństwie do bułeczek, nie wszystkie książki zostaną skonsumowane. A nawet jak będą skonsumowane – to pozostaną nieprzetrawione.)

    1. Myślę, że bułeczki mają tyle związku z czytaniem, co statystyki.
      Dla jednych wszystko wiąże się z książkami, a dla innych – bez względu na to, czy jedzą bułki, tosty czy jajecznicę, czy grają na giełdzie zamiast – są sposobem na dekorowanie domu, którego nie rozumieją i nie trawią.
      Ja z kolei nie trawię książek niskiej jakości.

  8. Cóż, nawiązując do komentarza Logosa – może nie każdy ma ma enzym, który pozwala przetrawić pokarm cięższy niż ten składający się z modlenia, kochania i jedzenia, popijanego rozlewiskiem… Ale gdy tylko widzę ludzi z książką, moja dusza się raduje, obojętnie co jest na okładce i nie snobuję, że to nie noblista…

    1. Gdy widzę osobę czytającą książkę, cieszę się. Widok człowieka z książką jest prawie jak filiżanka kawy. Jednak czasami ten pierwszy i spontaniczny entuzjazm w dość szybkim tempie zmierzcha…
      I jeżeli to oznacza, że jestem snobem, to trudno. I nie, nie musi być koniecznie nobilista. Nawet ciekawiej, aby nim nie był.

  9. joanno – a czy wolno zapytac po co wszyscy mieliby czytac (ze zrozumieniem) ksiazki uznane przez tzw.kulture wysoka za dobre? jak przychodzi do ciebie fachowiec naprawic kran, to chcesz z nim zagaic o laureata niszowej nagrody literackiej – czy tez wystarczy ci, zeby dobrze wykonal swoja robote. ludzie maja rózne zainteresowania i predyspozycje, zyja w róznych srodowiskach. poza tym jak sie duzo pracuje, to nie ma sie sily na wymagajace lektury. a w PL panuje teraz zadza pieniadza

    1. No z tym że jak się dużo pracuje, to nie ma się siły na wymagające lektury, nie zgodzę się. Myślę, że chęć czytania nie jest aż tak związana z liczbą przepracowanych godzin. Od fachowca wymagam oczywiście, żeby naprawił kran, jednak gdyby miał zdanie nt. Nabokova, to wzywałabym go już do każdego kranu i pękniętego kolanka pod zlewem, nie rozglądając się za kimś innym, tańszym. Tak na serio nie boli mnie jednak głównie to, że przywołany przez Ciebie pan od naprawy kranów nie czyta. Boli mnie i zastanawia, dlaczego lud wykształcony, z magistrami i doktoratami, a więc potencjalni odbiorcy tzw. kultury wysokiej, nie czytają. A jeśli czytają, to często zdarza się, że byle co.

  10. Czaro, a o czym mówiłaś, mówiąc o kochaniu?
    (zestawiając je na dodatek w jednym rządku z modleniem, jedzeniem i popijaniem rozlewiskiem :) )

    Joanno, nie wiem czy zrozumiałaś Czarę, która wyraźnie napisała: „i nie snobuję, że to NIE noblista…”

    1. Logosie, wydaje mi się, że zrozumiałam – w mojej interpretacji Czara napisała, że każda czytana książka jest ważna, nie tylko ta spod pióra noblisty. A że odczytałam z tego, że pisząc powyższy tekst snobuję się na czytanie noblistów, to wyprowadziłam z tego odpowiedź. Może niepotrzebnie.

      A Czarze zdaje się chodzi o pewną książkę (bestseller) z odpowiednimi czasownikami w tytule. Nawet film powstał z Julią Roberts. Ale może niepotrzebnie się wtrącam, może Czara miała inną rzecz na myśli..

  11. No z tym że jak się dużo pracuje, to nie ma się siły na wymagające lektury, nie zgodzę się.

    Joanno, istotnie, trudno w pierwszym odruchu się zgodzić. Ale potem przychodzi nieunikniona refleksja, że wymagające lektury to pojęcie tak zamazane, że aż wstyd go używać. Bo czymże są te wymagające lektury? Dla kogo? Z czyjego punktu widzenia? Czego one od czytelnika wymagają? Jakiego czytelnika?
    Szybko okazuje się, że pomijając kontekst pozwalamy na wymykanie się sensu. Moje lektury mogą być dla Ciebie godne pożałowania i (choć Cię to może zdziwi) może też być odwrotnie. Czy człowiek, który nie przeczytał Turgieniewa jest godny litości? A ten, który Turgieniewa zna na wylot, na Sołtykowie-Szczedrinie zjadł zęby, ale uważa Chabona za chlubę francuskiej literatury rozrywkowej? Co począć ze słynnym pokłonem Chabona przed Laurence Blockiem – przecież ten ostatni jest/był – według licznych krytyków producentem liteackiego śmiecia? I jego obowiązkiem jest pozostanie w klatce z napisem TRASH. Marai opisuje w swych dziennikach zazdrość jaką odczuwał wobec Dickensa, mimo że ten ostatni czytany był z wypiekami na policzkach przez wyrobnice i kucharki. Przyznając jednocześnie, że sam zasnął nad trzecim rozdziałem. Kto tu jest wielkim literatem: Marai czy Dickens?

    Cieszmy się, że ludzie czytają. Nie ferujmy zbyt łatwo wyroków. Starajmy się doceniać wysiłek innych, niezależnie od subiektywnej oceny poczynionych przezeń wyborów.

    1. Telemachu, wstyd to pisać, ale myślę, że w swoich dywagacjach odbiegasz znacząco od tematu notki. Wspomniana przeze mnie pierwotnie w powyższym tekście „jakość czytanych książek” nie dotyczyła dylematów, czy Dickens był wielkim literatem oraz tego, ile uwagi od czytelnika wymaga lektura dzienników takiego np. Sandora Maraiego. Nie wspominam o tym, czy nieznający Turgieniewa powinien spalać się w piekle (jeśli w nie wierzy). Nie rozróżniam nawet literatury w ogóle od literatury wymagającej. Jedynym, nad czym się w kontekście „co czytają Polacy” zatrzymuję, jest to, ilu Polaków stwierdziło, że tak, przeczytało książkę, że tak, miało z nią kontakt, mając na myśli swoje doświadczenie z bogato ilustrowaną książką kucharską czy podręcznikiem do matematyki. Bo zakładam, że sporo takich przypadków zalicza się do przywoływanych tu 38% Polaków, którzy przyznali się do przeczytania jednej książki w roku.
      Cieszmy się, że ludzie czytają. Nie osądzajmy, co jest godne pożałowania. Skoncentrujmy się na dowiedzeniu, czy oni w ogóle czytali książkę, czy jedynie tak im się wydawało.

  12. winna macdonalizacja zycia, w tym nauki i kultury? polecam ojców-klasyków socjologii. oni to przewidzieli lata temu

    nie gniewaj sie za porównanie, ale postawiona kwestia przypomina mi troche dyskusje o tym, który orgazm lepszy. niech kazdy robi sobie (albo komus) dobrze w taki sposób jaki mu sie podoba. pociesz sie, ze dana ci zostala glebia przezywania, co wzbogaca twoje zycie. a inni sa szczesliwi na swój sposób

  13. Mówiąc o czytaniu, mówię o czytaniu nie tego, co konieczne, bo przez kogoś względem mnie wymagane, ale o czytaniu poza obowiązkiem, dla przyjemności. I dodam, dla przyjemności płynącej ze świadomości poszerzonej wiedzy i z późniejszych przemyśleń nad kulturą danego narodu, historią, kondycją społeczeństwa, zmianami w społeczeństwie zachodzącymi etc. Nie powiem więc, że w danym miesiącu przeczytałam książkę, jeśli jedyną książką, jaką przeczytałam, był podręcznik wymagany przez mojego wykładowcę na uczelni. I głupio byłoby mi powiedzieć, że przeczytałam książkę, jeśli tą książką byłby bardzo prosty i przewidywalny romans czy thriller powstały na fali sezonowej mody. Nie są też dla mnie książkami „dzieła” pisane przez celebrytów, ekstra poradniki, jak schudnąć w tydzień czy nauczyć się języka w miesiąc. O nazwaniu czegoś książką decyduje jakość przekazywanych na papierze treści, a spora część społeczeństwa do tej jakości nie przykłada większej wagi, niestety. I to smuci. Albo wnerwia. Wnerwia, gdy – z osobistego punktu widzenia i doświadczenia – ktoś bywa u mnie, widzi na półkach książki, pyta mnie, co czytam, co lubię, a w kilka tygodni później – wychodząc z założenia, że skoro czytam, to nie jest istotnym, co – daje mi w prezencie Grocholę czy Clarksona, bo byli na liście bestsellerów.

    Nie zgodzę się z jednym ze stwierdzeń w komentarzach, iż długie godziny pracy wpływają na jakość wybieranych książek (tudzież z założeniem, że fachowiec od rur raczej po książki zmuszające do myślenia nie sięgnie). Mój ojciec jest kowalem, a jak pamięcią sięgnę, czytywał Dostojewskiego, Tołstoja, Hemingwaya, wszelkie reportaże, książki z dziedziny geografii czy historii. Choćby po kilkanaście stron dziennie, ale jednak. Czyli można.

    Czasem można sobie pofolgować i przeczytać coś zupełnie lekkiego i niewiele w nasze życie wnoszącego, ale nie non stop, znajdując tysiące różnych pretekstów, dlaczego czytanie książek „cięższych” jest w naszym przypadku niemożliwe.

    Pozdrawiam!

  14. Ach, teraz dopiero widzę, że moje pytanie powinno być skierowane do niejakiej pani Gilbert ;)
    A może jednak nie? Bo skoro Czara mówi o kochaniu, to może jednak mówi o czymś innym, niż pani Gilbert?

    PS. Czy przypadkiem książeczka pani Gilbert nie rozchodzi(ła) się właśnie jak ciepłe bułeczki… lekko strawne, zresztą… ? ;)

  15. tu się stało dla mnie coś ważnego, w tej dyskusji, a takie postawienie pytania o czytanie [z nawiasem kwadratowym, radykalnym, bez czytadeł i tego, co literaturą piękną nie jest], zatrzymuje na samym brzeżku, gdzie bardzo często jestem.
    Joanno, tak, robię ten sam nawias, czytam poradniki i podręczniki, ale to nie jest literatura do prawdziwego czytania. w nawiasie kwadratowym powinnam okreslić co to jest prawdziwe i nieprawdziwe czytanie, bo okazało się dla mnie, że i tak można,
    nieprawdziwe czytanie jest mi potrzebne, bo inaczej różnych rzeczy nie mogę się dowiedziec, ale to jakaś inna czynność,
    i wtedy to, co jest sztuką, w ogóle nie przenika, tam, gdzie nie ma w piśmie czytanym prawdziwej sztuki, nie ma dla mnie prawdziwego czytania,
    to wszystko,
    a co jest sztuką, na ogół wiadomo, jest w tym mnóstwo zjawisk rozmaitych do wyboru, czytanie prawdziwe rezerwuję dla tego, co jest wypowiedzią artystyczną: kiedy mówię takie rzeczy czuję bliskość posiekania mnie na kawałki, więc prawie nigdy nie mówię,
    ale dziś:)
    pozdrawiam

  16. A moim zdaniem książką można nazwać i podręcznik do rachunkowości, i poradnik kulinarny, i romansidło, i tomik ambitnej poezji, i powieść noblisty. I każdą z tych pozycji uwzględniłabym, gdyby mnie ktoś zapytał o moje „kontakty z książką”, który to zwrot, swoją drogą, jest zupełnie bezsensowny. Jeśli natomiast pytanie brzmiałoby: Ile książek przeczytałaś w ubiegłym roku?, uwzględniłabym w obliczeniach tylko trzy ostatnie typy.

    O czym mówię, kiedy mówię o czytaniu? To można sobie sprawdzić na moim blogu: czasem sięgam po książki – w moim przekonaniu – bardziej ambitne, czasem po czytadła. Od pewnego czasu przestałam przykładać zbyt dużą wagę do gatunków literackich. Bywają romanse i horrory lepiej napisane niż niejedna książki o głęboko humanistycznym przesłaniu. Więcej refleksji wywołuje we mnie literatura popularnonaukowa niż powieści psychologiczne i obyczajowe.
    Ja po prostu czytam dla przyjemności;).

    Wydaje mi się, że lepiej czytać cokolwiek niż nic, bo wzrasta wtedy prawdopodobieństwo sięgnięcia po bardziej „wymagającą literaturę” (np. kiedy się zabłądzi w inny niż zwykle rejon księgarni czy biblioteki).

  17. wszystkie książki, z wyjątkiem książek z wierszami/z poezją, powinno się wyrzucić poza nawias!!!!
    a czy komiks to też książka?

    1. To zależy. Ale na ogół nie. Co wcale nie umniejsza wagi komiksu, bo w wielu przypadkach jest, moim zdaniem, więcej niż książką. Pewnie dlatego tak lubię je czytać.

  18. Oj tam bułki. Ja swe obserwację czynię w godzinach około południowych i popołudniowych w krakowskich kawiarniach. Mniej więcej co 2-3 stolik coś czyta. Zaś wśród osób, które siedzą same to nie czyta tylko 1/100 (ale wówczas przygląda się z zaciekawieniem menu – czyli prawie jakby czytała – bądź poszukuje gazety!). Oczywiście nie wspomnę tu już o kawiarni w Empiku, bo tam czyta każdy (z drugiej strony – nie każdy tam pije kawę).

    Czytelnictwo w Polsce ma się więc dobrze, chociaż przede wszystkim ilościowo. Z jakością to już jest różnie. Oczywiście biorąc pod uwagę samą blogosferę – bylibyśmy asami. Jednak zwykle zmęczony człowiek, wracający z pracy chętniej sięgnie po coś „lekkiego”, niezbyt ambitnego, z wartką akcją przy której raczej nie uśnie. Chwalić czy potępiać?
    Według mnie dobrze, że czyta. Obojętnie co, ale że jednak czyta, a nie spędza czas przed komputerem, czy telewizorem, które to, jak powszechnie wiadomo powodują wzrost ludzi objętych pięknym zjawiskiem zwanym: „wtórnym analfabetyzmem”. Więc polecam czytać. Cokolwiek.

    A teraz już pozdrawiam i uciekam do Murakamiego :)

  19. Joanno, oczywiście wcale nie miałam na myślisz, że „jesteś snobką, bo czytasz noblistów” :D Może się niezręcznie wyraziłam, ale myślę, że sedno zostało zrozumiane. Tak tylko na wszelki wypadek prostuję oficjalnie, że nie uważam za snobizm czytanie noblistów. A wyrażenia „nie snobuję” użyłam jako synonim „nie oburzam się, nie jestem rozczarowana, nie umniejsza mojej radości” ;)
    @Logosie – tak, tak, to do pani Gilbert piłam ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s