Lizbona: jasne miasto (1)

W podróż po historycznych i nowych dzielnicach stolicy Portugalii i fado zabierają Fernando Pessoa, Pascal Mercier, Thomas Bernhard i Simone de Beauvoir. Wspólnymi siłami oprowadzą Cię po lizbońskich ulicach, placach i zaułkach, by razem z Tobą przeżyć jeden pełniejszy od innych dzień. Zapraszają.

Jasne miasto: Lizbona, w: Archipelag nr 3, grudzień 2010, s. 110-111

Powoli wschodzi poranek, a miasto przeciąga się leniwie pod słonecznymi promieniami. Powietrze wypełnia zapach świeżego prania, sprzedawca rozkłada owoce i warzywa na straganie przed sklepem, a do pastelarii* na rogu zawijają – trochę po omacku – pierwsi zmęczeni żeglarze niedospanych snów.

Wiele dzielnic, różnica czasów i spojrzeń, różne momentydnia – jedna Lizbona, jedna atmosfera. Podróżników z innych krajów przyciąga melancholią, którą po raz pierwszy spotyka się już w melodii nazw: Lizbona, Lisbon, Lisabonne, Portugalia, Portugal. Dźwięczne, kilkakrotnie językiem dopieszczone „l” obiecuje lekkość, śpiewność i gładkość. W rzeczywistości spotyka się nie takie znów lekkie do pokonania wzgórza i nie zawsze śpiewny harmider głosów lizbończyków, gotowych podjąć rwetes o najdrobniejszą kwestię. Gładka nie jest wspinaczka do zamku, gładko nie przeciska się w ciasnych uliczkach słynny stuletni tramwaj, gładko nie dojdzie się do Tagu i na dworzec Cais de Sodre, skąd ruszają pociągi nad ocean.

A jednak jest w tej niedotrzymanej obietnicy lekkości, śpiewności i gładkości czar, który Lizbonę nakazuje lubić i nie pozwala o niej zapomnieć. Fascynuje przyjezdnych i odwiedzających, jednakowym codziennym zdumieniem napełniając portugalskich twórców. Drąży ich przewrotną nostalgią bez powodu – będąc w swoim kraju, piszą, śpiewają, grają tak, jakby za nim tęsknili.

Najbardziej charakterystyczną postacią wśród pisarzy portugalskich, wysławiających swoje miasto, jest Fernando Pessoa. Mimo że z Portugalii pochodzi również znany na całym świecie laureat Nagrody Nobla, José Saramago, czy obiecujący pisarz młodego pokolenia, Gonçalo M. Tavares, to on, Fernando, wciąż pozostaje najbardziej kojarzącym się autorem, ba, najbardziej kojarzącą się z Lizboną twarzą, powielaną na tysiącach pocztówek, zakładek, magnesów na lodówkę, w postaci figurek itd. Żyjący na przełomie XIXi XX wieku, jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy w historii literatury. Pozwólmy, by otworzył okiennice tego jednego dnia.

 

Jasne miasto: Lizbona, w: Archipelag nr 3, grudzień 2010, s. 112-113

Wielki poranek

„Na przekór słonecznym obyczajom jasnego miasta, mgła od wczesnego ranka owijała lekkim, rozjaśnianym miarowo przez słońce płaszczem mnożące się domy, unicestwione przestrzenie, wykwity ziemi i budowli. Jednak kiedy zbliżało się już południe, łagodne opary zaczęły się rozwiewać, aby wkrótce, jakby z westchnieniem cienistego welonu, obrócić się w nicość. Około dziesiątej tylko lekko skażony błękit nieba zdradzał, że była tu mgła. Kiedy mgielna maska ześlizgnęła się z miejskiego oblicza, odrodziły się jego rysy. Rozpromienił się już wcześniej rozpromieniony dzień, tak jakby otworzyło się okno. Zmieniły nieco brzmienie wszystkie dźwięki – one również się pojawiły. Niebieski odcień przenikał nawet uliczny bruk i bezosobową aurę przechodniów. Słońce grzało, ale wciąż w wilgotny sposób. Niewidzialnie infiltrowała je nieistniejąca już mgła”. (Pessoa, Księga niepokoju, s.167)

Niebieskość Lizbony odczuwana jest i widziana nieodmiennie nawet po upływie ponad stu lat. Niebieskie są azulejos – kafelki, którymi wyłożone są stare kamienice w historycznej dzielnicy miasta, Baixy, niebieskością lśni rzeka Tag, a w bezchmurne dni odnosi się wrażenie, że nawet światło przenika niebieska, rozmyta barwa, jak nieskończona przestrzeń, która zaczyna się tu, u kresu europejskiego kontynentu, by utrwalać się i powielać w falach Atlantyku.

Marzenie o intensywności tego koloru – i skojarzenia z bezkresną wolnością i otwartym morzem jak swobodnym polem manewru – przyciągało tu zawsze poszukiwaczy przygód i odkrywców spokoju:

„(…) błękitne niebo, w oknach powiewająca bielizna; będzie chodził z rękoma w kieszeniach, jak turysta, pomiędzy ludźmi mówiącymi innym językiem, których troski nie będą go obchodziły. Pozwoli sobie po prostu żyć, będzie czuł, że żyje. To może wystarczy, by wszystko stało się jasne”. (s. 10)

– jak pisała Simone de Beauvoir w Mandarynach, gdy dwójka jej bohaterów szukała ucieczki od powojennej francuskiej codzienności.

Nie wiadomo, czy ręce w kieszeniach trzymał Fernando Pessoa, gdy przemierzał ukochane ulice (niezbyt to, zdaje się, w jego charakterze), ale również on – choć tubylec – delektował się widokiem błękitnego nieba i cieszył się łopocącym nad głową praniem. Co jest takiego szczególnego w mokrej bieliźnie na sznurze, że wszyscy się nią zachwycają?

„Wiem: jeśli podniosę oczy, ujrzę plugawy szereg zabudowań, niedomyte okna wszystkich biur w Baixy, niedorzeczne okna na wyższych piętrach, wbrew pozorom wciąż zamieszkanych, oraz rozwieszone między oknami strychów odwieczne pranie pośród doniczek i roślin. Wiem o tym, ale tak delikatne jest światło, które to wszystko złoci, tak pozbawione znaczenia jest spokojne powietrze, które mnie otacza, że nawet to, co widzę, nie może mnie skłonić do porzucenia mojej sztucznej wsi, mojego prowincjonalnego miasteczka, w którym handel tchnie spokojem”. (Księga niepokoju, s. 334-335)

Tak naprawdę nie chodzi zatem o pranie, leczo światło, które je przenika. A lizbońskim światłem można się prawdziwie zachłysnąć, jak pokazuje przykład Gregoriusa, bohatera wykreowanego przez Pascala Merciera (właśc. Peter Bieri) w książce Nocny pociąg do Lizbony:

„Gdyby następnego ranka Lizbona nie tonęła w tym oszałamiającym świetle, myślał później Gregorius, sprawy przybrałyby zapewne zupełnie inny obrót. Być może pojechałby na lotnisko i następnym samolotem wrócił do domu. Ale światło nie pozwoliło mu się wycofać. Blask sprawiał, że to, co minione, stawało się bardzo odległe, niemal nierzeczywiste, wola traciła wszelki cień dawnych spraw i jedyną możliwością było wyruszyć w przyszłość, cokolwiek miała przynieść”. (s. 61)

Przyszłością może być poszukiwanie drogi do najbliższej kawiarni, ale i sensu życia, jak dowodzi Pessoa:

„A światło tak łagodne i doskonale zakwita na rzeczach, tak je złoci uśmiechniętą smutno rzeczywistością! Cała zagadka świata przyobleka się przed moimi oczami w banalność ulicy”. (s. 347)

c.d. w Lizbona: jasne miasto (2)

Artykuł ukazał się w Archipelagu - niezależnym magazynie bukinistycznym nr 3, grudzień 2010
Advertisements

2 uwagi do wpisu “Lizbona: jasne miasto (1)

  1. Sporą krzywdę robi tekstom wystrój „Archipelagu”, ściągnąłem cały numer, jakie to paskudne, naćkane, przeszkadzające w lekturze (wybacz).

  2. Ty to jesteś dopiero poprawny politycznie :) Toż przez to naćkanie jest to nieczytalne! A chciałoby się poczytać, szanowne Autorki, chciałoby się!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s