Zapomnijmy o Ogrodnikach

Kolejny raz w życiu zawiodłam się na Margaret Atwood. Wciąż licząc na kontynuacje pisarstwa z opowiadań zebranych w „Moralnym nieładzie”, znów i ponownie kręcę nosem na jej dłuższe próby literackie.

Wielu może kręcić nosem z kolei na to, że tzw. wielką literaturę jeszcze większej pisarki kanadyjskiej degraduję do jedynie prób literackich. Jednak po przeczytaniu „Roku Potopu” nie będę udawać spłoszonej i nieśmiałej: cała ta książka naprawdę składa się z prób.

Po kolei.

[PRÓBA TEMATU.]

„Rok Potopu” to atwoodowska fantazja na koniec świata. W jej proroczych wizjach ludzkość wyginie w tajemniczym Bezwodnym Potopie, a jedynym ratunkiem przed śmiercią jest przyłączenie się do ekologiczno-religijnej grupy Ogrodników. Ci porzucili wygodne wynalazki technologiczne, wyrzekli się zmodyfikowanego jedzenia i „pychakawy” na rzecz własnymi rękami pielęgnowanych upraw i hodowli. Odziani w łachmany, wtórnie używający śmietnikowych odpadków, żyją z dnia na dzień, głosząc pogodę ducha i piękno nadziei na braterstwo ze zwierzętami.

Literackie wizje katastrof rzeczywistości, jaką znamy, to mój osobisty konik, stąd sięgnęłam po książkę nie tylko po to, by znaleźć lepszą Atwood, ale i z ciekawości, jak poradziła sobie z tym tematem, który mnie – zaszaleję – inspiruje. Jakże byłoby cudownie, gdyby Kanadyjka utrzymała nas w tym początkowym napięciu: groza, koniec, głucho wszędzie, co to będzie. Niestety, porzuca tę pierwszą atmosferę i zamiast zabrać nas w podróż po opustoszałym i zdziczałym lądzie, zaprasza do odbycia długich (i momentami bardzo nudnych) retrospekcji dwóch głównych bohaterek.

[PRÓBA LOSÓW.]

Mimo że obie – i zaliczana w poczet starszych Ogrodników, Toby, i jej gibka wychowanka-gimnastyczka, Ren – mają bagaż negatywnych doświadczeń i tragicznych wspomnień o losach najbliższych, trudno jest przekonać się do którejkolwiek z nich i bardziej przejąć się ich dziejami. Wynika to właśnie z tych zbyt długich odwołań do tego, co odeszło, zbytniego koncentrowaniu się na niedojrzałych miłościach i przebrzmiałych namiętnościach oraz ze  zbyt powolnego przechodzenia tymi okrężnymi drogami ich żyć do punktu przegięcia w książce, do głównego nurtu zdarzeń. Czyli do samego Bezwodnego Potopu. Do samego początku końca. I do tego, co z niego wyniknie.

[PRÓBY STYLÓW.]

Nie tylko z punktu widzenia osoby, którą fascynuje to, jak skończy ludzkość, wątek ten jest najatrakcyjniejszy. Przyciągnie uwagę wszystkich tych, którzy znudzeni powracającymi kazaniami Ogrodników i śpiewanymi przez nich pastiszami psalmów biblijnych (rozumie się ich cel w książce, ale po piątym kazaniu zaczynasz się czuć, jak na szóstej mszy z rzędu – mało porywająca perspektywa), zostaną wreszcie sprowokowani do zadawania tych najważniejszych pytań czytelnika, mimo wszystko, książki akcji: co było dalej?

Pytanie to i stojąca za nim autentyczna ciekawość pojawiają się jednak znacznie za późno, bo dopiero około 250 strony.

Litościwie przemilczę to, jak na końcu książki Atwood przesadziła (napiszę tylko: kołyszące się jak psie ogony niebieskie penisy) i pożalę się: szkoda, że kanadyjska pisarka nie ma bardziej obojętnej postawy, np. Madame de Pompadour – uroda podobna – i nie wykrzyknęła przed straszeniem swoją wizją końca: „Po mnie choćby potop!”

Margaret Atwood, Rok potopu (oryg. The Year of the Flood)
przeł. Marcin Michalski
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

Advertisements

5 uwag do wpisu “Zapomnijmy o Ogrodnikach

  1. no nareszcie sie doczekalam – ze i ktos inny stwierdzil, iz atwood NIE j dobra pisarka!
    nie lubie jej od czasu, kiedy musialam zreferowac „pamietnik podrecznej” (?) na egzaminie z angielskiego i nie bardzo bylam w stanie zreferowac o czym wlasciwie ta ksiazka byla (ale egzamin poszedl dobrze)

  2. No cóż, to że miałaś trudności w „zreferowaniu” Opowieści (!) podręcznej” na egzaminie nie koniecznie świadczy o jakości pisarstwa Atwood… Raczej jest lekcja tego, że literatura taka jak ta nie jest materiałem do referowania, a inspiracją do refleksji, wrzutem na emocje i kopem do myślenia. Oczywiście, nie wszystkim Atwoodowski język oraz książki mają się podobać, ale wymienionej wyżej argumenty akurat niewiele udowadniają. Kazania i hymny pełnią ogromnie ważną rolę i mnie sprawiły one ogromną literacką radość, a wiwisekcja losów głównych bohaterek fajnie nawiązuje do „Kociego Oka” i innych wcześniejszych powieści. Sądzę też, że ma na celu właśnie pokazanie gdzie jesteśmy/będziemy z relacjami międzyludzkimi, z przyjaźnią kiedy to wszystko się już rozsypie… A otwarte zakończenie jest chyba najmocniejszą stroną tego typu dystopii. Skoro już wyrazić mogę swoją opinie, to Atwood jest fantastyczną, choć wymagającą pisarką :-)

    1. O ile mogę zgodzić się z tym, że nie każdemu musi odpowiadać język Atwood i stwarzane z niego obrazy, o tyle stwierdzenie, że jest pisarką wymagającą, w przezacny sposób mnie, hm, ucieszyło. :)

  3. sylwinko – przekaze moim szwedzkim egzaminatorkom (jak je kiedys spotkam), ze nie pochwalasz ich metod dydaktycznych

    zauwazylas moze pytajnik po cytowanym przez mnie tytule? oznacza on, ze nie jestem pewna tytulu. zreszta jak go zwal tak go zwal, atwood zdaje mi sie pretensjonalna i prowincjonalna – choc jej ksiazki miewaja przeslanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s