Współcześnie aż do granic

Myślałam: przereklamowana. Knułam: skrytykuję. Patrzyłam spode łba, a potem z niedowierzeniem (sama na siebie). Wolta. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stiega Larssona.

Do podejrzanie popularnej książki Stiega Larssona podchodziłam jak do jeża i miałam wobec niej złe zamiary. Wszyscy wyrażali się o niej tak dobrze, że założyłam sobie ex ante (jak na przyzwoitego ekonomistę przystało), że napiszę złą recenzję, skrytykuję i w ogóle będę podła. Pomijając już motywy, jakie mną rządziły, jako w chwili obecnej zupełnie nieważne, od razu podnoszę ręce do góry i macham białą chusteczką, z braku innych, ligninową: poddaję się. Ta książka mnie i moje założenia pokonała.

Nie sposób być wobec niej podłym. Czyta się to znakomicie i wypija mnóstwo kawy, chcąc ciągle towarzyszyć bohaterom i z trzeźwym umysłem nadążać za ich odkryciami w śledztwie w rodzinie Vangerów. Hektolitry kawy, stosy kanapek, rozbudowana historia wiarygodnych postaci, spójna i rozbudowana fabuła – nie ma się czego przyczepić. Trudno mi zdecydować, z którym z bohaterów bardziej się identyfikowałam: z publicystą ekonomicznym Mikaelem Blomkvistem (miejsce na dygresję: jak jeszcze raz przeczytam wyrażenie „żurnalistyka ekonomiczna”, to ostrzegam, że jeden kolega nauczył mnie skutecznie rozwalać nosy; okropne tłumaczenie) czy z aspołeczną Lisbeth Salander w zapamiętaniu szukającą informacji.

Jednak o tym, że pierwszy tom trylogii „Millenium” jest doskonały – dość powiedzieć, że przez trzy dni nie wychodziłam z domu i ledwo na godzinę włączyłam laptopa z Internetem; rzecz bez precedensu – zdaje się, że już wszyscy wiedzą. Jaka jest zatem twoja, Janowicz, wartość dodana, którą oferujesz jako recenzentka?

Faktycznie, jest jak głoszą zacytowane na okładce słowa Llosy: poekscytowanie przypomina to z dzieciństwa, gdy czytałam „Davida Copperfielda” Dickensa i trzeba było mnie pięć razy wołać na obiad. Ale co sprawia, że niemal nie można się oderwać od lektury? W mojej ocenie na czoło nie wysuwa się fabuła ani bohaterowie, tylko dopracowanie szczegółów. Jaki ten Larsson dokładny: opisuje wszystko, co Blomkvist robił danego dnia, a gdy przywozi go do nowego miejsca, oprowadza nas jako współuczestniczących w zakupach. Aż uśmiechałam się do siebie, gdy Mikael kupował te wszystkie „wysokie zimowe buty, dwie pary kalesonów, kilka koszul flanelowych, porządną zimową kurtkę, grubą czapkę i ocieplane rękawiczki” (s. 161), a potem jeszcze „niewielki przenośny telewizor z anteną teleskopową” i papierosy. No i zaraz zapisał się do biblioteki i przyniósł do domu dwa kryminały. Wiemy, jak wygląda jego domek, co gdzie stoi i co znajduje się obok. Uśmiech wypływa na usta dlatego, że w sumie: co nas to obchodzi, co Blomkvist kupił, prawda? A jednak, w jakiś przewrotny sposób, te długie listy, z pozoru niepotrzebne szczegóły życia codziennego, sprawiają, że coraz bardziej wciągasz się w czytanie. Niesamowite. Tym bardziej niesamowite, że w normalnej sytuacji odłożyłabym taką książkę dość szybko na półkę i równie szybko o niej zapomniała.

Właśnie to czynienie wszystkiego detalicznym i realistycznym wciąga w książkę. Wiesz, że nie zawiedziesz się na Larssonie: będzie kawa, bohater kupi nowego laptopa, z głodu zanurkuje do McDonalds – odwoła się do czegoś, co dobrze znasz i utwierdzi Cię, że historia dzieje się tuż obok, teraz, a co najmniej całkiem niedawno.

Idąc na spacer z psem, myślisz, czy pod krzakami i korzeniami brzóz nie jest zagrzebany trup. Inaczej zaczynasz patrzeć na tych z szeregowców naprzeciwko. Wszyscy wyglądają podejrzanie. Jak potencjalne postaci z kryminału.

Pod koniec pierwszego tomu „Millenium” czułam się już z autorem tak zaprzyjaźniona, że gdyby nie to, że nie żyje od kilku lat i mieszkał w Szwecji, byłabym gotowa zaprosić go do domu na własnoręcznie upieczone muffiny z czekoladą. A to bardzo rzadko padająca z mojej strony propozycja, nawet wobec najbliższych przyjaciół.

Czy zabiorę się do kolejnych tomów „Millenium”? Jeżeli tak, to można być pewnym, że znów z podejrzliwością: spodziewając się, że będzie gorzej, licząc na ponowne całkowite zaskoczenie.

Stieg Larsson, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (oryg. Män som hatar kvinnor)
Przełożyła Beata Walczak-Larsson
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2009

Reklamy

9 myśli na temat “Współcześnie aż do granic

    1. Cegła cegłą, ale czyta się szybko. Zatem życzę krążenia, które stopniowo przybliża do książki. :)

  1. spokojnie – na pewno sie skusisz na dwie nastepne i bedziesz zadowolona. to troche tak, jak dac sie trzykrotnie namowic na przygode z tym samym fascynujacym mezczyzna. a jak to mawiaja przyjaciele niemcy: einmal ist keinmal

    steig l, swiec panie nad jego dusza, j najlepszym dowodem jak pozyteczne bywa dla mezczyzn rownouprawnienie. bo to i wie, jak sobie samemu gatki kupic i jak sie pozywic bez cieplych posilkow serwowanych kobieca reka. czytajac w SE sie nad tym nie zastanawialam, ale widze, ze SL odwalil kawal dobrej roboty podnoszac poziom swiadomosci, ze mezczyzna potrafi!

    1. ha, tak nie spojrzałam na te fragmenty – ale faktycznie, masz całkowitą rację: kalesony sam kupił, sweter, buty, a i obiad umiał sam sobie. mężczyzna potrafi!
      (inna sprawa, z tym obiadem, że ja np. – pewnie dla równowagi w przyrodzie – nie umiem ;) )

  2. Mnie ten zalew szczegółów denerwował, odbierałam je jako niepotrzebne strony, a książkę byłam w stanie odłożyć na czas dłuższy:)

    1. Rozumiem. Prawdopodobnie, gdyby nie było to dla mnie tak zaskakujące, że w ogóle m o ż n a pisać o takich szczegółach, jak to, co dokładnie bohater zrobił, po kolei, z zachowaniem codziennej rutyny, to pewnie też bym odłożyła. Na szczęście (?), zaskoczenie było tak ogromne, że czytałam dalej, by coraz bardziej się dziwić.

  3. ja tam uwazam, ze warto rozna rzeczy umiec – choc niekoniecznie trzeba sie wszytskim chwalic. ale jakby co, to j jak znalazl. moj syn nie mial wyjscia i tez sie nauczyl. natomiastt kuzyn lat 50+ nie tylko j na utrzymaniu siostry, ale jeszcze dojezdza ona do weekend, sprzata i gotuje bo „to ciezko dla mezczyzny” (sic!). dlatego ciesze sie z portretow mezczyzn, kt nie maja dwoch lewych raczek – choc sama akurat nie wylapalam tego przy czytaniu

  4. Joannno,

    ksiazka jest po prostu swietnie napisana. Ale nie tylko ta. Jesli znajdziesz odpowiedni nastroj, siegnij po innych Szwedow praktykujacych kryminal czy raczej ksiazki „o zyciu” z kryminalem w tle. Polecam Maj Sjowall i Peer Wahloo oraz ich bohatera Martina Becka. Polecam tez Haakana Nessera z jego doskonalym komisarzem Van Veeteren. Jest kilku tych niezlych Szwedow. To, co mnie pociaga w tych ksiazkach (mozna tu juz chyba powiedziec o szwedzkiej szkole) to to, ze dzieja sie nie w oderwaniu od rzeczywistosci, ale gleboko w niej. Bohaterowie kupuja kalesony, jake Mikael, rozwodza sie z zona i spia na kanapie jak Martin Beck, w koncu maja klopoty z dziecmi jak VV. Wszystko ma tlo szwedzkiej codziennosci, nie wolnej od problemow, o ktorych jakos nikt nie wstydzi sie mowic, a wrecz przeciwnie.
    Nie wiem jak polskie tlumaczenia tego wypadaja, ale angielskie nie sa zle. Choc podobno niemieckie lepsze. Jak by nie bylo, jest to literatura, po ktorej pieka policzki i zupelnie nie chce sie pogodzic tym, ze seria wlasnie dobiegla konca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s