„Zielony Dom”: burdel wątków

Najświeższa polska publikacja M. V. Llosy, „Zielony Dom”, jest jak odwiedziny w nowej knajpie: im dłużej przychodzisz, tym więcej wiesz o szefie, o stałych klientach, o ich relacjach – i coraz bardziej Cię to bawi.

Jednak gdy wchodzisz po raz pierwszy do knajpy, nic nie wiesz, jesteś zupełnie zielony.  Rozglądasz się. Nadstawiasz ucha. Wrażliwy na każdy bodziec, masz wyostrzone wszystkie zmysły. Wiesz, że o tym miejscu krążą legendy, a ten stary harfista w kącie, w zamierzchłych czasach, bo przed Twoim urodzeniem, otworzył pierwszy burdel w miasteczku, zwany Zielonym Domem.

Miejsce, w którym teraz jesteś, to tylko jego namiastka. Coś, co powstało w miejsce spalonego przez księdza (czyżby?) przybytku.

Wszystko okrywa jednak pył niepamięci i kurz zapadającej tajemnicy.

Przez większą część książki trudno odpowiedzieć na proste pytanie: o czym jest. Do tej pory nie umiem zrobić tego bez wahania. Nie jest to na pewno historia jednego bohatera, bo którą z tych licznie pojawiających się postaci można by było nazwać główną? Starego harfistę, don Anselmo, którego młode pokolenie ubogiej dzielnicy peruwiańskiego miasteczka, Piury, nazywa mistrzem i uważa za największy autorytet? Sierżanta Litumę, który przesiaduje w burdelu, bo pracuje tam jego żona, Dzikuska? A może właśnie ją, Dzikuskę, którą spotykamy już na pierwszych stronach powieści, gdy z klasztoru wyrzucają ją zakonnice? Na pierwszy plan nie wysuwa się ani bandycki Fuchia, ani oszust Adrian Nieves, ani dzielona przez nich kobieta, Lalita.

Za bohatera można uważać sam tytułowy Zielony Dom, który spaja wszystkie rozproszone wątki. W nim spotykają się z pozoru niepowiązane osoby, w nim przecinają się cienkie nici losów tych skazanych na klęskę nieszczęśników, z których każdy ma na koncie zdradę, kłamstwo, wykroczenie poza prawo (co najmniej) społeczne, postawienie w życiu na niewłaściwą osobę.

Z ich upadków i zawiedzionych nadziei tworzy szalony, acz systematyczny Llosa układankę, w której początkowo (mniej więcej przez pierwszych sto stron) trudno jest się połapać. Mętlik w głowie potęgują zmienne style narracji: raz wartkie, w których wszystko strzela, nawet zmarszczka na czole; raz jeszcze bardziej przyspieszone, wręcz zdyszane, bo zdania, plute przez strumień świadomości, wpadają jedno na drugie, tłoczą się i nigdy nie kończą. Przywodzi to na myśl opowiadanie, przekaz ustny uprawiany przy piciu w knajpie, wciąż przerywany przez kumpli śmiechem, skojarzeniem, zaprzeczeniem, dygresją. W efekcie jest to tak wielostronna opowieść, że zaczynamy się gubić.

Na szczęście, w pewnym momencie historia, jak nieśmiała dziwka, przygładza fałdy (spódnicy), a w tym burdelu wątków, początków i końców nici zaczyna wykluwać się sens, którego samodzielne odnajdywanie jest jedną z głównych przyjemności czytania „Zielonego Domu” Llosy.

Warto przejść tych pierwszych, karkołomnych sto stron, by wreszcie złapać sens za papuzi ogon. Powodzenia!

Książka „Zielony Dom” została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Znak.

Mario Vargas Llosa, Zielony Dom (oryg. La Casa Verde)
Przeł. Carlos Marrodán Casas
Wyd. Znak, Kraków 2010

Advertisements

2 uwagi do wpisu “„Zielony Dom”: burdel wątków

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s