Piekło to ja – „Jeruzalem” Tavaresa

Jose Saramago miał powiedzieć kiedyś, że Gonçalo M. Tavares otrzyma za najdalej 30 lat literacką Nagrodę Nobla. „Jeruzalem”, choć frapujące, nie dorasta jednak do tego proroctwa.

Jeruzalem, Goncalo M. Tavares

Jedna noc, wiele zdarzeń o przeplatających się konsekwencjach. Jest Mylia, schizofreniczka szukająca nad ranem kościoła, licząc, że znajdzie tam spokój. Około 12 lat wcześniej została matką Kaasa, dziecka spłodzonego w szpitalu psychiatrycznym z innym chorym. Kaasa wychowuje jej mąż, znany lekarz psychiatra i naukowiec, Theodor, który wielokrotnie zraniony, czuje się wyszydzony przez los i oszukany niespełnieniem żadnej z obietnic, na które liczył. Szuka zaspokojenia i spodziewa się go po nocy spędzonej z prostytutką.

Wychodząc wieczorem z domu, nie myśli o synku. Jak zwykle, myślami błąka się gdzieś indziej.

Przeplatanie aktualnych nocnych wydarzeń z tymi z przeszłości, które do nich doprowadziły, buduje napięcie. Od początku czujesz, że wydarzy się coś złego, ale  – na szczęście – nie domyślasz się co.

Jest tak, jak pisze Tavares: „Kiedy kończą się pytania, zaczyna się nuda” (s. 172). Pozornie nieznaczące spotkania, uścisk dłoni czy rozmowa zapadają w pamięć bohaterów –  i naszą – na długo i rodzą nowe pytania, tak zwyczajne dla opowieści, a tak jedyne w swoim rodzaju przy czytaniu każdej książki: „Co będzie dalej? Do czego to doprowadzi? Co on mu / sobie zrobi?”. Wiesz, że przecinające się dramatycznie losy będą mieć skutki równie bolesne jak próba wyrżnięcia nożem mapy na skórze dłoni. Krzywisz się z wyimaginowanego bólu? Postaci, choć zmyślone, drąży prawdziwy głód, zaraźliwe niepokoje, namacalne strachy.

Tę atmosferę tworzy częściowe miejsce akcji – szpital psychiatryczny. Mimo że Tavares nie poświęca jego opisowi ani jednej linijki, między słowami przeczuwasz szarość ścian, ich ciężkość nie do przebicia, cienie, jakie rzucają kraty w oknach. Nie możesz się wydostać na zewnątrz, a jedynym rodzajem dostępnej wolności jest kontakt z drugim chorym, pogrążonym w swoim świecie, tak samo obcym, jak ten, który pozostał za murami szpitala.

Siłą tej prozy, jak wielu, które przypadają mi do gustu i, jak wydaje się, do których ma również słabość tłumacz Michał Lipszyc (znów on!), jest styl. Przesycony poezją, pozostaje wciąż konkretny i wyostrza wyobraźnię.

„Jego ojciec, Theodor, powtarzał: trzymaj zdanie, tak jakby to było wiosło, trzymaj zdanie mocno, nie pozwól, by ci się wymknęło”. /s. 87

Klimat, który tworzy, przypomina małe betonowe podwórko bez nawet jednej rośliny. Tylko trzepak i martwe okna, czasem przypadkowa wiązka światła. Betonowa poezja.

Umiejętność utrzymania zainteresowania, a chwilami napięcie, piętrzenie zdarzeń, przeplatanie ich, ale wciąż jeszcze nie misterne – wszystko to pięknie, ale wciąż nie najwyższa możliwa ocena w moich oczach. Brakuje pogłębienia, zapuszczenia sondy niżej w rozbudowaną psychologię bohaterów, teraz jedynie napomkniętą, silniejszego powiązania postaci ze sobą. Ale i tak to, co osiąga 40-letni Portugalczyk (o którym więcej tutaj), jest poza zasięgiem wielu pisarzy i godne zazdrości.

Nie sądzę, żeby „Jeruzalem” samo w sobie nobilitowało Tavaresa do przepowiadanego przez śp. Saramago Nobla (choć wielu pisarzy, którzy dostali tę nagrodę, zasługiwało na nią o niebo mniej niż młody Portugalczyk), jednak w notesie mam wklejoną żółtą kartkę, a na niej nagryzmoloną zaraz po lekturze uwagę: „Więcej Tavaresa”, a to już coś znaczy. Przynajmniej dla mnie.

Gonçalo M. Tavares, Jeruzalem (oryg. Jerusalém)

Przeł. Michał Lipszyc
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2010

Reklamy

16 myśli na temat “Piekło to ja – „Jeruzalem” Tavaresa

    1. (aż)Ojej, urazić ani J. Saramago, ani jego wielbicieli, do których sama należę, nie chciałam.

  1. Szanowni Panowie nameste i telemach uważają, że o zmarłym ateiście i komuniście „śp.” napisać nie wolno? Proszę o wyjaśnienia, bo to ciekawie się zapowiada (dla mnie ciekawie głównie językowo, a nie poglądowo, za co z góry obu Panów przepraszam).

  2. Nie jestem komunistką, ale ateistką – i owszem, toteż wolałabym, żeby po mojej śmierci nie używano tego zwrotu w rozmowach o mnie. To tak jakby owi hipotetyczni rozmówcy na siłę starali się uczynić ze mnie chrześcijankę, kiedy już nie mogłabym temu zaprzeczyć, jakby chcieli zatrzeć pamięć o tym, że nią nie byłam, o tym, że ktoś może mieć inne poglądy, bo ta świadomość, być może, zmuszałaby ich do rewizji własnych.
    Co to właściwie znaczy: „świętej pamięci”? Czyżby pamięć o zmarłym miała go uświęcać? A może uświęca pamiętających? W potocznym języku zwrot ten i tak nie znaczy zbyt wiele – widuje się go w nekrologach i na pomnikach i dobrych, i złych ludzi.

    1. @Elenoir,
      cóż, ja też jestem ateistką, ale zupełnie nie obchodzi mnie, czy ludzie po mojej śmierci będą mówić o mnie „świętej pamięci”, czy też „nieświętego zapomnienia”. Myślenie, że jest to na siłę czynienie chrześcijaninem kogoś, kto nie jest już w stanie temu zaprzeczyć, zakrawa dla mnie na niegroźną (ale jednak) teorię spisku. Nie sądzę, aby wszyscy bliźni koniecznie chcieli ukrywać grzeszne poglądy zmarłego ani że jest to sposób na rewizję ich własnych wierzeń.
      Co oznacza sam zwrot? Zwrot jest zwrotem – i nie za każdym użyciem zwykliśmy my, niecni śmiertelnicy, dokopywać się do jego etymologii. I ten, jak sama zresztą piszesz, „nie znaczy zbyt wiele – widuje się go w nekrologach i na pomnikach i dobrych, i złych ludzi”.

  3. @JJ: nic takiego. Tu nie chodzi „o wolno”. Tu chodzi o zawężający się korytarz interpretacyjny. Bo albo (świadoma?) prowokacja, albo lapsus, albo co gorzej pretensjonalizm językowy. Czego nie podejrzewam. Zwyczajnie nie ;)

  4. „Brakuje pogłębienia”

    Może prostu dlatego, że żadnej głębi nie ma?

    PS. „świętej”, „święty”, „świętość”.. przecież to niekoniecznie musi wiązać się (ani nawet kojarzyć) z chrześcijaństwem.
    Chrześcijaństwo nie ma monopolu na sacrum (żadna religia nie ma).

  5. Moje niezgadzanie się z Logosem ma już pewną tradycję. ;) Logosie, nie weź tego „personally”.

    CO się komu z kim i czym kojarzy (chociaż nie musi, nie musi) nie wynika (bynajmniej) z tego, co sądzi postronny obserwator. Awersja byłego więźnia obozu koncentracyjnego do pasiastych piżam może się postronnemu obserwatorowi wydawać niewinnym dziwactwem. Wrażliwy bliźni nie zrobi mu jednak takiego prezentu.
    Analogia jest tylko pozornie odległa. Jeśli się uwzględni ostateczne konsekwencje jakie poniósł Saramago za swe radykalnie antyklerykalne i antyreligijne poglądy (dobrowolne wygnanie i utrata ojczyzny aż do śmierci) to opatrywanie jego nazwiska „śp” nabiera zupełnie innego wymiaru. Można naturalnie uważać to za żart. Ale czy on jest dobry?

  6. Niestety, analogia jest odległa.
    Wystarczy tylko zwrócić uwagę na stosunek samego Saramago do sacrum (świętości).

    PS. Napisałem dokładnie:”niekoniecznie” (czyli: sacrum wcale nie musi wiązać się – kojarzyć – z chrześcijaństwem).
    Nie wydaje mi się, że możemy ponosić winę (odpowiedzialność) za czyjeś skojarzenia, czy też… brak jakichkolwiek skojarzeń :)

  7. Cywilizacja współczesna to cywilizacja odarcia – z tajemnicy, z duchowości, z sacrum. – Chce ona pokazać, że wszystko jest materią, czyli że wszystko jest lub stanie się wkrótce padliną.
    R. Kapuściński „Lapidarium VI”

    PS. Autor komentarza nie bierze odpowiedzialności za skojarzenia, które mogą się nasunąć czytajacym te słowa (jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością interpretujących jest zupełnie przypadkowa).

  8. JJ:

    Myślenie, że jest to na siłę czynienie chrześcijaninem kogoś, kto nie jest już w stanie temu zaprzeczyć, zakrawa dla mnie na niegroźną (ale jednak) teorię spisku.

    Na siłę (powiedzmy delikatnie: niewiedzy) to pani Irena odsyłała właśnie zmarłego pana Edelmana do pana Jezusa. Bo sobie inaczej nawet nie wyobraża (czemu jednak ta niewiedza/głupota/brak elementarnego taktu musi się w ogóle odzywać? nie wiadomo). Edelman był człowiekiem gorzko i świadomie a-religijnym (o afiliacji do chrzescijaństwa nie wspominając).

    Tu chyba zadziałał automatyzm, uzus. Jak umarł, to „śp.”. I na nic tłumaczenia, że sacrum, że słowniki i etymologia, gdy nic poza odruchem „między wrony, więc kraczesz” tu nie widać. Czemu tak sądzę, JJ? Bo użyłaś skrótu. Czego nie rozumiem, to tego, że – choć ateistka, znawczyni i wielbicielka Saramago – nadal się upierasz, że było nawet ładnie, a może i głęboko.

    Właściwszą odpowiedzią na tę moją w przelocie rzuconą i niezbyt (dla tematu; przepraszam) istotną uwagę byłoby „No tak” :)

    telemach:

    Można naturalnie uważać to za żart. Ale czy on jest dobry?

    „Naturalnie”? Nie. „Dobry”? Nie, umniejszający (odrębność i ważność Saramago). Taki, hm, imperialny żarcik.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s